Pokazywanie postów oznaczonych etykietą modern metal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą modern metal. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 stycznia 2017

Podsumowanie 2016 - metal mix

Co roku bawię się w tłumaczenie, czym jest ten cały "metal mix" i tym razem mi się nie chcę, więc skopiuję "definicję" z podsumowania 2013 roku:

"Jest to zbitek wszystkich gatunków metalowych i około metalowych, które nie mieszczą się w innych kategoriach. Niekoniecznie muszą to być mieszanki gatunkowe, bo wchodzą tu również wydawnictwa spod znaku gothic metal, nu-metal, stoner metal, czy post-metal. Czyli znaleźć tu można różnorakie płyty, które nie łapały się do żadnego innego zestawienia gatunkowego, a nie chciałbym ich pominąć."

Tym razem mocno poszerzyłem grupę pościgową, bo ilość bardzo dobrych wydawnictw, które miały swoją premierę w 2016 roku, a nie łapią się do innych gatunkowych zestawień była naprawdę duża. Szkoda by je było pominąć, dlatego prezentuję top 10 i grupę pościgową, na którą składa się aż 15 wydawnictw.

środa, 8 lipca 2015

Prosto z półki: Grendel - A Change Through Destruction (2008)

Grendel - A Change Through Destruction

Data wydania: 22.10.2008
Gatunek: modern metal
Kraj: Finlandia

Tracklista:
01. One Desire
02. A Change Through Destruction
03. Dialog with Pain
04. The Deaf Cult
05. Another Link in the Chain
06. Forsaken Shell
07. Quicksand
08. Half-Life
09. Trapped Inside
10. Moment of Silence

Skład:
Mikko Virtanen - wokal
Jussi Kraft - gitara
Mika Kivi - gitara, chórki
Kari Martikainen - gitara basowa
Juha Terrilä - klawisze
Jarkko Piipari - perkusja

Jeżeli chcielibyście poszukać w sieci jakichś informacji o kapeli Grendel i nawet zawęzili byście to szerokie grono do grup parających się graniem metalu to i tak wyskoczy Wam spora grupka około 10 formacji. Nic w tym dziwnego, w końcu słowo "Grendel" to imię potwora ze staroangielskiego poematu "Beowulf" (postać tego mężnego woja możecie też znać z kilku adaptacji filmowych). A wiadomo, że kapele metalowe (obojętnie z jakiego podgatunku) lubią czerpać swoje nazwy z literatury (zwłaszcza fantasy, a chyba najbardziej z twórczości Tolkiena). W każdym razie formacja Grendel, która wydała album "A Change Through Destruction" pochodzi z Finlandii, a początki tej grupy sięgają 2000 roku. Po wydaniu wielu demówek kapela zadebiutowała w 2006 roku albumem "Lost Beyond Retrival", którego niestety nie miałem okazji posłuchać. Jego następca wydany w 2008 roku był dopiero drugim wydawnictwem tej grupy.

poniedziałek, 19 maja 2014

Engel - Absolute Design (2007)

Engel - Absolute Design

Data wydania: 31.10.2007
Gatunek: alternative/industrial metal/modern mdm
Kraj: Szwecja

Tracklista:
01. In Splendour
02. Casket Closing
03. Next Closed Door
04. The Hurricane Season
05. Propaganda
06. The Paraclete
07. Scythe
08. Descend
09. Trial and Error
10. I Am the One
11. Calling Out
12. Seven Ends

Engel to dziwna kapela, której początki sięgają 2005 roku. "Absolute Design" to debiutancki materiał od Szwedów, którzy postanowili przenieść melodyjny death metal w inny wymiar i zmieszać go z odrobiną industrialnego metalu. Kapela poza debiutanckim albumem ma na swoim koncie również "Threnody" (2010) oraz "Blood of Saints" (2012). Trzon Engel stanowią gitarzyści Niclas Engelin oraz Marcus Sunesson. Po wydaniu trzeciego albumu kapelę opuścił wokalista Magnus Klavborn.

niedziela, 26 stycznia 2014

Podsumowanie 2013 - metal mix

Podobnie jak w latach poprzednich rozwieję wątpliwości, czym jest ta kategoria. Jest to zbitek wszystkich gatunków metalowych i około metalowych, które nie mieszczą się w innych kategoriach. Niekoniecznie muszą to być mieszanki gatunkowe, bo wchodzą tu również wydawnictwa spod znaku gothic metal, nu-metal, stoner metal, czy post-metal. Czyli znaleźć tu można różnorakie płyty, które nie łapały się do żadnego innego zestawienia gatunkowego, a nie chciałbym ich pominąć. Biorąc pod uwagę wspomnianą różnorodność ciężko mi napisać, czy 2013 był dobry, czy też rozczarowujący. W każdym razie ze zmontowaniem tego zestawienia nie miałem problemu.

wtorek, 15 stycznia 2013

Podsumowanie 2012 - metal mix

Zacznę od wytłumaczenia, czym jest kategoria "metal mix" - jest to kategoria zbiorcza, w której znajdują się albumy z różnych gatunków metalu, ale nie pasujące do pozostałych kategorii (które mają własne podsumowania). I tak można tutaj trafić na gothic metal, viking metal, nu-metal, folk metal, modern metal czy experimental metal. Czyli brane są pod uwagę albumy, które nijak nie pasują do żadnej innej kategorii. z podsumowań. Można powiedzieć, że to taki wspólny worek na gatunki, które darzę mniejszą sympatią (ale oczywiście niekoniecznie tak musi być). W każdym razie nie mam tutaj żadnego sensownego słowa wstępnego - zaczynamy, oto 20 najlepszych albumów.


