niedziela, 27 września 2009

Malmonde - Malmonde (2003)



Malmonde - Malmonde

Rok wydania: 2003
Gatunek: gothic/death/thrash/industrial metal
Kraj: Francja

Tracklista:
01. No One
02. World Of Silence
03. C-mal
04. Save Your Soul
05. Machine
06. Fear
07. The 3rd Wish
08. Remix W.O.S. 2.0

Debiutancki album Malmonde okazuje się bardzo dobry. Zakupiłem go w ciemno i okazał się strzałem w 10. Materiał składający się na ten album to w dużej mierze właśnie industrial metal z lekką nutką gotyku. Do tego panowie nie ograniczają się tylko do śpiewania po angielsku - trafiają się też francuskojęzyczne kawałki - np. "C-mal". Poza tym od jakiegoś czasu odkrywam, że zespoły metalowe z Francji potrafią zaskoczyć i nagrać coś nowego - niestety w przypadku Malmonde tak nie jest. Nie jest to album zły, ale mam wrażenie, że ja już to kiedyś gdzieś słyszałem ;-) Czyli wielce odkrywczy ten album nie jest, ale tylko dzisiaj słuchałem go już kilka razy i pewnie przesłucham jeszcze kilka. Przede wszystkim dlatego, że materiał jest krótki (ok. 35 minut) i w miarę łatwo przyswajalny. Żaden z wokali nie drażni, a jak trzeba (np. w "Machine") to i gitarzyści potrafią zaatakować dobrym riffem przerywanym beatem. Ale moim faworytem na tym albumie jest kawałek "Fear" - bardzo równy (tzn. proporcjonalnie wypakowany metalem i elektroniką), chociaż zamykający płytę "Remix W.O.S. 2.0" też bardzo dobry.

Płytę oceniam na 7,5/10 - jest dobrze, ale mogłoby być lepiej. Mimo tego strzał w 10, bo taką muzykę jaką prezentuje Malmonde bardzo lubię.

Ocena: 7,5/10

Malmonde


Malmonde

Malmonde na myspace

Rok powstania: 1999
Gatunek: gothic/death/thrash/industrial metal
Kraj: Francja

Skład:
Ludovic Giroud - wokal i gitara
Hervé Sionnet - gitara
Michael Coracin - gitara basowa
Stephane Ballerand - klawisze
Christophe Saumont - perkusja

Dyskografia:
2003 - Malmonde
2005 - Eva

Zespół powstał w 1999 roku - natchnieniem dla muzyków były takie bandy jak Rammstein, Samael, Fear Factory czy Meshuggah. Ich muzyka to połączenie metalu z elektroniką. W 2001 roku zespół nagrał swoje pierwsze demo, a w dwa lata później zarejestrował materiał na pełny album - własnymi środkami, ale niedługo po tym znaleźli wydawcę, którym został Osmose Productions. W 2005 roku zespół ponownie wszedł do studia i zarejestrował materiał, który ukazał się 12 grudnia 2005 roku pod tytułem "Eva". Teraz band pracuje nad swoim trzecim albumem - niestety nic na jego temat nie wiadomo.

[źródło - www.malmonde.com]

Klip promujący album "Eva":
Malmonde - En Haut des Murs

Mondo Generator - Cocaine Rodeo (2000)


Mondo Generator - Cocaine Rodeo

Rok wydania: 2000
Gatunek: stoner/heavy metal/punk
Kraj: USA

Tracklista:
01. 13th Floor
02. Shawnette
03. Uncle Tommy
04. Miss Mary Gets A Boob Job
05. Unless I Can Kill
06. Pigman
07. Simple Exploding Man
08. I Want You To Die
09. Dead Insects
10. Cocaine Rodeo
11. Another Tension Head

Pierwszy album Mondo Generator - w składzie zespołu znaleźli się sami znani muzycy z takich bandów jak Queens Of The Stone Age czy Kyuss. I nikogo dziwić nie powinno, że muzyka Mondo Generator jest utrzymana w podobnym klimacie.

Na album składa się 10 kompozycji - z czego "Simple Exploding Man" to tasiemiec i dodać trzeba jeszcze kawałek bonusowy w postaci "Another Tension Head". No, ale trochę o muzyce - jest dokładnie tak jak napisałem, trochę stonera, trochę heavy metalu i wszystko podlane punkowym sosem - zwłaszcza jeśli chodzi o krótsze numery takie jak "Uncle Tommy" czy "I Want You To Die". Numer tytułowy to rozumiem taki żarcik, bo sam kawałek brzmi jak country...z chwytliwym refrenem. Bonusowy utwór jest chyba najlepszy na całym albumie :-) Jest szybki, brudny z dobrym riffem (choć oklepanym) z nutką southernową. Na całym albumie najmniej podoba mi się "Shawnette" - wolny, walcowaty, schematyczny do bólu, nie ma tu niczego co mogłoby mi się podobać. Niemalże 12-minutowego tasiemca w postaci "Simple Exploding Man" ciężko nie zauważyć. Mimo tego imponującego czasu trwania nie ma za wiele do zaoferowania - ot granie z wtrącającym się co jakiś czas wokalem. Sama praca gitary nie zachwyca, partie perkusyjne nie chwytają za serce, a wręcz przeciwnie - zaskakują schematem i brakiem życia. Szkoda trochę, nieco więcej sobie obiecywałem po tym albumie.

Ode mnie więcej jak 6,5/10 za "Cocaine Rodeo" nie da się wyciągnąć. Te nieliczne numery, które mi przypasowały to jednak kropla w morzu. Mam nadzieję, że następne albumy są jednak lepsze.

Ocena: 6,5/10

Mondo Generator


Mondo Generator

Mondo Generator na myspace

Rok powstania: 1997
Gatunek: stoner/heavy metal/punk
Kraj: USA

Skład:
Nick Oliveri - wokal, gitara basowa
Ian Taylor - gitara
Hoss - perkusja

Dyskografia:
2000 - Cocaine Rodeo
2003 - A Drug Problem That Never Existed
2004 - III the EP (EP)
2005 - Dead Planet
2008 - Australian Tour EP (EP)

Liderem Mondo Generator jest Nick Olivieri (Kyuss, Queens Of The Stone Age), który założył ten zespół w 1997 roku. W początkowej fazie do składu należeli również Josh Homme, Brant Bjork, Rob Oswald - materiał na debiutancki album udało nagrać się szybko, ale przez to, że Olivieri i Homme byli pełnoprawnymi członkami Queens Of The Stone Age udało się go wydać dopiero w 2000 roku. Zespół miał na trasie wsparcie głównie fanów Queens Of The Stone Age, co jakoś szczególnie mnie nie dziwi. W trzy lata po wydaniu debiutanckiego "Cocain Rodeo" zespół nagrał materiał na swój drugi LP "A Drug Problem That Never Existed". Tym razem Olivieri mocno rozszerzył skład muzyków udzielających się na tym albumie - poza podstawową trójką doszli jeszcze: Dave Catching, Troy Van Leeuwen, Mark Lanegan, Molly McGuire. W 2004 roku Homme wyrzucił Olvieriego z Queens Of The Stone Age, dzięki czemu ten mógł się poświęcić w całości Mondo Generator. Po odbyciu kilku tras koncertowych - w tym podczas jednej supportując Motorhead, zespół w 2005 roku wszedł do studia, żeby nagrywać materiał na nowy album. "Dead Planet" został nagrany w studio należącym do Dave'a Grohla. W nagraniu materiału znowu Olivieriego wspierali przyjaciele. Album ukazał się w 2005 roku - którego reedycję wydał Suburban Noize w 2007 roku. Podczas jednego z wywiadów w sierpniu 2007 roku Nick zapowiedział, że robi dłuższą przerwę w działalności zespołu. Przerwa trwała do października 2008, kiedy to Nick Olivieri i Hoss zaczęli komponować materiał na nowy album Mondo Generator - data wydania nie jest jeszcze znana.

[źródło - www.wikipedia.org]

Quinta Essentia - Archetypal Transformation (2008)


Quinta Essentia - Archetypal Transformation

Quinta Essentia na myspace


Data wydania: 2008
Gatunek: black/thrash/death metal
Kraj: USA

Tracklista:
01. Venom of The Pernicious
02. The Universal Longing
03. Absent Illumination (The Transgressor)
04. Formative Evasion
05. Forgotten But Not Undreampt
06. Arcane Stellar Firmament
07. Instinctual Human Descension

Jest to drugi krążek w dorobku tego zespołu. Poprzedni krążek trafił do sklepów dwa lata temu, także panowie z Quinta Essentia mieli trochę czasu na skomponowanie materiału na nowy LP. I w sumie sprawili się bardzo dobrze. Przede wszystkim nie jest to tak agresywne granie jak Aura Noir czy Sideblast. Za to jest zdecydowanie bardziej melodyjnie i klimatycznie. Wokalista też nie zajmuje się typowm growlem - jest to raczej wokal zbliżony do tego, jaki w tym prezentuje Satyr. Muzycznie jest całkiem ciekawie - tempo jest zróżnicowane, od spokojnych niemalże doomowych wstawek, aż po galopady, które okraszone są dobrą pracą gitar i zwalniającym nieco tempo wokalem.

Panowie z Quinta Essentia podeszli do nagrania tego LP bardzo ambitnie - nie utrafimy tutaj na kawałki krótsze niż 6 minut. Ale mimo tego nie są one jakoś sztucznie wydłużane, wszystko ma swoje określone miejsce i nawet te wolniejsze fragmenty nie są w stanie odrzucić - chyba, że dla kogoś doomowe brzmienie jest męczarnią. W każdym razie black metalu jest tutaj w sumie niewiele, no chyba, że przyjmiemy, że podwójna stopa i galopada perkusisty są oznakami black metalu.

Prawdę mówiąc spodziewałem się, że będzie to kolejny ekstremalny krążek - w końcu zespół połączył trzy najostrzejsze odmiany metalu. Ale okazało się, że można połączyć te gatunki i otrzymać zupełnie coś innego niż Aura Noir czy Sideblast. Na pewno jest to coś nowego. Jak ktoś szuka nowości, to polecam zapoznać się z tym krążkiem, godzina czasu spędzona przy ciekawych dźwiękach.

Ocena: 8/10

Oomph! - Monster (2008)


Oomph! - Monster

Oomph! na myspace

Data wydania: 2008
Gatunek: industrial metal
Kraj: Niemcy

Tracklista:
01. Beim ersten Mal tut's immer weh
02. Labyrinth
03. 6 Fus tiefer
04. Wer schon sein will muss leiden
05. Die Leiter
06. Lass mich raus
07. Revolution
08. Auf Kurs
09. Bis zum Schluss
10. In deinen Huften
11. Wach auf
12. Geborn zu sterben
13. Brich aus

Zaczynam od ostatniej płyty, bo w sumie ją w tym momencie znam najlepiej ;-) Pozostałe muszę sobie powoli zacząć przypominać.

