środa, 28 lipca 2010

Engel - Threnody (2010)



Engel - Threnody

Data wydania: 2010
Gatunek: modern metal/alternative metal
Kraj: Szwecja

Tracklista:
01. Threnody
02. Sense The Fire
03. Until Eternity Ends
04. To The End
05. Down
06. Heartsick
07. Feed The Weak
08. For Those Who Will Resist
09. Every Sin (Leaves A Mark)
10. Roll The Dice
11. Elbow And Knives
12. Perfect Isis
13. Fearless (bonus track)

Na drugi album Engel wyczekiwałem trzymając kciuki. "Absolute Design" nie był czymś nadzwyczajnym, ot album, na którym można było znaleźć kilka bardzo dobrych numerów, jak na przykład "Propaganda". Problem w tym, że jeszcze na długo przed premierą swojego drugiego krążka panowie z Engel nagrali klip do utworu "Sense The Fire". Kawałek od razu sprawił, że ręce mi opadły i już nie wiedziałem czego spodziewać po "Threnody". Oczywiście zawsze w takich przypadkach należy mieć nadzieję na to, że utwór, do którego nakręcono klip nie jest reprezentatywny dla całości materiału.

piątek, 23 lipca 2010

Gogol Bodello - Trans-Continental Hustle (2010)



Gogol Bordello - Trans-Continental Hustle

Gogol Bordello na myspace

Data wydania: 27.04.2010
Gatunek: cygański rock/punk rock
Kraj: USA

Tracklista:
01. Pala Tute (4:05)
02. My Companjera (3:22)
03. Sun Is On My Side (4:25)
04. Rebellious Love (3:57)
05. Immigraniada (We Comin' Rougher) (3:46)
06. When Universes Collide (4:48)
07. Uma Menina (4:34)
08. Raise The Knowledge (4:56)
09. Last One Goes The Hope (4:35)
10. To Rise Above (3:47)
11. In The Meantime In Pernambuco (3:11)
12. Break The Spell (4:06)
13. Trans-Continental Hustle (4:17)

Po ten album sięgnąłem z czystej ciekawości. Nie wiedziałem czego się spodziewać. Wcześniej oczywiście słyszałem nazwę Gogol Bordello chociażby z okazji tego, że mieli supportować Madonnę przed jej warszawskim koncertem. I przyznam, że przez dłuższy czas był to dla mnie jednocześnie powód omijania tej kapeli. Jak się jednak okazało tej kapeli pomijać nie powinienem.

Każdy kto lubi chociaż trochę filmy Kusturicy i ceni ścieżkę dźwiękową jaką są opatrzone będzie zachwycony muzyką jaką proponuje 9-osobowa ekipa, która chowa się pod hasłem Gogol Bordello. Zespół istnieje od 1999 roku, a "Trans-Continental Hustle" jest ich piątym studyjnym albumem. Jak już pisałem wcześniej - omijałem do tej pory ten band szerokim łukiem, więc nie było mi dane posłuchać wcześniejszych dokonań tej amerykańskiej kapeli, która w swojej muzyce w dużej mierze wykorzystuje tradycję cygańską, co zresztą słychać od razu.

Z opisu albumu na różnych sklepach internetowych można przeczytać, że na "Trans-Continental Hustle" kapela postanowiła nieco pobawić się również z muzyką brazylijską, czego efekt podobno można usłyszeć właśnie na najnowszym wydawnictwie Gogol Bordello. Przyznam, że miałem z tym duże problemy - muzyka cygańska, jak najbardziej, ale gdzie tu Brazylia? I w końcu natknąłem się na utwór "Rebelious Love", wsłuchałem się w każdy dźwięk i nagle okazało się, że podkład jest ze znanego i bijącego rekordy popularności w latach 90-tych przeboju "Lambada". Jest to oczywiście nieco szybszy rytm i wyłącznie podkład, ale jednak Brazylia pełną gębą. W pozostałych utworach już tego tak nie słychać, ale wierzę tym razem na słowo, że na najnowszym albumie Gogol Bordello skorzystano ze spuścizny muzyki południowoamerykańskiej. Natomiast najwięcej takich klimatów jest w utworze "Last One Goes The Hope", głównie za sprawą charakterystyczny partii bębenków.