czwartek, 26 stycznia 2012

Podsumowanie 2011 - metal mix

Ktoś może się złapać za głowę i zapytać "co to jest metal mix?" - już śpieszę tłumaczyć. Podobnie jak podsumowaniu 2010 roku nie jestem w stanie uzbierać zestawienia odnośnie każdego gatunku metalu, w którym znalazłem jakiś niezwykle ciekawy album. Stąd wymyśliłem kategorię, do której trafiają albumy z gatunku modern metal, ale również z innych gatunków, których nie mogłem przypasować do pozostałych kategorii (np. folk metal, avantgarde metal czy viking metal). Jest taki jeden wspólny worek, który zawiera naprawdę różne albumy, których nie byłem w stanie nigdzie podpiąć.


niedziela, 3 kwietnia 2011

Na skróty - odcinek 3

Trzeci odcinek "Na skróty", ale tylko dwa albumy trafiły na warsztat. Niemalże za każdym razem podczas podsumowań podkreślałem jak dobrze wypada rok 2011 względem lat poprzednich i ile naprawdę bardzo dobrych albumów zostaje wydanych w ciągu miesiąca. Niestety poza płytami, które dodają energii, wywołują uśmiech radości (a nie politowania) na twarzy pojawiają się również albumy, które nigdy nie powinny się ukazać. Prawdziwe zgniłki wśród koszy z pięknymi, dorodnymi jabłkami. Takie dwa zgniłki prezentuję w trzecim odcinku "Na skróty" - obydwa albumy łączy kilka rzeczy: nagrały je znane firmy; miały premierę w marcu; poprzednie wydawnictwa tych ekip nastawiały na zdecydowanie lepsze nowe nagrania.

- Cavalera Conspiracy - Blunt Force Trauma (2011)
- The Haunted - Unseen (2011)


niedziela, 6 lutego 2011

MyGrain - MyGrain (2011)

MyGrain - MyGrain
MyGrain na myspace

Data wydania: 12.01.2011
Gatunek: modern metal
Kraj: Finlandia

Tracklista:
01.    Into the Parallel Universe    05:34
02.    Shadow People    04:28
03.    Dust Devils and Cosmic Storms    04:50
04.    Of Immortal Aeons    05:40
05.    A Clockwork Apocalypse    06:18
06.    Eye of the Void    05:16
07.    Trapped in an Hourglass    05:47
08.    Xenomorphic    06:06
09.    Cataclysm Child    06:29

Formacja MyGrain została założona w 2004 roku - w ciągu sześciu lat swojej działalności dorobili się 3 albumów studyjnych - "Orbit Dance" w 2006, "Signs of Existence" w 2008 i w 2011 S/T. Panowie są otagowani na MA jako kapela poruszająca się w nurcie mdm - znając tylko album "MyGrain" jest zupełnie innego zdania. Jeżeli faktycznie MyGrain grają w klimacie mdm to znaczy, że jest niezwykle rozciągliwy gatunek, który zahacza o wszelkie melodyjne i nowoczesne gatunki. Zresztą patrząc na sam skład kapeli od razu można sobie odpowiedzieć jaką muzykę może grać ten band - jeden z gitarzystów wcześniej grał w modern metalowym Misery Inc., a perkusista w industrialnym ...And Oceans. Jedyną kompletnie nie pasującą tutaj postacią jest klawiszowiec, który w swojej przeszłości zaliczał granie w formacjach doom metalowych.

czwartek, 13 stycznia 2011

Najlepsze albumy mieszanek metalowych 2010

Czymże jest ta kategoria? To taki wspólny worek, w którym może znaleźć się praktycznie każdy album, na którym mieszają się ze sobą różne style - znajdzie się tutaj również miejsce dla folk metalu, czy viking metalu, o ile z czymś wymienione gatunki się łączą. Jest to coś na wzór "nowych brzmień metalowych", ale nie ma tutaj miejsca na albumy, w których industrial, czy elektronika stanowią trzon. Tą dziesiątkę było mi wybrać najłatwiej, bo praktycznie mogłem tuta wrzucić wszystko co nie musiało pasować do pozostałych kategorii.


środa, 17 listopada 2010

Hewitt - Sacred Heart (2010)



Hewitt - Sacred Heart

Hewitt na myspace

Data wydania: 14.06.2010
Gatunek: metalcore/modern metal/nu-metal
Kraj: Francja

Tracklista:
01. 91:10 0:29
02. Heart Lies 3:13
03. Dying Alive 4:29
04. Anthem 4:33
05. Vultures & Crows 4:04
06. Till Death Do Us Part 2:32
07. Fastlane 3:41
08. Talking On Mute I 2:08
09. Talking On Mute II 1:53
10. Melt 3:30
11. What We're Made Of 4:26
12. You'll Never Forget 3:41
13. Voices 5:54

Skład zespołu:
Jay Berast - wokal
Viktor Felletin - gitara
Brieuc Badin - gitara
Fab Ferry - gitara basowa
Fred Ceraudo - perkusja


Hewitt to przedstawiciel młodej francuskiej sceny metalowej, no może metalowej i hardcore'owej, bo ich muzyka to połączenie tych dwóch gatunków. Do tego należy dołączyć nowoczesne brzmienie. Zespół powstał w 2007 roku i w niezmiennym składzie dotrwał do roku 2010, kiedy to kapela zadebiutowała właśnie albumem "Sacred Heart". Na całość składa się 13 utworów, których łączny czas to niespełna 45 minut.