I taka krótka recenzja tej płyty. W sumie na początku (tzn. po kilku pierwszych odsłuchach) stawiałem na ten krążek jako potencjalnego kandydata do top 10 roku 2008. Ale to wszystko dlatego, że tego albumu przeważnie słuchałem do połowy. A do połowy (za punkt krytyczny przyjmę utwór "Revolution") jest naprawdę fajnie, czuć przebojowość, idealne połączenie industrialu i ciężkich gitar...ale od utworu "Revolution" zaczyna się niestety muł. I tak jak np. promujący ten krążek kawałek "Labyrinth" (do którego został nakręcony bardzo fajny teledysk) jest cholernie żywym numerem i bardzo wpadającym w ucho...a po drugiej stronie barykady mamy jakiś dziwaczny "Bis Zum Schluss". Z drugiej połowy płyty jako tako broni się bardzo rammsteinowy "Wach Auf". Pastwienie się nad słabszą połową płyty zakończę na dziwadle "Geborn Zu Sterben", które nie wiadomo po co stylizowane jest na numer bluesowy - to nie przystoi zespołowi grającemu industrialny metal/rock - jasne, dalej się rozkręca, ale dalsza część też nie jest jakoś szczególnie porywająca.

A pierwsza część płyty jest jak najbardziej rozpierdalająca :-) I w sumie lepiej by chyba wyszło, gdyby Oomph! wydali album 6 czy 7 kawałków. "Wer Schon Sein Will Muss Leiden" kojarzy mi się z największym chyba hiciorem Oomph! - Augen Auf - może to z uwagi na gościnny występ dziecka. A kolejnym bardzo rammsteinym numerem po "Wach Auf" jest "Die Leiter" - wokal prawie identyczny z Tilla. Poza tym warto też zwrócić uwagę na takie utwory jak otwierający album "Beim Ersten Mal Tut's Immer Weh", który przebojowością zabija całą drugą połowę płyty. Ciekawy jest też spokojny "6 Fus Tiefer"...i chyba na tym kończy się lista dobrych kawałków na tym krążku ;-)

Ogólnie płyta średnia - gdyby zostawić 6-7 numerów byłoby zdecydowanie lepiej. Ale utworów jest 13.

Ocena: 6,5/10

sobota, 26 września 2009

Throwdown - Venom & Tears (2007)


Throwdown - Venom & Tears

Rok wydania: 2007
Gatunek: post-thrash/groove metal
Kraj: USA

Tracklista:
01. Holy Roller
02. Day of the Dog
03. S.C.U.M.
04. Americana
05. Weight of the World
06. Cancer
07. Hellbent (On War)
08. No Love
09. Venom & Tears
10. I'll Never Die a Poisoned Death
11. I, Suicide
12. Godspeed
13. Leave a Message

Postanowiłem trochę pójść na skróty, bo ostatnio postanowiłem sobie sprawdzić album "Venom & Tears", który jest uznawany za "najbardziej wyróżniający się" z dyskografii Throwdown, albo po prostu inny ;-) Chociaż pewnego rodzaju zapowiedź tego albumu pojawiła się na "Vendetta".

I rzeczywiście nie jest to metalcore. Jest to jak najbardziej granie podobne do późnego Maroon zmieszane z groove metalem (ze wskazaniem na ten groove). Zaczyna się mocnym kopem w postaci "Holy Roller" - agresywny start, nieco później zwalnia, ale numer jeden z lepszych na tym albumie. Będę się zatrzymywał tylko przy tych, które zrobiły na mnie największe wrażenie, a tych jest kilka. Kolejny numer jest tuż tuż, bo jest nim oznaczony jako drugi "Day Of The Dog" - ten feeling po prostu rozpieprza do tego dochodzi wpadający w ucho refren z dobrymi chórkami. Ale to nie jest najlepszy kawałek na tym albumie - bo oto nadchodzi niszczący "Americana" - co za praca gitar :-) Coś pięknego, jak pierwszy raz słuchałem tej płyty to musiałem sobie kilka razy zapuścić ten utwór. Ten riff niby oklepany i wykorzystywany już wielokrotnie, ale jako mnie przyciąga. Zresztą podobnie przyciągający riff znajduje się na "Weight Of The World". Podczas "Cancer" już wolniejsze tempo i spokojniejsze klimaty, ale to dobrze, bo nie można przez cały czas zapieprzać, bo silnik się przegrzeje. Także spokojne zwolnienie i brzdąkanina przez 2 minuty. A później znowu wygar :-) "Hellbent (On War)" to znowu jeden z najlepszych kawałków na tym albumie - zaczyna się ostro, do tego te okrzyki. Tak to jest właśnie najlepszy kawałek na tym albumie. Typowo groove metalowy riff i schematyczna budowa utworu :-) I jeszcze dokładamy numer "Venom & Tears" i na tym ten album mógłby się skończyć, bo pozostałe numery są raczej średnie. "Hidden Track" to jakaś gadanina, której nie chciało mi się specjalnie przysłuchiwać.

W każdym razie jest tutaj kilka niszczących numerów, dla których warto poznać ten album - "Holy Roller", "Day Of The Dog", "Americana", "Weight Of The World", "Hellbent (On War)" i tytułowy "Venom & Tears". Ode mnie ocena 8/10 - bo jednak ten album mógłby być krótszy, wtedy byłby zwięzły, ale przynajmniej treściwy.

Ocena: 8/10

I klipy promujące album:
Throwdown - Holy Roller (uwaga na głośną reklamę na początku)
Throwdown - Americana

Throwdown - Drive Me Dead (EP) (2000)


Throwdown - Drive Me Dead (EP)

Rok wydania: 2000
Gatunek: hardcore/metalcore
Kraj: USA

Tracklista:
01. Raise Your Fist
02. Sinner
03. Break That Last Glass
04. Step It Up
05. Sincere

Niedługo po wydaniu debiutanckiego "Beyond Repair" straight edge'owy zespół Throwdown wszedł do studia, żeby zarejestrować krótki, bo zaledwie 13 minuutowy materiał na epkę "Drive Me Dead".

Sam album jest kontynuacją tego co można było usłyszeć na "Beyond Repair". Rozpoczyna sie wstawką "filmową", która skojarzyła mi się z Twisted Sister ;-) Teksty znowu są krótkie, a same kawałki wcale nie dłuższe. Ale nie na tym rzecz polega. Ważne są tutaj dobre teksty - np. do "Sinner", kontrowersyjny, ale dobry. Poza tym perkusja jakby przestała tak stukać - przynajmniej jest to mniej rzucające się w uszy. Gitary nadal grają na poziomie - dobre riffy, które pięknie współpracują z perkusją - chociażby przy otwarciu numeru "Break That Last Glass". Do tego bardzo dobra walcowatość - jednak szkoda, że nie beatdown. Sporadycznie pojawiający się czysty wokal nie razi, bo są to głównie kwestie mówione. Zresztą co tu dużo pisać - każdemu komu podobał się "Beyond Repair" ta epka powinna również przypaść do gustu.

Throwdown - Beyond Repair (1999)


Throwdown - Beyond Repair

Rok wydania: 1999
Gatunek: hardcore/metalcore
Kraj: USA

Tracklista:
01. No One
02. Falling Forward
03. Don't Lose Sight
04. Slip
05. Power Figure
06. Standing Tall
07. Sellout
08. Never Too Old
09. The Enemy
10. Laid to Rest
11. I Will Stand
12. As We Choke
13. Get Sick

Każdy kto słyszał chociażby kilka debiutanckich metalcore'owych albumów wie czego może się spodziewać po kolejnym - są oczywiście wyjątki takie jak Betrayal, czy Pilgrimz. Ale nie takie zespoły mam na myśli - raczej chodzi mi o bandy, które łączą w swojej muzyce w prostej linii hardcore z metalem. Spoglądając na okładkę, tym bardziej byłem przekonany o tym, że nie dostanę tutaj niczego specjalnego.

A jednak Throwdown zafundował mi skromne (ale jednak) zaskoczenie. Może i jest to standard, może i słuchając gitar rozpoczynających "No One" miałem wrażenie deja vu. Z tymże można grać jak wszyscy i jednocześnie sprawiać, że muzyka brzmi oryginalnie - tak właśnie gra ten amerykański zespół na swoim debiutanckim albumie. Ważne jest tutaj brudne brzmienie, które dodaje uroku materiałowi składającemu się na "Beyond Repair". Jedno co mnie denerwuje na tym albumie to perkusja "stuku-puku" - to jest coś co potrafi zepsuć nawet najlepszy materiał. I chociaż album jako całość mi się bardzo podoba - zrobił kilka okrążeń pod rząd, to jednak ta raczej niewysokich lotów perkusja wpływa na ostateczne brzmienie całości. No to na perkusję sobie ponarzekałem, teraz trzeba wyciągnąć z gąszczu kilka numerów wyróżniających się - na pewno otwieracz, czyli "No One" z początku pełen energii, a ostatecznie dość walcowaty. "Power Figure" z dobrymi chórkami i chwytliwym riffem, który bardzo dobrze zgrywa się z okrzykami. "The Enemy" za ogólny feeling - walcowatość pełna energii, takie kawałki rzadko się trafiają. "Laid To Rest" z zapadającym w pamięć refrenem - tak, wiem, że nie jest on niczym niezwykłym, ale jednak w pamięci pozostaje (zwłaszcza jak się przypomni ten charakterystyczny riff). I na koniec "As We Choke" - wkurwiający początek, ale w końcu porządna praca perkusji (jest oczywiście "stuku-puku", ale mnie denerwujące). A końcówka to już piękna galopada na perkusji - która przechodzi na kawałek zamykający ten album, ale w końcu staje się tak kwadratowa, że aż odrzuca. Do wokalu nie mogę się przyczepić, ten jest na wysokim poziomie od samego początku aż do końca i bardzo dobrze, w końcu ktoś trzymać poziom musi ;-)

Podsumowując powiem, że jest to bardzo dobry debiut. Nic wielkiego, nic odkrywczego, szczególnie wyróżniającego się, ale jednak chce się tego słuchać. Coś w tym musi być, jakaś moc przyciągania. Dużo brudu i jakby nie patrzeć energii. Wielbicielom metalcore'a chyba polecać nie muszę, a pozostałym polecam jak najbardziej.