Przechodząc do zawartości tego niezwykłego albumu - miał swoją premierę pod koniec kwietnia, co wydaje się wręcz idealnym rozwiązaniem, bo muzyka na nim zawarta jest niezwykle "słoneczna", skoczna i jednocześnie wpadająca w ucho. Praktycznie każdy z 13 utworów, które składają się na "Trans-Continental Hustle" jest potencjalnym hitem. Problem stanowić mogą na początku mocne cygańskie akcenty, charakterystyczny wokal Eugene'a Hutza, czy wreszcie same aranżacje - ale przy podejściu do tego albumu z odpowiednią rezerwą odkrywa się prawdziwą moc grania Gogol Bordello. Skoczne kawałki, które momentalnie wpadają w ucho - tak można pokrótce opisać ten album. Dużo rolę odgrywają tutaj gitara akustyczna, skrzypce i akordeon. Album ma bardzo specyficzny klimat, który jak już wspomniałem jest bardzo zbliżony do filmów Kusturicy. Hitów jest tutaj co niemiara - na sam przód wysuwają się spokojny "Sun Is On My Side" (początkowo mi nie podchodził, ale kolejne odsłuchy ostatecznie mnie do niego przekonały - dla mnie w tym momencie to absolutny numer 1), taki nieco hardcore'owy "Immigraniada", i świetne, skoczne i niezwykle przebojowe "Pala Tute", "Rebellious Love", , "Uma Menina", "In The Meantime In Pernambuco" i niezwykły "My Companjera". Nie sposób też nie wspomnieć o naprawdę dobry utworze tytułowym, którego refren wbija się do głowy i bardzo długo nie chce wyjść, może dlatego, że jest bardzo prosty. Bynajmniej "Trans-Continental Hustle" nie jest wyłącznie albumem szybkim, skocznym i pozbawionym klimatu. Tego jest sporo, tak samo jak utworów wolniejszych, ale co wcale nie znaczy, że trudnych. Do nich należy zaliczyć wspomniany wcześniej "Sun Is On My Side", "When Universes Collide" czy "Last One Goes The Hope".

Do "Trans-Continental Hustle" trzeba podejść z odpowiednim dystansem, wówczas radość ze słuchania tego materiału jest ogromna. Sama muzyka, jaką grają Gogol Bordello jest po prostu bardzo przyjemna, skoczna i pełna energii, której brakuje wielu zespołom. Nie wzorują się na nikim, nie starają się pisać hitów, nie uszczęśliwiają nikogo na siłę, czy też nie próbują być uniwersalni. Rozwijają po prostu gatunek, który dzięki nim stał się popularny - gypsy punk. Ta bardzo specyficzna odmiana punka jest równocześnie niezwykle atrakcyjna, bo niewiele jest tak grających kapel, a raczej grających tak dobrze. Producentem albumu jest nikt inny, tylko Rick Rubin.

Ocena: 8,5/10


poniedziałek, 19 lipca 2010

Empty Playground - Under Dead Skin (2010)



Empty Playground - Under Dead Skin

Empty Playground na myspace

Data wydania: 26.03.2010
Gatunek: industrial death metal
Kraj: Polska

Tracklista:
01. Godless
02. Exit Room 1
03. What`s Inside Me
04. Enter Room 3
05. Morning of the Beast
06. Enter Room 4
07. C.O.H.F.
08. Exit Room 4
09. Rage
10. Enter Room 6
11. God is Testing You
12. Enter Room 7
13. All I Have
14. Enter Room 8
15. We illuminate
16. Enter Room 9
17. D.E.V.I.L.
18. Enter the Great Hall
19. Stones & Styx

Empty Playground to młoda poznańska formacja, która swoją przygodę ze sceną metalową rozpoczęła w 2004 roku i do tej pory miała na swoim koncie dwie epki - jedną wydaną w 2008 roku, a drugą w 2010 ("Make the Pain Go Away" ukazała się wyłącznie na winylu). Rok 2010 to ważne wydarzenie dla tej kapeli grającej death metal z elementami innych ekstremalnych gatunków metalu wspomaganych dodatkowo przez elektronikę - 26 marca 2010 roku za sprawą Witching Hour został wydany debiutancki album tej kapeli pod tytułem "Under Dead Skin".