Album rozpoczyna denerwujące bzyczenie much, jakże ten irytujący dźwięk potrafi wszystko zepsuć. Na szczęście w tym przypadku to tylko 30-sekundowy przerywnik, a później z każdym kolejnym utworem następuje coraz większe zniszczenie. Już "Heart Lies" robi piorunujące wrażenie - ciężkie brzmienie, rock'n'rollowy styl, core'owy ryk i mnóstwo energii. Te słowa w sumie mogłyby opisać cały ten album, bo całość jest utrzymana w takich właśnie klimatach. Jeśli kogoś odsiał pierwszy kawałek to dalej raczej nie ma czego szukać. Natomiast dla mnie na "Sacred Heart" im dalej tym lepiej, chociaż może się zapędziłem, bo to początek albumu jest najbardziej masakrujący. Po "Heart Lies" mamy całą kanonadę hitów - "Dying Alive" ze świetnym refrenem, któremu towarzyszy bardzo energiczna muzyka, "Anthem", który zdecydowanie najbardziej kojarzy mi się z XTrunk, "Vultures & Crows" (chociaż ten chyba jest najmniej przebojowy), rewelacyjny i najkrótszy z całej stawki "Till Death Do Us Part" - brzmienie gitar po prostu miażdży, a rock'n'rollowy styl sprawia, że chce się roznieść w pył coś w najbliższym otoczeniu. Tak się powinno teraz grać! Przy "Fastlane" kapela nie traci na mocy i nadal mknie do przodu - jest to bardzo przebojowo utwór i w sumie dość łagodny, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę refren.

Oddech można złapać dopiero przy okazji "Talking On Mute I", to wolny kawałek, w którym wokal ulega przesterowi, a brzmienie jest chyba brudniejsze niż na wcześniejszych kawałkach. W każdym razie bez towarzystwa dudniącej perkusji właśnie brudne brzmienie wychodzi jeszcze bardziej na wierzch. Można powiedzieć, że to taka nietypowa ballada, albo tykanie bomby zegarowej, której wybuch następuje w "Talking On Mute II". Znowu ma tutaj miejsce świetna praca gitar, szybkie tempo i ryczący wokalista. "Melt" też jest bardzo dobry i utrzymany w klimatach z początku albumu, ale już "What We're Made" jest wolny, ciężki, ale mechaniczny - to dotyczy przede wszystkim przesterowanych partii wokalu. Ten kawałek chyba najmniej mi pasuje z całego wydawnictwa. Dwa ostatnie numery to są dobre, ale daleko im do tych z początku "Sacred Heart" - zamykający album "Voices" nieco się ślimaczy i trochę nie wypada, żeby to taki utwór kończył tą niezwykle energiczną podróż, która rozpoczęła się wraz z kawałkiem "Heart Lies".


Można się zastanawiać, czy kapeli zabrakło pomysłów na końcówkę, czy też było to zamierzone i faktycznie zakończenie albumu nie miało tak masakrować jak jego początek. Może rzeczywiście tak jest lepiej, bo kawałki młócące od pierwszej do ostatniej minuty mogłyby doprowadzić do bólu głowy...hehe, no nie ma tutaj żadnego wytłumaczenia dla kapeli, a każde byłoby naciągane jak to przytoczone przed chwilą. W każdym razie jeśli komuś przypadł do gustu album duńskiej formacji Pilgrimz, albo lubi mieszanie metalcore'a z rock'n'rollem i nowoczesnym metalem, to musi koniecznie zapoznać się z debiutanckim materiałem Hewitt. Za początek "Sacred Heart" byłbym gotów dać dziesięć oczek, ale w związku z tym, że jednak końcówka jest nieco słabsza ocena musi też iść nieco w dół.

Ocena: 8,5/10

piątek, 12 listopada 2010

Raunchy - A Discord Electric (2010)


Raunchy - A Discord Electric

Raunchy na myspace

Data wydania: 20.09.2010
Gatunek: melodic metalcore/industrial metal/modern metal/alternative metal
Kraj: Dania

Tracklista:
01. Dim the Lights and Run 05:25
02. Rumors of Worship 05:15
03. Blueprints For Lost Sounds 04:58
04. Nght Prty 05:33
05. Street Emperor 05:33
06. Shake Your Grave 05:22
07. Tiger Crown 05:56
08. Big Truth 04:01
09. The Great Depression 04:44
10. The Yeah Thing 05:21
11. Ire Vampire 05:18
12. Gunslingers and Tombstones 07:14

Skład zespołu:
Kasper Thomsen - wokal
Jesper Tilsted - gitara
Lars Christensen - gitara
Jeppe Christensen - klawisze/wokal
Jesper Kvist - gitara basowa
MortenToft Hansen - perkusja


Minęły już dwa lata od premiery "Wasteland Discotheque" i duńska formacja Raunchy zapowiedziała swój piąty album studyjny. Wydawnictwo "A Discord Electric" pojawiło się w duńskich sklepach 20 września 2010 roku. Próbki, które były udostępniane w formie samplera (30 sekundowych fragmentów wybranych numerów) sprawiały wrażenie złagodnienia względem "Wasteland Discotheque" i słychać było, że większy nacisk został położony na przebojowość.