Ocena: 7,5/10

Throwdown


Throwdown

Throwdown na myspace

Rok powstania: 1997
Gatunek: hardcore/metalcore/post-thrash/groove metal
Kraj: USA

Skład zespołu:
Dave Peters - wokal
Mark Choinere - gitara
Mark Mitchell - gitara basowa
Jarrod Alexander - perkusja

[b]Dyskografia:[/b]
1999 - Throwdown (EP)
1999 - Beyond Repair
2000 - Drive Me Dead (EP)
2001 - You Don't Have to Be Blood to Be Family
2002 - Face The Mirror (EP)
2003 - Haymaker
2005 - Vendetta
2007 - Venom & Tears

Zespół powstał w 1997 roku i niestety poza tym, że w swoich początkach mocno trzymał z nurtem Straight Edge nic o nich nie wiem. W każdym razie z oryginalnego składu nie pozostał żaden osobnik - to też w pewnym stopniu wyjaśnia zmiany stylu na przestrzeni 10 lat. Póki co słyszałem tylko ostatni album, ale zdążyłem się zorientować, że nie jest to materiał odzwierciedlający to co działo się w Throwdown w poprzednich latach. Na "Venoms & Tears" zespół prezentuje już czysto groove metalowe podejście, nie ma tutaj miejsca na metalcore - i po tym co usłyszałem nigdy bym nie przypuszczał, że ten band wcześniej trudnił się graniem hardcore'a na metalową nutę.

Narnia - Long Live The King (1999)


Narnia - Long Live The King

Rok wydania: 1999
Gatunek: power metal
Kraj: Szwecja

Tracklista:
01. Gates Of Cair Paravel
02. Living Water
03. Shelter Through The Pain
04. The Mission
05. What You Give Is What You Get
06. The Lost Son
07. Long Live The King
08. Dangerous Game
09. Star Over Bethlehem
10. Shadowlands

Skład muzyków, którzy tworzyli ten krążek wygląda następująco:
Christian Liljegren - wokal
Carljohan Grimmark - gitara, gitara basowa, klawisze, chórki wokal
Jakob Persson - gitara basowa
Martin Claesson - klawisze
Andreas Johansson - perkusja

Także widać, że zespół personalnie się rozrósł - przypomnę, że na pierwszym albumie w skład zespołu wchodzili tylko Christian i Carljohan, pozostali muzycy wystąpili jako goście specjalni. Tutaj już jako prawowici członkowie zespołu - tak naprawdę z gości specjalnych z "Awakening" do zespołu na stałe wkroczył tylko Persson.

Przechodząc do samego materiału zawartego na krążku - ci, którzy myśleli, że po tym jak Narnia w końcu stanie się pełnowymiarowym zespołem (w sensie wszystkie stanowiska zostaną obsadzone) to zmieni styl musieli się srogo zawieść, bo zespół jak grał na pierwszym albumie podobnie gra na drugim. Mimo tego drugi LP Narni nieco bardziej mi się podoba, chociażby ze względu na łatwą przyswajalność niektórych utworów - np. "Living Water" czy "What You Give Is What You Get" (z bardzo ładną solówką). Bardzo dobrym kawałkiem mógłby się stać "The Lost Son", gdyby nie to, że wokal Christiana jest na początku jakiś stłumiony - później już jest na szczęście dobrze. Kawałek tytułowy wydaje mi się jakiś taki bez jaj...refren jest ok, ale pozostała część utworu w ogóle mi nie pasuje. A za zabijacza numer jeden na tym albumie uznaję zdominowany przez klawisze (tylko w intro i refrenie) i szybki riff kawałek "Dangerous Game" - zresztą jest to jeden z pierwszych numerów Narni jakie usłyszałem i jednocześnie jeden z najlepszych tego bandu, chociażby z tego względu, że bardzo dużo w nim życia, nawet chórki są jakieś lepsze. I jeśli ktoś myśli, że kawałek tytułowy jest tutaj jedynym nagranym "bez jaj", to niestety się myli, bo jest jeszcze "Star Over Bethlehem" - z tymże tutaj nie ma nawet dobrego refrenu, a szkoda, bo pozostała część krążka jest naprawdę dobra i chwytliwa. Jakby spojrzeć na ten album nieco z ogólnego punktu widzenia to tylko dwa utwory psują obraz całości - te dwa nagrane jakby pod przymusem, bez życia, czyli "Long Live The King" i "Star Over Bethlehem". I niestety to bardzo rzutuje na końcową ocenę - chciałem dać na początku 8,5/10 (ba, nawet zastanawiałem się nad 9/10), ale w takim przypadku daję 8/10 - z tymże zaznaczam, że drugi LP cenię bardziej niż pierwszy.

Ocena: 8/10

Narnia - Awakening (1998)


Narnia - Awakening

Rok wydania: 1998
Gatunek: power metal
Kraj: Szwecja

Tracklista:
01. Break The Chains
02. No More Shadows Form The Past
03. The Return Of Aslan
04. Heavenly Love
05. Time Of Change
06. The Awakening
07. Touch From You
08. Sign Of The Time

Nie będę przytaczał jak to debiutancki album powstał, bo pisałem o tym już na początku.
Przechodząc do samej muzyki - początki Narni są bardzo dobre, bo album "Awakening" należy na pewno do lepszych krążków tej szwedzkiej formacji. Krążek nagrywany w dwuosobowym składzie wypadł bardzo dobrze muzycznie - może nie jest to jakieś mistrzostwo świata, ale nikt mi chyba nie powie, że instrumentalny "The Return Of Aslan" jest słabym kawałkiem - widać, że pomysł na kawałek był dobry i z realizacją też problemów większych nie było. Już na tym krążku zespół pokazał swój własny styl, którym twardo podążał na kolejnych albumach - dla niektórych osób ten styl może być ciężki do zniesienia, bo jest to styl blady i bez mocy - do czego przyzwyczaiły inne zespoły grające melodic power metal.
Kawałki prezentowane przez Narnię na tym krążku są raczej spokojne i stonowane, ale także pozbawione kopa - ale największą siłą muzyki tego zespołu jest melodyjność i na to nie można narzekać słuchając "Awakening".
Najjaśniejszymi elementami tego albumu są na pewno instrumentalny "The Return Of Aslan", tytułowy "The Awakening" i najdłuższy numer na płycie - "Sign Of The Time". Album oceniam na 8/10 - i od razu zaznaczam, że nie jest to mój ulubiony album Narni.

Ocena: 8/10

Narnia


Narnia

Narnia na myspace

Rok powstania: 1996
Gatunek: Power metal
Kraj: Szwecja

Pierwotny skład:
Wokal - Christian Liljegren
Gitara...i inne instrumenty - Carljohan Grimmark

Aktualny skład:
Wokal - German Pascual
Gitara - Carljohan Grimmark
Gitara basowa - Andreas Olsson
Perkusja - Andreas Johansson

Dyskografia:
1998 - Awakening
1999 - Long Live the King
2001 - Desert Land
2003 - The Great Fall
2006 - At Short Notice... Live in Germany
2006 - Enter the Gate

Pomysł na zespół powstał 3 lata przed tym jak założona została Narnia - wówczas jeszcze Christian był członkiem grupy Modest Attraction, a Carljohan należał do Sentinela. W 1993 roku muzycy spotkali się i powymieniali numerami telefonów. Dopiero w 1996 roku Carljohan postanowił opuścić Sentinela i otrzymał telefon od Christiana, który zaproponował mu udział w jego solowym projekcie, który miał obracać się w klimatach hard rocka. Współpraca muzyków na dobre rozpoczęła się kilka miesięcy po tym telefonie - tzn. Christian ze swoim Modest Attraction akurat odbywał trasę po Niemczech i potrzebował gitarzysty - oczywiście poprosił o pomoc Carljohana, a ten z miejsca przystał na propozycję. Po jakimś czasie podstawoy gitarzysta Modest Attraction opuścił zespół i na jego miejsce na stałę zajął Carljohan. Od tej pory przygotowania do ruszenia z projektem Christiana ruszyły pełną parą. I w końcu obydwaj muzycy weszli do studia, żeby nagrać kawałki, które Christian miał już przygotowane wcześniej - podział obowiązków był taki, że Christian zajmował się wokalem, a Carljohan odpowiadał za warstwę muzyczną, czyli musiał opędzić wszystkie instrumenty. Zespół spędzał w mały studio po 4-5 godzin dziennie pracując w pocie czoła i już po kilku miesiącach materiał był gotowy. Do współpracy zaproszonych zostało kilku gości, z czego basista Jakob Persson zadomowił się na tyle, że pozostał w zespole. W 1997 roku rozpoczęło się miksowanie kawałków. Za miksy głównie odpowiedzialny był Christian i dwóch pomocników (Jörgen Bolmstad i Mattias Rydell) - Carljohan ciężko zachorował i udało mu się pomóc w miksowaniu zaledwie dwóch utworów. Album "Awakening" został ukończony - ówczesny manager zespołu wyruszył na festiwal do Francji, na którym 10 wydawcom japońskim zaprezentował materiał Narni - 9 z nich było gotowych do podpisania kontaktu natychmiast. Ale wybrany ostatecznie został Pony Canyon. Później nastąpiła ostatnia już trasa koncertowa Modest Attraction po Niemczech i Szwajcarii. Podczas niej zespół poznał swojego nowego managera Matthiasa Mittelstädta, który wraz z bratem zarządzał MCM Music.
Udało się pozyskać kilku utalentowanych muzyków i ostatecznie zespół mógł wyruszyć na swoją pierwszą trasę koncertową. Skład przedstawiał się następująco:
Christian Liljegren - Wokal
Carljohan Grimmark - Gitara
Jakob Persson - Gitara basowa
Martin Claésson - Klawisze
Fredrik Junhammar - Perkusja

18 lipca 1997 "Awakening" został wydany w Japonii. Co przysporzyło im trochę fanów w kraju kwitnącej wiśni. Zespół musiał wymienić perkusistę - miejsce Fredrik'a zajął Andreas Johansson. W końcu zespół podpisał kontrakt płytowy z niemieckim wydawnictem Nuclear Blast (Narnia i HammerFall były pierwszymi zespołami grającymi power metal, które podpisały kontrakt z Nuclear Blast). I w lutym 1998 roku krążek "Awakening" został wydany w Europie.