Album rozpoczyna się dość spokojnie - otwiera go krótki fragment dialogu z filmu "The House Of 1000 Corpses". Zresztą w trakcie trwania numeru "Godless" będziemy mieli niejednokrotnie okazję usłyszeć fragmenty pochodzące z tego filmu. I pierwsze co się rzuca w uszy podczas kolejnego odsłuchu tego numeru to fakt, że wokalista nie zawsze ryczy w rytm muzyki, ale nie jest to akurat wielka przeszkoda, która by uniemożliwiała odsłuch "Under Dead Skin", czy też sprawiała, że nie ma się ochoty na dalsze obcowanie z tym albumem. Pierwszy kawałek daje również znać na temat tego co ten band gra - nowoczesny death metal wspierany przez elektronikę. Prawdę mówiąc jak teraz tego słucham to mam wrażenie, że ten band to polski odpowiednik francuskiego Sideblast. W podobny sposób użyto wstawek, samo brzmienia, jak i łamańce są bardzo podobne do tych, które można było usłyszeć na "Flight Of A Moth".

Wracając do albumu "Under Dead Skin" - numerów na tym wydawnictwie jest aż 19, co nie znaczy wcale, że jest on na siłę wydłużany. Faktycznie utworów jest 10, pozostała dziewiątka to przerywniki, które mają pomóc słuchaczowi wczuć się w klimat horroru, który serwują chłopaki z Empty Playground. Trzeba też zaznaczyć, że muzycy tej polskiej młodej kapeli są pasjonatami filmów grozy. Przemawia za tym nie tylko fakt użycia wstawek z horrorów w każdym z utworów, ale to, że w książeczce (a tak naprawdę na "rozkładówce") zaznaczone jest, z jakich filmów pochodzą konkretne wstawki. I tak mamy tutaj prawdziwą plejadę szlagierów takich jak "Bram Stokers Dracula", "The Chainsaw Massacre", "The Exorcist", "The Shining", "The Prophecy" czy też wspomniany wcześniej "The House Of 1000 Corpses". To oczywiście nie wszystkie horrory, których fragmenty zostały wykorzystane na tym albumie. No, ale nie tylko na tych smaczkach opiera się debiutanckie wydawnictwo Empty Playground.

Jak już wspomniałem muzyka jest skierowana w stronę nowoczesnego death metalu z elementami elektroniki, ale da się też zauważyć elementy black metalu, który nieśmiało co chwila mruga okiem do słuchacza. Tego wydawnictwa można słuchać na dwa sposoby - świetnie sprawdza się jako tło przy wykonywaniu jakichś zadań, ale kiedy skupić się na odsłuchu to odkrywa się nowe rzeczy, które umykały podczas pobieżnego odsłuchu. Wówczas okazuje się, że w skład kapeli wchodzi naprawdę dobry wokalista, którego mimo ostrego growlu w bardzo łatwy sposób można zrozumieć. Inną sprawą jest w pełni profesjonalny miks, który niektórym może kojarzyć się wręcz z plastikiem, czy atmosferą szpitalną. Zakładam, że to zamierzony chwyt, który jest również wypadkową użycia elektroniki do wspomagania gitar i perkusji.