Dwa lata oczekiwań na nowy materiał jednak się opłaciły, bo "A Discord Electric" to ponad godzina muzyki. Na całość składa się 12 dość długich utworów - od przebojowego grania raczej oczekuje się, że numery będą krótkie (tak w granicach trzech minut) i będą wpadały w ucho. Tymczasem tutaj średni kawałek trwa około pięciu minut. Mimo tego przekroczenia normy kawałki są faktycznie wpadające w ucho, jak zwykle za sprawą miłej dla ucha linii melodycznej, jak i świetnie zaśpiewanych refrenów. Tutaj popisowo spisał się Jeppe Christensen (chociażby w kawałku "Nght Prty"). Oczywiście rykom Kaspera też nic nie można zarzucić, ale jednak najbardziej wbijają sie tutaj w pamięć czyste wokale Jeppe. Ponadto elektronika jest jak zwykle na bardzo dobry, choć można powiedzieć, że mocno dyskotekowym poziomie. Chociaż ocena pracy klawiszy to już raczej indywidualna sprawa, w każdym razie dla mnie brzmią bardzo dobrze.

Przechodząc do kwestii samych utworów - hitów tutaj nie brakuje. Prawdę mówiąc jak teraz sięgam po "Wasteland Discotheque" to mam wrażenie, że jest tam dużo wypełniaczy względem nowego wydawnictwa. Na "A Discord Electric" próżno szukać utworów zbędnych - oczywiście piszę to z pozycji osoby, której takie granie odpowiada. Kawałki są różnorodne, także nie sposób jest nudzić się podczas odsłuchu - przykłady już znajdują się na samym początku wydawnictwa - mamy dyskotekowo-przebojowo "Nght Prty" czy "Big Truth", cięższy "Street Emperor" i podszyty nutką southernowego klimatu "Blueprints For Lost Sounds". Jeszcze raz podkreślę, że hitów tutaj nie brakuje - "Dim The Lights And Run", "Rumors Of Worship", "Nght Prty", "Street Emperor", "Blueprints For Lost Sounds", "Tiger Crown", "Big Truth" czy "The Great Depression" (z niemalże dragonforce'ową końcówką). Zdecydowanie słabiej wypada końcówka albumu, ale nie ma tutaj żadnej tragedii, podczas odsłuchu "A Discord Electric" nigdy nie skipowałem tych końcowych numerów, bo jednak są przynajmniej dobre. "Ire Vampire" jest bardzo dobry, ale chyba trochę za ostry jak na ten album, "The Yeah Thing" podobnie - mimo wszystko lubię jeden i drugi numer. "Gunslingers And Tombstones" jest już świetnie wpasowany w klimat "A Discord Electric".


Muzyka Raunchy od zawsze była ciężka do sklasyfikowania. Niby to metalcore, niby industrial/electric, trochę alternatywy, dużo modernowego grania, masa przebojowości i lekki rockowy felling. Na nowym wydawnictwo znajduje się to wszystko, wymieszane w różnych proporcjach w każdym utworze, dlatego słuchając "A Discord Elecrtic" nie ma się wrażenia grania na jedno kopyto. Wielbicieli Raunchy nie muszę namawiać do przesłuchania nowego materiału, a tych, którzy do tej pory nie słuchali ostrzegam, że nacisk jest tutaj położony głównie na przebojowość, więc nie każdemu może podejść takie granie. Podsumowując album jest niemalże idealny, lekki, przebojowy, momentami ciężkawy, ale przede wszystkim wpadający w ucho. A wypełniaczy można szukać na siłę, chociaż mi nic nie przychodzi do głowy. Bardzo dobry album od samego początku do końca.

Ocena: 9/10

środa, 28 lipca 2010

Engel - Threnody (2010)



Engel - Threnody

Data wydania: 2010
Gatunek: modern metal/alternative metal
Kraj: Szwecja

Tracklista:
01. Threnody
02. Sense The Fire
03. Until Eternity Ends
04. To The End
05. Down
06. Heartsick
07. Feed The Weak
08. For Those Who Will Resist
09. Every Sin (Leaves A Mark)
10. Roll The Dice
11. Elbow And Knives
12. Perfect Isis
13. Fearless (bonus track)

Na drugi album Engel wyczekiwałem trzymając kciuki. "Absolute Design" nie był czymś nadzwyczajnym, ot album, na którym można było znaleźć kilka bardzo dobrych numerów, jak na przykład "Propaganda". Problem w tym, że jeszcze na długo przed premierą swojego drugiego krążka panowie z Engel nagrali klip do utworu "Sense The Fire". Kawałek od razu sprawił, że ręce mi opadły i już nie wiedziałem czego spodziewać po "Threnody". Oczywiście zawsze w takich przypadkach należy mieć nadzieję na to, że utwór, do którego nakręcono klip nie jest reprezentatywny dla całości materiału.

środa, 5 maja 2010

Proletaria - 30minutes Rockstar (2010)



Proletaria - 30minutes Rockstar

Proletaria na myspace

Data wydania: 05.03.2010
Gatunek: modern metal/groove metal/nu-metal
Kraj: Francja


Tracklista:
01. Krieg krieg poudja 04:47
02. Third world savior 04:41
03. Mother fucking rockstar (The armenian super mario flow) 05:25
04. London 02:28
05. That’s what i call 04:08
06. It’s gonna be legendary 04:26
07. Seriously?! 04:14

Proletaria to francuska kapela, o której nic nie wiem, oczywiście poza tym, że pochodzą z Francji i na swoim koncie poza recenzowanym albumem mają jeszcze epkę "Simiesque". Epka była nawet promowana poprzez klip, który został nakręcony do utworu "Revolution". Działalność tego bandu rozpoczęła się w 2007 roku i w tym samym roku wydali wspomniany mini album.