[źródło - www.narniaworld.com]

niedziela, 20 września 2009

Iconofear - Dark (EP) (2003)


Iconofear - Dark (EP)

Rok wydania: 2003
Gatunek: dark power metal
Kraj: Finlandia

Skład zespołu:
Ilja Jalkanen - Wokal i gitara basowa
Timo Aspiala - Gitara
Aki Holma - Gitara
Heidi Parviainen - Klawisze i wokal
Markku Näreneva - Perkusja

Tracklista:
01. Last Words ...At Last
02. Dark
03. Dead Thoughts and Broken Dreams
04. The Heart of Darkness
05. Darch Ness (Outro)

Pierwsza epka Iconofear - głównym atutem tej płyty jest na pewno świeżość i wokal Ilja - jest to na tyle wszechstronny wokalista, że nie ma problemów z dobraniem odpowiedniej barwy głosu do muzyki, co też prezentuje na epce "Dark". Mógłbym się rozpisywać na jego temat, ale każdy kto zna wyczyny tego pana z Kiuas wie na co go stać. Tutaj prężnie prezentuje wszystkie swoje możliwości. Muzycznie zespół wcale nie brzmi jak debiutant - każdy z utworów jest ciekawy i nie znajdziemy tutaj wtórności, czy też kopiowania czyjegoś stylu. Iconofear dorobiło się swojego własnego stylu już na pierwszej epce i trzymali się go na dwóch kolejnych. Ciężko jest wybrać najlepszy kawałek na tej płytce, bo wszystkie są na podobnie wysokim poziomie. Dosłownie nic nie psuje odsłuchu tej epki, wszystko jest niemalże perfekcyjne - nawet fragmenty, w których Heidi udziela się wokalnie nie drażnią, ale tworzą odpowiedni klimat (jak na "The Unbreathing"). Chociaż nie...najgenialniejszym kawałkiem jest "Dead Thoughts and Broken Dreams". Po prostu mistrzostwo.
I mimo tego, że napisałem, że moją ulubioną jest trzecia epka to jednak po wnikliwszym zapoznaniu się z "Dark" zmieniam zdanie :-)

Ocena: 9/10

Iconofear - The 13th Circle (EP) (2005)


Iconofear - The 13th Circle (EP)

Rok wydania: 2005
Gatunek: dark power metal
Kraj: Finlandia

Skład zespołu:
Thomas Vee - Wokal
Timo Aspiala - Gitara
Aki Holma - Gitara
Lars Carlson - Gitara basowa
Heidi Parviainen - Klawisze, wokal
Rami Kokko - Perkusja

Tracklista:
01. Burn This World
02. The 13th Circle
03. Waning
04. For the Dead

To druga epka tego fińskiego zespołu - ze starego składu zostały trzy osoby (Timo, Heidi i Aki). Najważniejszą zmianą był na pewno wokalista. Ilja przeszedł do projektu, który już wszyscy znają, ów projekt nazywa się Kiuas. No, ale nie będę się tutaj bawił w historyka.

Płytkę otwierają energiczne riffy, który przypominają ryk motoru. Ale później zaczyna się melodyjne granie z mocnymi riffami i dobrym wokalem - Thomas wpasował się w stylistykę zespołu wręcz perfekcyjnie i innego wokalu w kawałkach zawartych na tej epce wyobrazić sobie nie umiem. Za to średnio wypada Heidi - niestety, ale śpiewała dużo lepiej na epce "The Unbreathing". Ale jej wokal nie psuje dobrych kawałków - zresztą moim ulubionych utworem na tym krążku jest ostatni - "For The Dead", który kontunuuje dobrą tradycję dark power metalu. Jest to na pewno najsłabsza epka Iconofear, ale niewiele odstaje od dwóch pozostałych.

Ocena: 7/10

Iconofear - The Ubreathing (EP) (2006)


Iconofear - The Ubreathing (EP)

Rok wydania: 2006
Gatunek: dark power metal
Kraj: Finlandia

Skład zespołu:
Wokal - Thomas Vee
Gitara - Timo Aspiala
Gitara - Aki Holma
Gitara basowa - Lars Carlson
Klawisze i wokal - Heidi Parviainen
Perkusja - Rami Kokko

Tracklista:
01. Human Will
02. The Unbreathing
03. Blinded Ways
04. We Sleep in Silence

Jest to trzecia z kolei epka fińskiego Iconofear, i jednocześnie druga z Thomasem Vee na wokalu - pierwotnym wokalistą tego zespołu był wokalista znany z Kiuas. Ze wszystkich trzech epek tą lubię najbardziej, dlatego od niej zaczynam.

Linia melodyczna przypomina mi tą znaną z Kiuas - to musi być jakaś naleciałość, którą pozostawili po sobie muzycy wspomnianego zespołu. Epkę zaczyna ciekawy utwór "Human Will", w którym Thomasowi dopomaga Heidi - niewiasta robiąca głównie za chórki i odpowiedzialna zna klawiszowanie. Nie można jej odmówić umiejętności grania na parapecie - głównie to dzięki niej płytka zyskuje jako taki mrok. Bo gitary raczej skupiają się na graniu przeplatających się riffów i walce z perkusja - to akurat bardzo fajny moment. Heidi więcej wokalnie udziela się przy kawałku tytułowym - no nie spełnia jeszcze roli pierwszoplanowej, ale połączenie jest głosu z klawiszami daje naprawdę ciekawy efekt. Zresztą Thomasowi też niczego zarzucić nie można - wokalnie idealny nie jest, ale jego barwa bardzo pasuje do muzyki prezentowanej przez Iconofear. Zresztą przyznam, że dużo lepiej widzi mi się ten wokalista w tym bandzie niż Ilja Jalkanen. No, ale idąc dalej - najlepszym kawałkiem na krążku jest "Blinded Ways". Widać, że wokalista nie śpiewa wyłącznie jedną barwą - potrafi ładnie wyciągnąć, zacharczeć i nieco przyspieszyć. Zresztą i riff na tym kawałku wydaje się być dużo ciekawszy niż na pozostałych. W każdym razie dla mnie ten utwór rządzi i miażdży. Ostatni numer na tej epce to już typowy dark power - zaczyna się nawet tak nieco doomowo - pewnie chcieli nieco poprawić klimat, żeby później nikt się ich nie czepiał o ten dark power, który do tej pory był wyczuwalny tylko w momentach, w których udzielała się Heidi. No, ale znowu Thomas pokazał, że potrafi śpiewać z pazurem i że jest wręcz stworzony do stania za sitkiem w tym zespole. A fragmenty śpiewane w duecie z Heidi wymiatają. Muzycznie jest bardzo dobrze - mi odpowiada takie granie. Niby nieskomplikowane, ale jednocześnie skomplikowane ;-) W każdym razie ta epka dobrze rokuje na nagrywany przez Iconofear materiał na pełny album.

Ocena: 8,5/10

Iconofear


Iconofear

Iconofear na myspace

Rok powstania: 1999
Gatunek: dark power metal
Kraj pochodzenia: Finlandia

Iconofear to dziwny zespół, do tej pory nie nagrali żadnego LP mimo tego, że to co zaprezentowali na EPkach jest bardziej interesujące niż większość albumów power metalowych, które słyszałem. Skład zespołu kilka razy się zmieniał (na każdej z trzech EPek skład jest inny), przez Iconofear przewinęło się między innymi trzech muzyków, którzy aktualnie wchodzą w skład znanego za sprawą swojej oryginalności zespołu Kiuas. Iconofear wydał trzy Epki:
2003 - Dark
2005 - The 13th Circle
2006 - The Unbreathing

Ja zainteresowałem się tym bandem głównie za sprawą Kiuas, bo też byłem ciekaw co wcześniej grali ci muzycy. Okazało się, że kapela jest bardzo interesująca. Jest to na pewno power, ale taki niespotykany, wcześniej już słyszałem zespoły, które grały dark power metal - ale w większości przypadków było to nudne i po pierwszym odsłuchu nie chciało mi się już do tego wracać. W Iconofear mamy coś zupełnie innego, okazuje się, że wcale nieprzypadkowo kiedyś w tym bandzie udzielali się muzycy Kiuas. Bo band ten prezentuje bardzo oryginalną nutę. Zespół kilka razy zmieniał skład, dzięki czemu na żadnej z Epek nie dostajemy bliźniaczych materiałów. W każdym razie w ich muzyce główny nacisk kładziony jest na klimat, dopiero w dalszej kolejności na melodyjność i ciężkie granie. Zresztą szerzej wypowiem się po dokładniejszym przesłuchaniu owych Epek.

Najakutalniejszy skład:
Wokal - Mika "Limppu" Lindberg
Klawisze - Lari Sorvo
Gitara - Kasperi Heikkinen
Gitara - Aki Holma
Bas - Eerik Purdon

Winterlong - Metal/Technology (2006)

Winterlong - Metal/Technology

Rok wydania: 2006
Gatunek: heavy/power/industrial/modern metal
Kraj: Szwecja

Skład zespołu:
Thornbjorn Englund - wokal, gitara, gitara basowa, klawisze, programowanie
Leif Ericsson - perkusja
Stella Tormaanoff - żeński wokal na "And So We Remember" i "Like Ships In The Night"

Tracklista:
01. The Hunter
02. And So We Remember
03. Go To Hell
04. My Nevermore
05. Like Ships In The Night
06. Shouting Out The World
07. On A Demon's Night
08. The Touch Of Evil
09. Cleaning The Machine
10. Badlands

Czwarty album Thornbjorna i póki co ostatni. Tradycyjnie jak to u Winterlong album zupełnie inny niż pozostałe, ale tutaj inność jest jeszcze większa niż wcześniej. I według mnie najlepszy LP z całej dyskografii Winterlong. Tym razem Englund odpowiada za wszystko poza perkusją - tutaj wspomógł go Leif Ericsson i ponownie gościnnie pojawiła się Stella Tormaanoff, która wokalnie udziela się w dwóch utworach.

Winterlong - Winterlong (2005)

Winterlong - Winterlong

Rok wydania: 2005
Gatunek: heavy/power metal
Kraj: Szwecja

Skład zespołu:
Mikael Holm - wokal
Thorbjorn Englund - gitara
Peter Uven - gitara basowa
Leif Eriksson - perkusja
Giuseppe "Mistheria" Iampieri - klawisze

Tracklista:
01. Priest
02. Ten Digits Of The Future
03. Judgement Day
04. A Vision Of The Wolf
05. Ragnarok
06. Each Day We Die
07. We'll Ride From The Dead
08. Bloodshred
09. Demise
10. Oblivion
11. The End Of The Longest Winter

Trzeci album formacji Thornbjorna Englunda. Przyznam, że nie wiedziałem czego się po nim spodziewać. Był to jedyny album Winterlong, kórego nie znałem. A biorąc pod uwagę to, że każdy album tej formacji jest zupełnie inny to sam nie wiem na co miałem liczyć. W każdym razie materiałem zawartym na "Winterlong" zawiedziony nie jestem.

Winterlong

Winterlong

Rok powstania: 1998
Gatunek: Heavy/Power metal
Kraj pochodzenia: Szwecja

Tak naprawdę Winterlong to zespół jednego człowieka - gitarzysty, basisty i wokalisty w jednym, czyli Thorbjorn'a Englund'a. Szwed wystartował ze swoim projektem w 1998 roku wydając debiutancki krążek o tytule "Valley Of The Lost". Muzyka na nim zawarta to power metal ze śladowymi ilościami folku. Pierwsze trzy krążki Thornbjorn nagrywał z zespołem, natomiast album pochodzący z 2006 roku postanowił nagrać samodzielnie - korzystając jedynie z pomocy perkusisty (Leif Eriksson) i wokalistki (Stella Tormaanoff), która udzieliła swojego głosu w dwóch kawałkach na krążku.