Przydałoby się wymienić jakieś wyróżniające się utwory - tych nie brakuje. Zdecydowanym numerem jeden jest dla mnie "God Is Testing You", w którym proste jak budowa cepa riffy niszczą wszystko na co napotkają, ale nie można mówić w przypadku tego albumu o prostych kompozycjach, te często są bardzo złożone co dodaje dodatkowego smaczku tej płycie. Na drugim miejscu stawiam utwór "D.E.V.I.L.", którego można było posłuchać jeszcze przed premierą albumu na myspace zespołu i to właśnie ten kawałek skłonił mnie do zakupu debiutanckiego wydawnictwa Empty Playground. Co w nim takiego niezwykłego? Ano właśnie okazuje się, że nic. Jest to po prostu niezwykle udana mieszanka death/thrashu z elektroniką i wstawkami z horrorów, konkretnie z filmu "Nightbreed". Trzecie miejsce zajmuje "Rage", który jest wyposażony w niezwykle irytującą, piszczącą gitarę, która wierci dziury w mózgu. W tym numerze wokalista przedstawia swoje umiejętności growlu w pełnej krasie. Czwarte miejsce na podium należy do dziwacznego "C.O.H.F." - chyba najbardziej złożony utwór na całym albumie, prawdziwa mieszanka wszystkiego tego, co składa się na to wydawnictwo. Można powiedzieć, że to taka synteza całego "Under Dead Skin". Pozostałe niewymienione tutaj numery nie są wcale gorsze - wręcz przeciwnie, ten album jest naprawdę niezwykle równy, co sprawia, że staje się bardzo atrakcyjny. Szkoda jednak, że Empty Playground to kapela naprawdę słabo promowana, bo jeśli dalej będą tak grać to za jakiś rok, czy dwa będą czołówką polskiej sceny metalowej, czego im oczywiście życzę. Ale jeszcze na sam koniec chciałbym wyróżnić numer zamykający ten album. Rozpoczyna go "Jesień" z repertuaru Vivaldiego puszczana na jakimś starym adapterze, później pojawiają się krzyki kobiety i wkracza masakrycznie wolna gitara i równie przygniatający wokal. W trakcie numeru pojawiają się również jęki kobiety, ale to nie one stanowią o sile utworu "Stones & Styx", ale właśnie ten przygniatający klimat, który tworzy niesamowicie brudną atmosferę. Dopiero gdzieś od połowy utwór zaczyna nabierać tempa, które pod koniec znowu jest zatracane i wracamy do początkowego powolnego młócenia.

Podsumowanie będzie krótkie - to jeden z najlepszych death metalowych albumów jakie miałem okazję usłyszeć w tym roku, piszę to nie tylko jako wielbiciel horrorów, ale również jako wielbiciel oldschoolowego death metalu, którego tutaj nie ma. Nowoczesny death metal jest dla mnie raczej mało ciekawą propozycją, natomiast Empty Playground zdecydowanie sprawili, że poprawiło się moje zdanie na temat tego gatunku (w sensie nowoczesnego death metalu). "Under Dead Skin" polecam wszystkim tym, którzy lubują się w mieszankach ekstremalnych gatunków metalowych z death metalem na czele. Przyjemnej rzezi.

Ocena: 9/10

wtorek, 13 lipca 2010

Knock 'Em Dead – Endless Struggle (2010)



Knock 'Em Dead – Endless Struggle

Knock Em Dead na myspace

Data wydania: 02.02.2010
Gatunek: hardcore/metalcore
Kraj: USA

Tracklista:
01. Killing Hope
02. Endless Struggle
03. Never Forget
04. War Within
05. Anger
06. The Power Of Pushing Back
07. Pain
08. New World
09. Alone
10. Unbroken Man
11. Realization
12. Welcome To My World

Debiutancki album amerykańskiej formacji Knock Em Dead pojawił się na hardcore'owej scenie w tym roku. Ta nowa formacja z Miami może nie nagrała niczego nadzwyczajnego, ale bardzo dobry hardcore'owo-metalcore'owy wygar w nowym stylu ocierający się momentami nawet o deathcore.