Nie pamiętam dokładnie jak trafiłem na Proletaria, w każdym razie na ich profilu myspace przesłuchałem kawałek "Seriously?!", który od razu mnie przekonał do tego, że album muszę zdobyć, a przy okazji zaznajomić się z epką. Po kilkudniowym boju kapeli z ich sklepem internetowym w końcu zakupiłem swój egzemplarz "30minutes Rockstar" i czekałem na paczuszkę z Francji. W końcu pewnego pięknego dnia (później niż prędzej) dostałem kopertę LP i EP, na której to był tekst z podziękowaniami za wspieranie kapeli (kopertę oczywiście sobie zostawiłem na pamiątkę, nie często zdarza się, żeby ktoś mi dziękował za zakup albumu). W każdym razie na "30minutes Rockstar" czekałem bardzo niecierpliwie po kilka razy dziennie zapuszczając sobie "Seriously?!" w ramach nakręcania się na całość. Czy tytuł jest słowny? Tak, materiał trwa dokładnie 30 minut i 9 sekund. Nie jest to ani za krótko, ani za długo - po prostu w sam raz. I już pierwszy kawałek odsieje słabych psychicznie. Brud wylewający się z ciężkich gitar i do tego wokalista zachowujący się jak psychicznie chory - wydaje jakieś dziwne jęki, piszczy, łapie zadyszkę, widać, że na scenie walczy sam ze sobą (a raczej przed mikrofonem). W każdym razie wstęp bardzo obiecujący - świetnie wyeksponowana została praca gitary basowej, a sama melodia wydaje się być bardzo prosta. Te dudniące bębny też dodają specyficznego klimatu tej produkcji. Ale "Krieg Krieg Poudja" nie jest jeszcze najlepszym kawałkiem na tym wydawnictwie. "This World Savior" jest odrobinę podobny do swojego poprzednika - przede wszystkim to dudniące brzmienie sprawia takie wrażenie, ale wokalista jest już zdecydowanie spokojniejszy. "Mother Fucking Rockstar" to już zupełnie inna bajka - dla mnie absolutny numer dwa na tym albumie. Początek mamy ciężki i energiczny, później następuje zwolnienie, gitary zaczynają grać ociężale i stanowią zaledwie "kontur", żeby znowu zaatakować. Ten kawałek jest zdecydowanie najbardziej wymieszany i chyba dzięki temu najbardziej atrakcyjny. "London" to nic innego jak instrumentalny przerywnik z dobrym riffem i świetną pracą perkusji (perkusja tłucze aż miło). Tutaj również objawia się to dudniące brzmienie charakterystyczne dla całego wydawnictwa. Wstęp do "That’s What I Call" sprawia wrażenie, że tutaj będzie zupełnie inaczej. Brzmienie wręcz surowe, ale jak wchodzi perkusja to wszystko powraca na prawidłowe tory. Mimo wszystko kawałek bardzo spokojny, przynajmniej do połowy, bo później wkraczają ociężałe gitary, ale kawałek mimo wszystko chyba najspokojniejszy na całym "30minutes Rockstar". Natomiast kolejny numer lubię nazywać takim preludium do utworu zamykającego ten album. Nie mówię, że "It’s Gonna Be Legendary" to złe granie, złe nie jest, ale co najwyżej średnie, a momentami trochę niewydarzone - chodzi zwłaszcza o spokojniejsze partie wokalne do akompaniamentu szybko bijącej perkusji, ale to słychać, że wokalista świetnie się bawi. Ale tak jak wspomniałem to zaledwie wstęp do tego co ma się wydarzyć na sam koniec. Jeśli ktoś został odsiany na początku albumu to znaczy, że jest słaby, dla tych najwytrwalszych na końcu kapela Proletaria przygotowała prawdziwą wisienkę na torcie - numer "Seriously?!". Wszystko jest tutaj świetne - brzmi to tak jakby przez 6 numerów kapela zbierała pomysły i w końcu przy ostatnim kawałku wszystkie je zastosowała. Numer jest zabójczy pod każdym względem. Jest dudniący, ma w sobie dużo mocy, są zmiany tempa, wpadająca w ucho ciężka melodia. Wokalista znowu ma ze sobą problemy co dodaje specyficznego klimatu temu utworowi. Naprawdę świetne zakończenie, lepszego nie mogli sobie wymyślić.

Bardzo duże nadzieje pokładałem w tym albumie. Nie powiem, żebym się jakoś strasznie zawiódł, jednak myślałem, że więcej kompozycji będzie utrzymanych w klimacie "Seriously?!" - niestety nie do końca tak jest. Nie ma tutaj co prawda jakichś słabych kawałków, średniaków w sumie też niewiele, ale wszystko poza "Mother Fucking Rockstar" i utworem kończącym wydaje się po prostu dobre. W każdym razie całość wypada na ocenę dobry +, ale mam wrażenie, że ten band ma większy potencjał.