Każdy album tego zespołu był nagrywany w innym składzie, zmieniali się praktycznie wszyscy - poza głównym gitarzystą, którym zawsze był Thornbjorn. Przez zespół przewinął się między innymi aktualny perkusista HammerFall - Anders Johansson. Ciekawe jest to, że wokalnie zaczął udzielać się dopiero na ostatnim krążku i wyszło mu to wyśmienicie - barwę głosu ma naprawdę różnorodną.

Dyskogafia:
2001 - Valley Of The Lost
2003 - The Second Coming
2005 - Winterlong
2006 - Metal/Technology

Three Headed Monster - Three Headed Monster (2007)


Three Headed Monster - Three Headed Monster

3HM na myspace

Rok wydania: 2007
Gatunek: instrumental/progressive/power/thrash metal
Kraj: USA

Tracklista:
01. Varan
02. Perfect-Plex
03. The Beast of Odo Island
04. Ultimate Rage
05. Bloodbath II
06. Ides of March
07. Bitter End
08. Engines of AKI

Cóż to jest? To zespół muzyków, którzy postanowili, że wokalista nie jest im potrzebny i nagrali album instrumentalny. Zespół gra bardzo ciekawą mieszankę, bo jest w tym i trochę ostrego thrashowego grania, połamanych gitarowych solówek, mnóstwo progresywnych brzmień i niesamowity power. Nazwa zespołu od razy przywodzi na myśl King Ghidorę z Godzilli ;-) Może tylko mi. Ale jak się okazuje jest to specjalny zabieg zespołu, bo ludzie znający soundtrack z filmów, w których głównym bohaterem jest napromieniowany jaszczur skojarzą niektóre wstawki, które możemy usłyszeć na tej płycie - co prawda cą poprzeplatane gitarowymi popisami, ale wprawiony w bojach słuchacz wyłapie je bez problemu. W każdym razie płytkę polecam, kawał mistrzowskiego grania bez zaprzątania sobie głowy wokalem.

Ocena: 9/10

Mors Principium Est - The Unborn (2005)


Mors Principium Est - The Unborn

Rok wydania: 2005
Gatunek: mdm
Kraj: Finlandia

Tracklista:
01. Pure
02. The Harmony Remains
03. Parasites of Paradise
04. Two Steps Away
05. Altered State of Consciousness
06. Spirit-Conception
07. The Unborn
08. Fragile Flesh
09. Pressure
10. The Glass Womb

Jest kilka rzeczy, które różnią pierwszy krążek od drugiego. Wokal zyskał na agresji, ale jednocześnie pojawiło się też więcej industrialnych wstawek - jak np. lekko przesterowany głos w kawałku "Pure" no i nadal niektóre partie klawiszowe przypominają industrialowe granie. Dodatkowo pojawił się gościnnie wokal żeński (tylko w pierwszym utworze). Muzycznie ostrzej nie jest, nadal jest to melodeath ze zmiennym tempem i w miarę ciężkimi riffami. W sumie poza tym jakiejś wielkiej różnicy pomiędzy pierwszy i drugim krążkiem nie ma - tzn. kompozycje bardzo podobne, jest tak samo jak piewszym krążku tzw. przerywnik (na 1 był "Oblivion" a tutaj jest "Spirit-Conception"). Tutaj należy wyróżnić na pewno kawałki "Pure", "The Parasite Harmony" i "The Unborn". I jak w pierwszym przypadku tutaj oceną jest 8,5/10. Chociaż muszę przyznać, że "Inhumanity" wciągął mnie trochę bardziej niż "The Unborn".

Ocena: 8,5/10

Mors Principium Est - Inhumanity (2003)


Mors Principium Est - Inhumanity

Rok wydania: 2003
Gatunek: mdm
Kraj: Finlandia

Tracklist:
01. Another Creation
02. Eternity's Child
03. In My Words
04. Inhumanity
05. D.I.B.
06. The Lust Called Knowledge
07. Oblivion
08. Life in Black
09. Last Apprentice
10. Into Illusion

Jak na debiut to jest lepiej niż bardzo dobrze - przede wszystkim melodie nie są przesłodzone. Ale tutaj zasługa jest zapewne klawiszy, które stanowią raczej tło dla pozostałych instrumentów i bardzo rzadko trafiają na pierwszy plan (nieliczne wyjątki jak np. w kawałku "The Lust Called Knowledge", ale nawet tam wyeksponowane są tylko w intrze). W sumie chyba najbardziej słyszalne są klawisze w utworze "Life In Black", ale to też tylko na początku, później odchodzą coraz bardziej w cień - zresztą te partie parapetowe kojarzą mi się z industrialem. Na uwagę zasługuje praca gitar - te toczą ze sobą nieustanną walkę podczas tego krążka, co bardzo urozmaica muzykę. W sumie zespół ma trzech gitarzystów to nie ma co się dziwić, że ta warstwa jest naprawdę dopieszczona. O wokalu złego słowa nie da się powiedzieć, bo to typowy harsh - i na szczęście nigdzie nie pojawia się czysty wokal, który mógłby zepsuć ten album. A najbardziej w ucho mi wpadły kawałki "Another Creation" (tak jest taki fajny motyw gitarowy), "Inhumanity", "The Lust Called Knowledge" i "Life In Black".

"Inhumanity" to całkiem fajny album, dobre gitary, nie szkodzące muzyce klawisze, odbry wokal i nieprzesłodzone melodie.

Ocena: 8,5/10

Battalion - Welcome To The Warzone (2008)


Battalion - Welcome To The Warzone

Rok wydania: 2008
Gatunek: death metal
Kraj: Belgia

Skład zespołu:
Ruben Luts - wokal
Pieter Vandeputte - gitara
Kristof - gitara basowa
Erwin Schellekens - perkusja

Tracklista:
01. Mechanize Blitzkrieg
02. Cracks Of My Coffin
03. Ten-Thousand Corpse Ditch
04. Throne Of Lies
05. Blunt Force Trauma
06. Curb Stomp
07. Verdun Meat Grinder
08. Radiation Holocaust
09. Opening The Blastdoors To Hell
10. Mass Incinerator

Drugi album belgijskiego Battalion został nagrany w zeszłym roku i jedyna zmiana personalna nastąpiła na stanowisku perkusisty i muszę przyznać, że to słychać. Przede wszystkim nie słychać tak bardzo tych werbli, są one jakby schowane.

Ale poza zmianą personalną na "Welcome To The Warzone" znajduje się materiał na podobnym poziomie co na "Winter Campaign". Stylistycznie też nic się nie zmieniło - chociaż wydaje mi się, że tempo jest trochę wolniejsze - może być to tylko złudzenie, bo część kawałków skutecznie przeczy temu twierdzeniu, np. zamykający płytę "Mass Incinerator".

Ale porównując "Welcome To The Warzone" mam wrażenie, że tutaj panowie więcej jeżdżą czołgiem niż biegają z karabinami. Nowy perkusista wniósł trochę świeżości w staroszkolnym bitewnym death metalu, który zespół prezentował na poprzednim krążku - nie chodzi mi bynajmniej o to, że nagle zespół gra jakiś modern battle death metal, bo tak nie jest. Jednak praca perkusji różni się od tej, którą prezentował Oosterwijck. I tutaj wymienię dwa najlepsze kawałki - "Throne Of Lies" i "Mass Incinerator" - głównie za odpowiednie tempo połączone z ciężarem.

Płyty pierwszej jak i drugie słuchałem z ogromną przyjemnością - zespół prezentuje niezwykle równy poziom, mam nadzieję, że na tych dwóch albumach nie poprzestaną. Na pierwszej jak i drugiej unosi się duch Bolt Thrower i czuć unoszący się swąd prochu i słychać echa niedaleko odbywającej się batalii. Mimo wszystko jakoś przydałoby się te dwie płyty rozdzielić - dlatego "Winter Campaign" dostaje ode mnie ocenę 9/10, a "Welcome To The Warzone" 8,5/10. Już piszę dlaczego akurat taki rozkład punktów. "Winter Campaign" wydaje mi się bardziej wciągające - dla mocniejszego nakreślenia klimatu zespół dorzucić różne "wojenne" wstawki, czego brakuje na drugim albumie (takie dodatki występują tylko pod koniec "Mass Incinerator" i na początku "Mechanized Blitzkrieg"). I dwójka wydaje mi się bardziej walcowata. To tylko tyle, bo tak naprawdę obydwie płyty są bardzo dobre i powtórzę to jeszcze raz - wielbiciele Bolt Thrower powinni znać obydwa krążki zespołu Battalion.

Ocena: 8,5/10

Battalion - Winter Campaign (2005)


Battalion - Winter Campaign

Rok wydania: 2005
Gatunek: death metal
Kraj: Belgia

Skład zespołu:
Ruben Luts - wokal
Pieter Vandeputte - gitara
Kristof - gitara basowa
Tom Van Oosterwijck - perkusja

Tracklista:
01. Spitfire
02. Bombenkrieg
03. Warfiend
04. Nuclear Devastation
05. Winter Campaign
06. Monolith
07. Skeleton City
08. Superior Firepower
09. Defcon 696
10. The Swarm (Locust Invasion)
11. Ghost Of War

Debiutancki album Belgów - od razu słychać lekkie podjazdy pod Bolt Thrower. Ale to nic dziwnego, w końcu to właśnie Brytyjczycy najlepiej zagrali bitewny death metal, a jak się uczyć to tylko od najlepszych.

Na sam początek zostajemy zaatakowani Spitfire'ami - 30 sekundowe intro mające na celu wprowadzić słuchacza w odpowiedni nastrój - zresztą w dalszej części płyty znajdziemy też kilka wstawek "wojennych". Już od "Bombenkrieg" mamy staroszkolny łupany death metal - podejście jak najbardziej słuszne, dlatego fani Bolt Thrower mogą spokojnie sięgnąć po album Battalion, gwarantuję, że nie będą rozczarowani. Co prawda nie ma tutaj hipnotycznych riffów, ale za to zespół nadrabia agresją. Przeważają tutaj szybsze kompozycje z chwilowymi zwolnieniami - także typowych walców raczej próżno tutaj szukać. Jedno co mnie trochę drażni to chwilami gra perkusji - zwłaszcza wtedy kiedy do gry wtrąca się werbel. Poza tym o "Winter Camapign" złego słowa powiedzieć nie można - zwłaszcza jak spojrzy się na Battalion jak na debiutantów. A najlepszym numerem jest zdaje się "Nuclear Devastation" - chociaż wyróżnianie jakiegokolwiek utworu na tym albumie jest trochę naciągane, bo równie dobrze mógłbym tutaj wymienić każdy inny kawałek znajdujący się na "Winter Campaign".

Debiutancki krążek Battalion to chyba jeden z ciekawszych debitów w kategorii bitewny death metal w ostatnich latach. Granie wciągające, pełne agresywnych, ciężkich riffów i niesamowity klimat.