Ocena: 7,5/10

wtorek, 16 lutego 2010

Manufacturer's Pride - Faustian Evangelion (2007)


Manufacturer's Pride - Faustian Evangelion

Manufacturer's Pride na myspace

Data wydania: 2007
Gatunek: atmospheric mdm/modern metal/industrial
Kraj: Finlandia

Tracklista:
01. Intro
02. The Weak
03. In Credo
04. Bleed Out the Sin
05. Faustian Evangelion Pt 1
06. Faith Sufferer
07. Last Rites
08. Follow Faust
09. Breach
10. The Son
11. Faustian Evangelion Pt 2

Skład zespołu:
Mikko Ahlfors - wokal
Teemu Liekkala - gitara
Ristomatti Rinne - gitara basowa
Ville Sivonen - perkusja
Janne Niskanen - klawisze
Antti Lampinen - klawisze, programowanie

"Faustian Evangelion" to debiut fińskiej formacji Manufacturer's Pride, która rozpoczęła swoją działalność w 2006 roku - jak widać zespół dość szybko się ogarnął i skomponował materiał na pełny album, co oczywiście się chwali. Jak zespół zaprezentował się na swoim pierwszym studyjnym albumie? Zapraszam do lektury.

Zaczyna się od dźwięku jaki wydaje monitor ekg, takie ciekawe i spokojne intro, które kończy się przyspieszonym pulsem i w końcu ciągłą linią...
A później ostre gitary, ciężar i growl. Zresztą utwór "The Weak" nie przedstawia do końc tego jak grają Manufacturer's Pride. Chociaż jest tutaj wystarczająco ozdobników, które często wysuwają się na plan pierwszy. Podobny w swojej strukturze jest numer kolejny - czyli "In Credo" - co prawda nie można tutaj mówić o zasadzie "kopiuj-wklej", bo ewidentnie ten zespół nie działa w taki sposób.

"Bleed Out The Sin" to szybki numer z wymieniającymi się wokalami - czysty wokal jest bardzo dobry, a chwytliwa nuta, która pojawia się pod growlem to mistrzostwo świata. Jeśli ktoś pytał - i gdzie kurwa ten industrial? To odpowiedź znajdzie w instrumentalnym "Faustian Evangelion Part I". Przyznam, że cały kawałek jest spoko...no może poza końcówką, która brzmi jak zepsuta, tnąca się stara płyta. Denerwujący zabieg, ale widocznie konieczny. Po tym wstrząsie agresywny i szybki "Faith Suffer" nie wydaje się znowu taki pociągający. W ogóle czuje się nieco zawiedziony po 4-5 krotnym odsłuchu tej płyty. Ale dlaczego tak jest napiszę dopiero w podsumowaniu. Chociaż przy "Last Rites" nóżka tupie - a to głównie z powodów połączenie growlu z czystym wokalem i ciekawą muzyką. Nie chodzi tylko o zmiany tempa, ale też o specyficzne dla tego zespołu zagrywki. To głównie dzięki nim nie można powiedzieć, że jest to typowy mdm jakich wiele.

"Follow Faust" jest numerem, w którym bardzo dużą rolę ogrywa gitara basowa - niby schowana, ale słychać ją przez cały czas. Nawet podczas solówki słyszę gitarę basową, zresztą mam wrażenie, że to ona właśnie prowadzi ten numer. Ale prawdziwym ozdobnikiem są bardzo dobrze dobrane klawisze. "Breach" w sumie niewiele różni się od poprzedniego numeru - no może klawisze już nie są takie dobre, ale za to mechanicznie napieprzająca perkusja jest urokliwa. No, ale to krótki i szybki numer - niecałe 3 minuty, więc wielkich wymagań nie mam. "The Son" to już przede wszystkim klimat - co prawda jest też growl i duża dawka melodii, ale klimat przede wszystkim. Industrialne wstawki i znowu mechanicznie uderzająca perkusja to są za to głównie odpowiedzialne - bardzo dobry numer. A zamykaczem jest druga część tytułowego "Faustian Evangelion". Czyli znowu kawałek instrumentalny, pełen zgrzytów i innych industrialnych wstawek, ale też niepozbawiony melodii - i na szczęście nie ma tutaj tego efektu zacinającej się płyty.

Czas na podsumowanie. Zacznę od tego, że na tym albumie nie usłyszy się do końca stylu Manufacturer's Pride - dlatego trochę się zawiodłem na debiutanckim "Faustian Evangelion". Są tutaj chwyty, które zespół zastosował na drugim albumie, ale zdecydowanie jest ich tutaj mniej. Więcej tutaj melodii i mdm niż tego progressive i industrialu, które wyróżniają ten band. Nie mogę powiedzieć, że jest to zły album - wręcz przeciwnie. Podczas, gdy inne płyty z nurtu mdm zlewają mi się i nie umiem niczego o nich napisać, tak tutaj mógłbym pisać i pisać (ale czasu niestety na to nie mam), bo tak naprawdę każdy odsłuch tej płyty sprawia, że odkrywam tutaj nowe elementy - chociażby ta ważna rola gitary basowej, której nie słyszałem przez pierwsze dwa odsłuchy. Jak już pisałem nie jest to ten Manufacturer's Pride, który bardzo polubiłem, ale taka forma też mi odpowiada, zwłaszcza, że i tak się wyróżnia spośród zalewu mdm-owych kapel.

Ocena: 8/10

Manufacturer's Pride - Sound Of God's Absence (2009)


Manufacturer's Pride - Sound Of God's Absence

Manufacturer's Pride na myspace

Data wydania: 04.03.2009
Gatunek: atmospheric mdm/modern metal/industrial
Kraj: Finlandia

Tracklista:
01. Intro
02. Maggot Infested
03. Mind and Machine
04. Murder Mandate
05. On the Eve of Tempest
06. Adeptus Satanicus
07. Waste in Flesh
08. Dahlia
09. Absence
10. Stillborn Messiah
11. My Becoming
12. Departure

Skład zespołu:
Mikko Ahlfors - wokal
Teemu Liekkala - gitara
Ristomatti Rinne - gitara basowa
Ville Sivonen - perkusja
Janne Niskanen - klawisze
Antti Lampinen - klawisze, programowanie

Drugi album Finów z Manufacturer's Pride pojawił się dokładnie 4 marca 2009. Jest to drugi album w dorobku tego bandu, który słuchaczom serwuje nowoczesny i atmosferyczny mdm z elementami industrialu. Jest to pozycja wręcz obowiązkowa dla ludzi, którzy uważają, że mdm nie może już niczym zaskoczyć.

Album rozpoczynają tzw. "dźwięki portu" - szum fal uderzających o słupy, syrena nadpływającego statku i niepokojące połączenie tych elementów - bardzo klimatyczny początek, nawet lepszy niż na pierwszym albumie. I po tym nieco industrialnym wstępie następuje pierwszy kawałek - "Maggot Infested". Ten kawałek od razu odsieje niewiernych - jeśli nie początkowe przestery, to na pewno czysty wokal w refrenie, albo motoryczne riffy. Mnie wręcz przeciwnie - jeszcze bardziej przyciągnął. Pierwszy numer to prawdziwa magia, klawiszowiec spełnia tutaj bardzo ważną rolę - tło należy do niego i tylko do niego, to w dużej mierze jego zasługa, że ten album brzmi tak jak brzmi. No dobra, ale pisałem o czystym wokalu - ten jest najwyższej klasy, melancholijny i idealnie wpasowujący się w melodię.

"Mind And Machine" to mdm'owa łupanka - i bardzo dobrze, bo i takie kawałki są potrzebne - ale zasilana mistycznymi klawiszami, oczywiście te nieco groove'ujące gitary dokładają swoją cegiełkę do melodii. Ale to znowu klawisze są najważniejsze - nawet wokalistę odstawiłbym na drugi plan. Świetna melodia - przede wszystkim. "Murder Mandate" - numer oznaczony cyfrą 4, tutaj najbardziej w uszy rzuca się refren. Sam kawałek nieco modernowy, poprzez połączenie ostrych partii mdm z power metalową melodyką - do tego oczywiście klawisze. Sam refren jest również melodyjny, oczywiście króluje tutaj czysty wokal. Przestery, stonerowe riffy i magia klawiszy - taka jest końcówka tego kawałka. Następny numer wcale nie jest słabszy, chociaż "On The Eve Of Tempest" wydaje się być jakiś taki stonowany, tzn. spokojniejszy, gitary jakieś takie przygaszone. Ale wokalista w swoim żywiole - chociaż energii w jego wokalu nie wystarcza, żeby nazwać ten numer żwawym. Czysty wokal pojawia się tylko jako ozdobnik i jest zdaje się trochę przesterowany i przykryty solidną warstwą kurzu.

"Adeptus Satanicus" - jakże okultystyczny tytuł, nieprawdaż? A pod nim kryje się zdominowany przez klimatyczne klawisze kawałek, w którym growl przeplata się z czystymi partiami. Muzyka bardzo progresywna, zmiany tempa, zmiany klimatu - taka swoista mieszanka w nowoczesnym wydaniu. Może tego diabła tutaj nie ma zbyt wiele, ale to chyba nie do końca chodzi o sławienie rogatego. W każdym razie progresja w nowoczesnym wydaniu.

Jakby od środka zaczyna się "Waste In Flesh", za to posiada rock'n'rollowe brzmienie, które i tak w trakcie zmienia się na mdm-owe granie ze zmianą tempa. Po raz kolejny pojawia się przesterowany czysty wokal, który nie stanowi co prawda żadnego ważnego punktu, ale warto odnotować, że nie przeszkadza. "Dahlia" to kawałek, do którego powstał klip - jego zadaniem było oczywiście promowanie nowego albumu Manufacturer's Pride. Wybór chyba słuszny, bo jest to chyba najłagodniejszy i zarazem najbardziej melodyjny kawałek na całym albumie, do tego posiadający bardzo charakterystyczny riff. "Absence" to 2-minutowy przerywnik utrzymany w jakimś kosmicznym klimacie.

"Stillbord Messiah" to utwór rozpoczynający się bardzo tajemniczo - co jest zasługą dobrej współpracy gitar z klawiszami. Sam kawałek to mieszanka emocji, mrocznego klimatu i ostrego grania z progresywnym zacięciem (ale w żadnym wypadku nudnym). Przedostatni na albumie jest "My Becoming" - niestety jak na ten band to jakiś średni ten kawałek, niczym specjalnym się nie wyróżnia. W każdym razie jest trochę walcowaty, ale nie pozbawiony melodii. Na koniec zespół zaserwował prawdziwego potwora w postaci niespełna 8-minutowego utworu "Departure". Można powiedzieć, że ten zamykający album kawałek to swoiste podsumowanie tego, co można było usłyszeć na całym "Sound Of God's Absence". Wyróżnić trzeba świetną pracę wysuniętego basu i tradycyjne już zgranie gitar z klawiszami. I dość duży udział ma w tym numerze czysty wokal - praktycznie w spokojniejszych partiach jest to wokal prowadzący, dopiero jak gitary pierdolną mocniej to pojawia się growl. Album kończy dźwięk fal uderzających o wystające z wody pale.