Ocena: 9/10

Maylene & The Sons Of Disaster - III (2009)


Maylene & The Sons Of Disaster - III

Data wydania: 23.06.2009
Gatunek: southern rock/metalcore
Kraj: USA

Tracklista:
01. Waiting On My Deathbed
02. Setting Scores By Burning Bridges
03. Just A Shock
04. Last Train Coming
05. Step Up (I'm On It)
06. Listen Close
07. The Old Iron Hills
08. No Good Son
09. Harvest Moon Hanging
10. Oh Lonely Grave
11. The End Is Here... The End Is Beautiful

Już sam wstęp jest bardzo obiecujący typowo southernowa zagrywka, a w tle grają świerszcze. I pierwszy numer jest utrzymany bardzo w klimacie albumu z 2007 roku - podobna melodia, Dallas Taylor oczywiście daje czadu. Kolejne kawałki tylko upewniają - to solidny kandydat na moją płytę nie tylko czerwca, ale i roku. Ale muszę przyznać, że zespół zaczął grać nieco lżej - biorąc pod uwagę poprzednie wydawnictwa. Chociaż do "melodyjnych klimatów" jeszcze im baaaardzo daleko, na razie mocniej złapali się southernu. Kawałek "Harvest Moon Hanging" jest niczym żywcem wyjęty z "II", podobnie z "Setting Scores By Burning Bridges" - oczywiście idzie to jak najbardziej na plus, bo odwołania do ideałów są zawsze pożądane ;-) Nie byłoby prawdziwej płyty Maylene & The Sons Of Disaster bez spokojniejszych numerów, ale te zostały wrzucone na koniec - chociaż "Listen Close" to bardzo ładna ballada występująca dokładnie pośrodku płyty i mimo tego, że ballada to niezwykle żywa. A zamykające ten album dwa kawałki to nieco podobny do "Tale Of The Runaways" numer "Oh Lonely Grave" i instrumentalny "The End Is Here... The End Is Beautiful" przywodzący na myśl "The Day Hell Broke Loose At Sicard Hollow" również z poprzedniego albumu. Zresztą jakby spojrzeć na "II" i "III" to widać dużo podobieństw - liczba tracków, podobny start i zakończenie. Oczywiście nie będę się bawił w wymienianie wszystkich utworów z nazwy - napiszę tylko, że chłopaki Ma Baker po raz kolejny odwalili kawał zajebistej roboty.

I najlepszy numer z tego albumu promujący ten materiał:
Maylene And The Sons Of Disaster - Step Up (I'm On It)

Wielbicieli southern metalu zapraszam do zapoznania się z materiałem, bo szkoda przepuścić takiego rodzynka.

Ocena: 9,5/10

(w skali ogólnej ocena 10/10)

Maylene And The Sons Of Disaster - II (2007)


Maylene And The Sons Of Disaster - II

Rok wydania: 2007
Gatunek: southern rock/metalcore
Kraj: USA

Tracklista:
01. Memories Of The Grove
02. Dry The River
03. Plenty Strong And Plenty Wrong
04. Darkest Of Kin
05. Raised By The Tide
06. Wylie
07. Death Is An Alcoholic
08. Everyone Needs A Hasting
09. Don't Ever Cross A Trowell
10. Tale Of The Runaways
11. The Day Hell Broke Loose At Sicard Hollow

Tym razem zdecydowanie szybszy i bardziej chytliwy southern metal - czyli praktycznie przeciwieństwo zaprezentowanego wcześniej Southern Death Threat ;-) No cóż ja mogę powiedzieć o tym krążku? Buja niesamowicie, muzyka jest tak fajna, że nie sposób słuchać krążka "II" bez chociażby najmniejszego ruchu. Wokalistów mamy dwóch - chociaż drugi bierze udział głównie w chórkach i ewentualnie w refrenach (bo tam wokal jest nieco łagodniejszy). Tak mniej więcej w połowie krążka tempo trochę siada i jest już ciężej, ale jest to jeszcze doomowa atmosfera. Dwa ostatnie kawałki są najspokojniejsze z całego albumu ("Tale Of The Runaways" to ballada, natomiast "The Day Hell Broke Loose At Sicard Hollow" to instrumental). W każdym razie jakby ktoś mnie zapytał, to zdecydowanie uważam, że to zajebisty album i jeden z oryginalniejszych jeśli chodzi o southern metal.

Ocena: 9/10

Maylene And The Sons Of Disaster - Maylene And The Sons Of Disaster (2005)


Maylene And The Sons Of Disaster - Maylene And The Sons Of Disaster

Rok wydania: 2005
Gatunek: southern rock/metalcore
Kraj: USA

Tracklista:
01. Caution: Dangerous Curves Ahead
02. Gausty Like The Wind
03. The Mind Of A Grimes
04. Hell On The Rise
05. Tough As John Jacobs
06. The Road Home To Panther Creek
07. Never Stop Haunting
08. Lady At The Gate
09. Bang, The Witch Is Dead
10. Just Wanted To Make Mother Proud

Debiutancki krążek tego zespołu jest zdecydowanie cięższy od "II" - poza tym tematem przewodnim tego krążka jest historia gangu "Ma Baker" (zresztą jest to motyw przewodni zespołu). Dallas Taylor brzmi na tym krążku nieco bardziej metalcoreowo - może dlatego, że jego poprzedni zespół (Underoath) grał typowy metalcore. Muzycznie też jest ostrzej, tempo jest wolniejsze i klimat jest jeszcze nie taki jaki powinien być - chociaż debiutancki krążek też jest wydawnictwem godnym uwagi. Atmosfera jest gęstsza i jest zdecydowanie mniej przebojowo. Ale nie ma na co narzekać - ten zespół mimo tego, że nagrał dopiero dwa krążki skrada się powoli do grona moich ulubionych.

Ocena: 8,5/10

Maylene And The Sons Of Disaster


Maylene And The Sons Of Disaster

Maylene And The Sons Of Disaster na myspace

Rok powstania: 2004
Gatunek: southern rock/metalcore
Kraj: USA

Co tu dużo pisać, zespół założony w 2004 roku w stanie Alabama przez Dallasa Taylora, który wcześniej wokalizował w zespole metalcore'owym, dokładnie w Underoath - ale został poproszony o opuszczenie zespołu. Pomysłem na zespół była historia gangu Ma Baker i jej synów, a raczej stylu ich życia. W 2005 roku podpisali kontrakt na płytę z wytwórnią Mono Vs Stereo - za jej sprawą został wydany debiutancki album zespołu. W 2006 roku zespół podpisał kontakt z Ferret Records na kolejny album. I tak w 2007 ujrzał światło dzienne krążek "II".

Aktualny skład:
Dallas Taylor - wokal
Chad Huff - gitara
Kelly Scott Nunn - gitara
Roman Havaland - gitara basowa, drugi wokal
Matt Clark - perkusja
Jake Duncan - gitara (tylko podczas koncertów)

Dyskografia:
2005 - Maylene And The Sons Of Disaster
2007 - The Day Hell Broke Loose At Sicard Hollow (EP)
2007 - II
2009 - III

Maroon - When Worlds Collide (2006)


Maroon - When Worlds Collide

Rok wydania: 2006
Gatunek: hardcore/metalcore/post-thrash
Kraj: Niemcy

Tracklista:
01. 24HourHate
02. And If I Lose, Welcome Annihilation
03. Sirius
04. Wake Up In Hell
05. Annular Eclipse
06. Arcturus
07. Confessions Of The Heretic
08. There Is Something You Will Never Erase
09. The Omega Suite Pt. II
10. Sword And Bullet
11. Vermin
12. Koo She
13. Below Existence

Trzeci studyjny album Maroon został wydany w 2006 roku przez Century Media. Na materiał składa się 13 utworów z czego 3 to takie "jakby intra" - chodzi o kawałki "Sirius", "Arcturus", "Koo She". To takie bardzo krótkie (około półminutowe) akustyczne wstępniaki.

Ale lać na te trzy akustyczne numery ;-) Materiał składający się na "When Worlds Collide" to prawdziwy metalcore'owy niszczyciel. Nie ma żadnego opieprzania się, już podczas odsłuchu pierwszego numeru można się o tym przekonać. Co prawda Andre śpiewa momentami czysto, a raczej uprawia coś w stylu spokojnego krzyku - nie wiem jak to opisać. I każdy kolejny numer to zapieprzanie aby do przodu - co w przypadku Maroon wypada bardzo dobrze. Oczywiście nie brakuje tutaj beatdownów, które bardzo ostatnio polubiłem - najbardziej zapadający w pamięć występuje chyba w numerze "Wake Up In Hell", szkoda, że dopiero pojawia się pod koniec. Fani duńskiego Mercenary mogą usłyszeć Mikkela Sandagera udzielającego się gościnnie w numerze "Annular Eclipse" - prawdę mówiąc na początku myślałem, że to jakaś babeczka śpiewa ;-) W ogóle dobry numer - z początku trochę wolny, ale później perkusja podkręca tempo - no i ta gitara bardzo charakterystyczna. Natomiast na "There Is Something You Will Never Earse" gościnnie występuje Roger Miret z Agnostic Front - btw w tym numerze jest całkiem fajna solówka. Po tym dostajemy niejako kontynuację utworu z poprzedniego albumu - czyli "The Omega Suite Part II". Jest to utwór instrumentalny, do tego raczej spokojny. "Sword And Bullet" bardzo dobry - szybki, energiczny, z ładną solówką. Za to w "Below Existence" jest ładny beatdown, szkoda tylko, że krótki i Andre nie drze się tak jak powinien. Trochę niepotrzebne jest tutaj to zwolnienie i wstawienie spokojnej nuty. Na zakończenie jest "Vermin" - numer dobry, pełen ciekawego riffowania i napieprzania na perkusji. No i piękny beatdown na sam koniec :-) Bardzo dobre zakończenie albumu.

Co tu dużo gadać - ten album to na razie najlepsza rzecz jaką słyszałem tego zespołu. Kwintesencja metalcore'a i do tego z solówkami - także w błędzie są ci, którzy zarzucają tej muzyce brak solówek. Jak ktoś nie wierzy to polecam zapoznać się z "When Worlds Collide". Goście specjalni podnoszą rangę tego wydawnictwa, bo obydwaj zaliczyli dobry występ. Nie mogę nie wspomnieć o beatdownach - goście z Maroon grają te partie po mistrzowsku.

Ocena: 9,5/10

Maroon - Endorsed By Hate (2004)


Maroon - Endorsed By Hate

Rok wydania: 2004
Gatunek: hardcore/metalcore/post-thrash
Kraj: Niemcy

Tracklista:
01. Catharsis
02. The World's Havoc
03. Endorsed By Hate
04. Watch It All Come Down
05. Without A Face
06. At The Gates Of Demise
07. Chosen Fate
08. The Omega Suite
09. Human Waste
10. Suffer Or Endure
11. Götterdämmerung

Ten krążek posiada jeszcze dwie okładki, ale nie chce mi się ich szukać ;-) W każdym razie limitowana edycja miała inną okładkę i inną okładkę miała reedycja z 2005 roku, która trafiła na rynek amerykański i japoński.