Ogólnie album jest przesycony specyficznym klimatem. Mimo tego, że jest mrocznie to zespół w dużej mierze stawia na melodyjność i łatwe do zapamiętania melodie, jak i niektóre refreny. Stopień skomplikowania tego materiału jest chyba nieco wyższy niż tego z "Fuastian Evangelion", same kawałki też szybciej zapadają w pamięć i nie szybko ją opuszczają. Panowie z Manufacturer's Pride pokazali jak się gra nowoczesny mdm, może i zdominowany przez progresję zmieszaną z industrialem, ale tak się teraz gra. Taki mdm ma przyszłość i trzeba powoli wypatrywać tzw. kopistów, bo takie bandy powinny w najbliższym czasie wyrosnąć jak grzyby po deszczu. Duży nacisk na klawisze, na zmieniające się brzmienie gitary, na pojawiający się sporadycznie, ale od razu trafiający do uszu czysty wokal i wreszcie gitara basowa, która ujawnia się dopiero w spokojniejszych partiach, ale jakże jest ważna. Tutaj wszystko ma swoje z góry ustalone miejsce. Świetny album i oby jeszcze kilka takich panowie z Finlandii wyprodukowali w swoim warsztacie.

Ocena: 9/10

niedziela, 20 września 2009

Winterlong - Metal/Technology (2006)

Winterlong - Metal/Technology

Rok wydania: 2006
Gatunek: heavy/power/industrial/modern metal
Kraj: Szwecja

Skład zespołu:
Thornbjorn Englund - wokal, gitara, gitara basowa, klawisze, programowanie
Leif Ericsson - perkusja
Stella Tormaanoff - żeński wokal na "And So We Remember" i "Like Ships In The Night"

Tracklista:
01. The Hunter
02. And So We Remember
03. Go To Hell
04. My Nevermore
05. Like Ships In The Night
06. Shouting Out The World
07. On A Demon's Night
08. The Touch Of Evil
09. Cleaning The Machine
10. Badlands

Czwarty album Thornbjorna i póki co ostatni. Tradycyjnie jak to u Winterlong album zupełnie inny niż pozostałe, ale tutaj inność jest jeszcze większa niż wcześniej. I według mnie najlepszy LP z całej dyskografii Winterlong. Tym razem Englund odpowiada za wszystko poza perkusją - tutaj wspomógł go Leif Ericsson i ponownie gościnnie pojawiła się Stella Tormaanoff, która wokalnie udziela się w dwóch utworach.

wtorek, 15 września 2009

Mencea - Dark Matter/Energy Noir (2008)


Mencea - Dark Matter/Energy Noir

Mencea na myspace

Data wydania: 14.10.2008
Gatunek: modern metal
Kraj: Grecja

Tracklista:
01. The Passing
02. Ardad
03. Forbidden
04. Deep In The Under
05. The Holy Cast
06. Eminence
07. Curse The Damned
08. When Strife And Greed Collide

Jest to debiutancki krążek greckiej formacji, która powstała w 2004 roku w Atenach. Początkowo zespół dużo eksperymentował z nowoczesnym metalowym graniem, aż w końcu dochował się jako takiego własnego stylu, który jest swoistą mieszanką nowoczesnego grania z klasycznymi chwytami.

Bynajmniej nie uważam, że jest to coś odkrywczego, czy tchnącego nowością w świat metalu. Wręcz przeciwnie - Mencea przeciera stare dobre szlaki jednocześnie je łącząc w jedną szeroką drogę, która stała się ich stylem. Krążek składa się głównie z groove metalu z dużą ilością dodatków - stąd zespół uznał, że najlepiej będzie jak nazwą styl przez siebie prezentowany "modern metal" - bo też nikt nie napisze, że modern metal to nie jest, bo ciężko jednoznacznie stwierdzić czym jest modern metal. W każdym razie zespół zaprezentował się świetnie na swoim debiucie - melodie są ciężkie, słuchacz jest przytłaczany przez ostre partie gitarowe i szybką grę na perkusji - co nie znaczy, że tempo kawałków jest jakieś zawrotne. Tutaj ogromną rolę odgrywa wokal, który sprawia, że muzyka się do niego dopasowuje - a raczej idealnie się wpasowuje w partie wokalne. Jeśli można tak napisać o płycie to tutaj bym wykorzystał to określenie - "Trup ściele się gęsto". Bo krążek zabija na każdym kroku - jak już wcześniej wspomniałem mimo tego, że nie jest to nic nowego, a jedynie połączenie wielu ogranych motywów.

Żeby nie było, że się jaram bezpodstawnie - czekałem aż w roku 2008 pojawi się płyta, która połączy elementy industrialne, z ciężkim wokalem, który nie będzie wymieniany na melodyjne zaśpiewy, z ciężkimi gitarami i szybką perkusją. I jednocześnie utrzyma to wszystko w ryzach melodyjnego grania bez zbędnego chaosu, który zniszczył by ten ład. I tutaj dostałem to wszystko w formie jaka mi odpowiada.

Ocena: 9,5/10