Maroon w 2003 roku zmienili wydawcę, którym wcześniej był Catalyst Records. Nowym wydawcą został Alveran Records, który w 2003 roku zafundował fanom reedycję pierwszego krążka. Po nagraniu materiału na album "Endorsed By Hate" zespół opuścił gitarzysta Marc Zech, a jego miejsce zajął Sebastian Rieche. I jest to jak na razie jedyna zmiana personalna jaka zaszła w tym zespole.

Co do samej zawartości - album przelatuje jak...powiedzmy bardzo szybko ;-) Mimo tego, że czas jego trwania to około 45 minut, czyli tak naprawdę standard. "Endorsed By Hate" rozpoczyna się od spokojnego intro, a później przechodzi już w naparzanie jakie lubię. Szybka perkusja, dudniące riffy i ryki wokalisty sprawiają, że z przyjemnością zapuszczam ten album po raz kolejny. W ogóle na uwagę zasługuje bardzo dobra praca gitar, którą można zauważyć już w "Two Worlds Havoc". Jedyne co mi w tym krążku nie za bardzo pasuje to te wolne rytmy, które dominują w niektórych kawałkach - np. przez ponad 50% trwania "Watch It All Come Down" - wynagradza to później nieco chaotyczna gitarowa gra i napieprzanie po słowach wokalisty "Let's Go!". Ale te mielizny muszą być, bo inaczej Maroon by grał po prostu jakąś hardcore'ową odmianę łupanego death metalu ;-) Nieco bezsensowny wydaje mi się instrumental "The Omega Suit" - jasne, napierdzielanie, napierdzielaniem, ale chyba w instrumentalach powinno się pokazywać jakieś super zajebiste umiejętności muzyków, a tutaj żadnych wielkich zagrań nie słychać. W każdym razie "Human Waste" to wszystko rekompensuje. I album w bardzo dobrym stylu kończy "Götterdämmerung".

Materiał zawarty na "Endorsed By Hate" jest na pewno ciekawszy niż ten z debiutu. Jest tutaj zdecydowanie mniej hardcore'a, a więcej metalu, a raczej metalcore'a. I w przeciwieństwie do debiutu nie ma tutaj wyznaczonej jakiejś granicy, po której kawałki ewidentnie byłyby słabsze bądź lepsze - krążek wydaje się być bardzo równy, co jest na pewno plusem.

Ocena: 8/10

Maroon - Antagonist (2002)


Maroon - Antagonist

Rok wydania: 2002
Gatunek: hardcore/metalcore/post-thrash
Kraj: Niemcy

Tracklista:
01. Tempest I
02. The Beginning of the End
03. An End Like This
04. Shadow of the Vengeance
05. Tempest II
06. Drowning
07. Still Believe In What Has Fallen Apart
08. Beneath The Ashes
09. Stillborn
10. What Remains
11. Declaration

W 2003 roku album został wydany ponownie - okładka była czerwona.
I tak mamy debiutancki LP niemieckiego Maroon - najważniejszą zmianą jest chyba obecność wstawek urozmaicających materiał zawarty na krążku. I już po kilku pierwszych utworach słychać, że kawałki na "Antagonist" są dużo bardziej dopracowane niż na pierwszej epce zespołu. Pojawiają się też ciężkie riffy - nawet nieco hipnotyczne (jak ten w "Drowning"). Niby nadal jest ta prostota co na epce, ale jednak słychać, że zespół zrobił krok na przód. Więcej tutaj metalu niż czystego hardcore'a. Pojawiły się wymienne wokale - o ile kwestie mówione można nazwać wokalizami ;-) I co rzadkie lub prawie nieobecne w metalcore'owych kawałkach - tutaj pojawiają się solówki. Nie jakoś szczególnie rozbudowane, ale trzeba docenić sam fakt pojawienia się. Oczywiście teksty nadal kurczowo trzymają się nurtu straight edge. Szkoda tylko, że im dalej w las tym płytka staje się nudna. Kawałki następujące po "Drowning" nie są niestety niczym specjalnym - niby ostatni numer jakim jest "Declaration" pod koniec zaczął mnie trochę kopać, ale i tak było tego w sumie niewiele. I tak jakby album "Antagonist" kończył się na wspomnianym już dwukrotnie "Drowning" to ocena byłaby w okolicach 8/10 - ale niestety, po to jest dopiero połowa płyty. Dlatego za całość pierwszy LP Maroon dostaje ode mnie 7/10 (a ocena i tak jest mocno naciągana).

Ocena: 7/10

Maroon - Captive in the Room of the Conspirator (EP) (2000)


Maroon - Captive in the Room of the Conspirator (EP)

Rok wydania: 2000
Gatunek: hardcore/metalcore/post-thrash
Kraj: Niemcy

Tracklista:
01. Calm Before the Storm
02. An End Like This
03. The Solution
04. Catatonic Pictures
05. Result Of Reprisal
06. Indulgence Ends

Zespół zadebiutował tak naprawdę w 1999 roku swoją demówką "The Initiate", na której znalazły się 4 utwory, które później były zamieszczone na składaku "The Key" - wydanym w 2001 roku. Ale tak profesjonalna kariera zespołu rozpoczęła się od wydania epki "Captive in the Room of the Conspirator". Udało się to dzięki wydawnictwu Kerosene Recordings. A co możemy usłyszeć na samej płycie? Dużą dawkę hardcoreu z niewielkimi elementami metalu. Nie oceniając ich muzyki z racji przesłania (bo doskonale wiadomo jakie przesłanie niosą ze sobą liryki staight edgeowych bandów) muszę powiedzieć, że jest nad wyraz surowa i obraca się raczej w wolnych tempach niekiedy okraszanych kilku sekundowymi galopadami. W ogóle muzycznie jest to bardzo oszczędne, a porównując tą epkę z ich albumem "When Worlds Collide" mogę stwierdzić, że ich muzyka na początku nijak się miała do późniejszych dokonań. Tzn. była prostsza, skromna i pozbawiona tych barwnych wstawek.

Ocena: 6/10

Maroon


Maroon

Maroon na myspace

Rok powstania: 1998
Gatunek: hardcore/metalcore/post-thrash
Kraj: Niemcy

Skład:
Andre Moraweck - wokal
Sebastian Grund - gitara
Sebastian Rieche - gitara
Tom Eric Moraweck - gitara basowa
Nick Wachsmuth - perkusja

Zespół powstał w 1998 roku w Nordhausen. Jest silnie związany z nurtem straight edge. Teksty piosenek Maroon obracają się głównie w kręgach ochrony środowiska, polityki i nurtu straight edge. Ich muzyka to typowe połączenie metalu z hardcorem, dokładnie połączenie thrashu z hardcorem. W każdym razie nie ma tutaj niczego dla wielbicieli melodyjnych zaśpiewów w refrenach, ten zespół to sama agresja - jednak muzycznie nie wpadają przez to w chaos. Co ciekawe skład zespołu od momentu powstania nie bardzo się zmienił - dopiero w 2004 roku nastąpiła pierwsza (i jak na razie ostatnia) zmiana w składzie - gitarzystę Marca Zecha zastąpił Sebastian Rieche.

Dyskografia:
2000 - Captive in the Room of the Conspirator (EP)
2002 - Antagonist
2004 - Endorsed by Hate
2006 - When Worlds Collide
2007 - The Cold Heart of the Sun

The Orange Man Theory - Riding A Cannibal Horse From Here To... (2006)


The Orange Man Theory - Riding A Cannibal Horse From Here To...

Data wydania: 01.2006 (Włochy), 2007 (Świat)
Gatunek: grindcore/death metal/southern rock
Kraj: Włochy

Tracklista:
01. Introducing Ourselves To The Masses
02. Merendina Will Have His Revenge On Capeside
03. Vampires In The Sun
04. The Way To Rock
05. Vortex Of Cows Into Sweet Tornado
06. Where We're Going We Don't Need Roads!
07. Biollante's Dawn
08. Riding A Cannibal Horse From Here To...
09. 007

Debiutancki album The Orange Man Theory nagrany pod czujnym okiem Steve'a Austina znanego chociażby z Today Is The Day (jak ktoś zna ten band, bo ja niestety się na niego nie natknąłem).

Materiał zawarty na tym albumie jest popieprzony, nieskładny, połamany i ogólnie strasznie dziwny. W porównaniu z nim ich drugi LP wydaje się być bardzo przemyślany i równo ułożony. Wszystko tutaj wygląda tak jakby ktoś rozsypał klocki, a zespół je poskładał według własnego widzimisię. Dlatego nie jest to łatwy album. W sumie ciężko jest napisać coś o samej muzyce - mamy fragmenty ostrzejsze jak i łagodniejsze, a nawet mamy wstawkę z Godzilli w numerze "Biollante's Dawn" - zresztą jest tutaj też rzecz, która mi nieco przeszkadza. Chodzi mi o dźwięk mono, utrudnia to trochę odsłuch. Jeszcze w jednym numerze jest podobny zabieg. Za to muszę ich pochwalić za to, że ładny sposób użyli southern rocka w niektórych momentach - jak chociażby w "Vortex Of Cows Into Sweet Tornado". Za to wkurwia mnie utwór "007", w którym poza fajną muzyką jest jakiś niezrozumiały przesterowany krzyk, który wszystko psuje. Natomiast pozostałych numerów słucha się bardzo dobrze - duża doza agresji połączona z łagodnością, która jest reprezentowana przez czysty wokal. Co prawda skupiłem się na słabszych elementach tego albumu, ale są też te silne strony, a na te można się natknąć słuchając chociażby "Merendina Will Have His Revenge On Capeside", "Vampires In The Sun" czy chociażby wymienionego wcześniej "Vortex Of Cows Into Sweet Tornado". Praktycznie pozostałe (nie wymienione tutaj) utwory też są przynajmniej dobre.

W każdym razie więcej jak 7,5/10 dać za debiut nie mogę - jednak za dużo tutaj chaosu, a za mało ułożonego grania. Jednak debiut przegrywa z drugim LP.

Ocena: 7,5/10

The Orange Man Theory - Satan Told Me I'm Right (2009)


The Orange Man Theory - Satan Told Me I'm Right

Data wydania: 03.2009
Gatunek: grindcore/death metal/southern rock
Kraj: Włochy

Tracklista:
01. Straight TO Extinction
02. Gimme Some Goat
03. On The Dartboard
04. Satan Told Me I'm Right
05. Gavino Is Back To Town
06. Orange Is The Color Of The High Speed Season
07. Savage But Focused
08. Meet Uncle Terror
09. A Rational Mind
10. Psycho Poses To Fall Back On
11. El Poder Brutal

Jest to drugi krążek Włochów - pierwszy ukazał się w 2005 roku i nosił tytuł "Riding A Cannibal Horse From Here To...". Niestety póki co nie wiem, co się na nim znajdowało, bo "Satan Told Me I'm Right" jest moim pierwszym zetknięciem się z tym zespołem.

Na krążek składa się 11 utworów, ale nie powiem, że zróżnicowanych, bo aż takie one zróżnicowane znowu nie są. Od początku do końca mamy napierdol w różnej formie i z chwilowymi spadkami napięcia, dla wielbicieli South Parku jest też wstawka z serialu...jak i dla wielbicieli szkockiej muzyki ludowej, bo dźwięk kobz czy tam dudów otwiera numer "Gavino Is Back To Town". W każdym razie panowie z Włoch proponują podróż przez 11 utworów, w których trafiamy na grindcore'ową agresję (ale nie ma bulgotów), southern rockowe gitary i death metalowy wokal. Spokojnym przerywnikiem na krążku jest "A Rational Mind", który jest numerem instrumentalnym, ale trzeba go traktować jako przerywnik. Dwa kawałki, które mi szczególnie wpadły w ucho to tytułowy "Satan Told Me I'm Roght" i "Orange Is The Color Of The High Speed Season".

Cóż mogę powiedzieć - dużo fajnego agresywnego grania z pomysłem i bez powielania schematów...jeśli takowe w ogóle w takim graniu istnieją.

Ocena: 8/10

The Orange Man Theory


The Orange Man Theory

The Orange Man Theory na myspace

Rok powstania: 2003
Gatunek: grindcore/death metal/southern rock
Kraj: Włochy

Skład zespołu:
Gianni - wokal
Gabbo - gitara i drugi wokal
Cinghio - gitara basowa i drugi growl
Tommy - perkusja

Dyskografia:
2006 - Riding A Cannibal Horse From Here To...
2009 - Satan Told Me I'm Right

Zespół powstał w 2003 roku w Rzymie (trzeba pisać, że we Włoszech? ;-) ). W swojej muzyce łączą różne nurty muzyki ekstremalnej z rockiem lat 70-tych. W nagrywaniu debiutu pomagał im Steve Austin, który zajął się produkcją, a nagrania miały miejsce pod koniec 2004 roku. Wkrótce udało im się podpisać kontakt z Suprnova Records z USA i "Riding A Cannibal Horse From Here To..." obiegł cały świat - nastąpiło to dopiero w 2007 roku, w którym to Suprnova pokusiła się o reedycje tego albumu - na terenie Włoch album pojawił się na początku 2006 roku. Drugi album "Satan Told Me I'm Right" znowu powstał przy współpracy ze Stevem Austinem (ponownie zajął się produkcją) i został wydany przez Subsound Records.

Walls Of Jericho - The American Dream (2008)


Walls Of Jericho - The American Dream

Data wydania: 29.07.2008
Gatunek: metalcore
Kraj: USA

Tracklista:
01. The New Ministry
02. II The Prey
03. The American Dream
04. Feeding Frenzy
05. I The Hunter
06. Famous Last Words
07. A Long Walk Home
08. III Shock Of The Century
09. Discovery Of Jones
10. Standing On Paper Stilts
11. Night Of A Thousand Torches
12. The Slaughter Begins

Ci, którzy byli rozczarowani "Redemption", które z normalnym graniem Walls Of Jericho niewiele miało wspólnego - ba, nawet można to było uznać za skok w bok po świetnym "With Devil Amongst Us All". Na szczęście trzy miesiące po ukazaniu się epki zespół porozrzucał po sklepach swoje nowe wydawnictwo LP "The American Dream", które jest już ja najbardziej w stylu Walls Of Jericho.

Tym raziem zespół zaatakował w pełni w swoim starym stylu - czyli typowe połączenie muzyki hardcore'owej z metalem. Już pierwszy numer, który jest otwieraczem i jednocześnie intro może nie zwala z nóg, ale sprawia bardzo dobre wrażenie, ale do niszczących numerów jeszcze dojdę. Na szczęście jak wiadomo w muzycy hardcore'owej rządzą krótkie utwory także tutaj nie mamy żadnych tasiemców - najdłuższy kawałek trwa lekko ponad 4 minuty. Ale wracając do tych niszczycieli - pierwszy jest tytułowy "The American Dream", który chyba w USA wielkiej popularności Walls Of Jericho nie przysporzył ;-) W każdym razie dla mnie to jeden z najlepszych numerów na tym albumie. Kolejnym jest "Famous Last Words" - szybki, energiczny - z dobrym riffem przerywającym krzyki Candace. Tak krzyki, bo Candace jednak postanowiła krzyczeć, a nie śpiewać jak na epce. Następny w kolejce jest "Standing On Paper Stilts" - tutaj na uwagę zasługuje głównie praca perkusji. "Night Of A Thousand Torches" to również mocny element tego albumu - ciekawie elektroniczny początek i ucieczka w galopadę, po której następuje drastyczna zmiana tempa. Na koniec dostajemy balladę "The Slaughter Begins", która kojarzy mi się z "Beautiful Tragedy" In This Moment. W każdym razie bardzo spokojne zakończenie tego energicznego i szybkiego wydawnictwa.

Widać, że Walls Of Jericho lepiej sprawdza się w klimatach obranych na "With Devil Amongst Us All" niż w akustycznych lekkich i rockowych brzmieniach, które zaproponowali na epce "Redemption". Oczywiście "The American Dream" nie jest żadnym odkryciem, ale słucha się tego niezwykle przyjemnie.

Ocena: 8/10

Walls Of Jericho - Redemption (EP) (2008)


Walls Of Jericho - Redemption (EP)

Data wydania: 29.04.2008
Gatunek: rock/metalcore
Kraj: USA

Tracklista:
01. Ember Drive
02. My Last Stand
03. No Saving Me
04. House Of The Rising Sun
05. Addicted

W dwa lata po wydaniu "With Devil Amongst Us All" kiedy fani zacierali już ręce w oczekiwaniu na nowy album, który byłby bezpośrednią kontynuacją poprzednika, zespół wydał epkę "Redemption". Jak wiadomo epki i single mają na celu zaostrzenie apetytu fanów i powiększenie dyskografii zespołu o kolejne oczko. Każdy szanujący się fan takiego zespołu musi mieć w swojej kolekcji ową epkę, bo inaczej po nocach nie będzie mógł spać, bo czegoś w jego kolekcji będzie brakowało. No właśnie, czy rzeczywiście jest tak w przypadku "Redemption"?

Walls Of Jericho chcąc zaostrzyć apetyt fanów na nowy album wydali epkę, która zawierała materiał w zupełnie innym stylu. Spoglądając na tracklistę uśmiechnąłem się w duchu widząc balladę "No Saving Me" - na tak krótki materiał jakim jest epka zespół wrzuca balladę? Zaskakujące by to było, gdyby chodziło o zespół grający power metal, ale co myśleć o takim posunięciu kiedy zespół gra metalcore? Szaleństwo? Dziwactwo? Chyba to drugie. Ewentualnie próba zaszokowania słuchacza. Jeszcze większe zdziwienie wzbudza inny utwór - "House Of The Rising Sun", który jest coverem utworu zespołu The Animals. W takim wypadku wiadomo czego się spodziewać. Muzyka wykonywana przez Walls Of Jericho na tej epce to nic innego jak rock czy hard rock. Z jednej strony byłem zadowolony z tego, że takie cuda zespół robi na tej epce, a nie na LP, a z drugiej zastanawiałem się, czy aby ta epka na pewno była potrzebna? Cover "House Of The Rising Sun" w wykonaniu Candace ma swój urok i warto go posłuchać. Ale co do pozostałych numerów nie jestem przekonany. Ale ta epka ma jeszcze jedno zadanie - wypromować zespół w innych niż dotąd kręgach. Gościem specjalnym (jak i producentem) jest tutaj Corey Taylor ze Slipknot. Gościnnie udziela się w "Ember Drive", "My Last Stand" i "Addicted". Podsumowując powiem, że jest to raczej materiał dla fanów Candace czy Taylora, a nie dla fanów Walls Of Jericho :-/ Można spokojnie przejść obojętnie obok tego materiału, chyba, że ktoś chce posłuchać ballad w wykonaniu Candace.

Walls Of Jericho - With Devil Amongst Us All (2006)


Walls Of Jericho - With Devil Amongst Us All

Rok wydania: 2006
Gatunek: metalcore
Kraj: USA

Tracklista:
01. A Trigger Full Of Promises
02. I Know Hollywood And You Ain't It
03. And Hope To Die
04. Plastic
05. Try.Fall.Repeat
06. The Haunted
07. And The Dead Walking Again
08. Another Day, Another Idiot
09. No Saving Me
10. Welcome Home
11. With Devil Amongst Us All

W dwa lata po wydaniu raczej niespecjalnego "All Hail The Dead" zespół wkroczył dziarskim krokiem do studia, żeby zarejestrować swój pierwszy porządny materiał, który pojawił się na trzecim studyjnym LP o tytule "With Devil Amongst Us All".

I co tutaj jest takiego rewolucyjnego? Chociażby to, że tego albumu chce się słuchać. Nie miałem z "With Devil Amongst Us All" sytuacji jak z poprzednimi albumami Walls Of Jericho - słuchanie tego albumu sprawiło mi przyjemność i nie było tylko smutnym obowiązkiem. Jest więcej mocy, Candace ryczy z większym zaangażowaniem - czystych wokali jest zdecydowanie mniej. Gitary grają ostrzej i lepiej współpracują z perkusją. Same kompozycje też są ciekawsze. Może pierwszy numer za bardzo nie porywa, ale od "I Know Hollywood And You Ain't It" zaczyna się prawdziwa sieczka. Ale najbardziej zapadł mi w pamięć kawałek "Plastic", który został wyposażony w bardzo sugestywny tekst. Poza tym na uwagę zasługują doskonale pracujące gitary. Kolejnym zajebistym numerem jest "The Haunted" - siłą tego numeru jest wpadający w ucho refren i odejście od metalcore'owych standardów. "Another Day, Another Idiot" to kolejny niszczyciel. Jest to najkrótszy kawałek na tym albumie, ale jednocześnie bardzo treściwy. A "No Saving Me" to nadobowiązkowa ballada, w której Candace może popisać się czystymi wokalami, a instrumentaliści trochę odpocząć. Przyjemny kawałek, chociaż nie do końca pasujący do tego albumu. Końcówka w postaci "Welcome Home" i utworu tytułowego jak najbardziej mocarna. Po prostu słychać, że ten zespół ewoluował w stosunku do poprzedniej płyty. Duży krok na przód.

Ocena: 8,5/10