Co na początek? Przede wszystkim długość albumu. Mimo tego, że składa się na niego 12 utworów to całość trwa około 27 minut. Krótkie kawałki sprawiają, że nie można się podczas odsłuchu nudzić, bo nic nie jest wyciągane na siłę. Trochę tempo nie do końca jest odpowiednie i w takim "The Power Of Pushing Back" muzyka przypomina wręcz bardzo wolny deathcore, chociaż bez żadnych pierdolnięć. Swoją drogą jest to prawie najdłuższy kawałek na tym albumie - dłuższy jest tylko numer tytułowy. Pozostałe kawałki można w bardzo łatwy sposób podsumować - energiczny napierdol w stylu hardcore, a nawet surowy metalcore. Nie można jednoznacznie określić tego albumu jako hardcore, bo jednak dużo jest tutaj elementów, które ocierają się właśnie o metalcore czy deathcore. Nie wszystkie kawałki są też proste jak drut i prą jak najszybciej do przodu. Taki "Alone" jest utrzymany w wolniejszym tempie, choć nie tak żółwim jak "The Power Of Pushing Back", ale trwa tylko dwie minuty, dopiero pod koniec nabiera prędkości. W ogóle ciężko powiedzieć, żeby jakieś tempa tutaj przeważały - mamy całkiem zgrabnie podaną mieszankę, która po prostu nie nudzi podczas odsłuchu. Z całości najbardziej wpadły mi w ucho kawałki "Unbroken Man", przy którym głowa kiwa się mimowolnie, "Anger", które zaczyna się bardzo energicznie i w końcu przechodzi w bardziej przygniatające rejony, no i tytułowy, który jest bardzo dobrym podsumowaniem tego albumu. Wokalista nie wszystkim może przypaść do gusty, ale to przecież 100% hardcore'owy ryk, zresztą świetnie uzupełniający się z muzyką.

Słuchając tego albumu kilka razy z rzędu za każdym odsłuchem głowa kiwała mi się do rytmu, obojętnie czy skupiałem się na muzyce, czy też akurat "Endless Struggle" stanowiło drugi plan. To świadczy o tym, że jednak album jest niezwykły, chociaż niczego nadzwyczajnego tutaj nie ma. Na pewno wciąga i słucha się go niezwykle przyjemnie i dość szybko, bo niecałe 30 minut to jednak niezbyt dużo, ale na hardcore zdecydowanie wystarczy. Album zjawiskowy choć nie rewelacyjny, szkoda tylko, że na ten debiut trzeba było czekać 5 lat, bo Knock 'Em Dead rozpoczęli swoją działalność w 2005 roku.

Ocena: 7,5/10

czwartek, 8 lipca 2010

Paul Stanley - Live To Win (2006)



Paul Stanley - Live To Win

Data wydania: 2006
Gatunek: hard rock
Kraj: USA

Tracklista:
01. Live To Win 03:08
02. Lift 04:04
03. Wake Up Screaming 03:00
04. Every Time I See You Around 03:28
05. Bulletproof 03:01
06. All About You 03:17
07. Second To None 03:35
08. It's Not Me 03:20
09. Loving You Without You Now 03:17
10. Where Angels Dare 03:23

Dokładnie 24 października 2006 roku miał premierę pierwszy solowy album Paula Stanleya i póki co ostatni. Oczywiście nie zaliczam tutaj koncertowego dvd, które ukazało się w 2008 roku. Akurat tak się przytrafiło, że KISS nie nagrywało nic nowego od 1998 roku, więc Stanley miał trochę czasu nad komponowaniem materiału na swój album. Do współpracy wokalista KISS zaprosił znanych muzyków takich jak John 5, czy Bruce'a Kulicka, który w latach 80-90 grał w KISS. Czy Paul Stanley ma wystarczającą siłę przebicia?

Okazuje się, że jak najbardziej, ale żeby docenić "Live To Win" trzeba lubić KISS. Taka zależność zapewne nie cieszy Stanleya, który jak już wspomniałem całkowicie chciał odciąć ten materiał od swojego macierzystego bandu. Jak się jednak okazuje śpiewając w jednej kapeli ponad 30 lat ciężko się od niej odciąć - już pomijam fakt, że jego wokal automatycznie kojarzy się z KISS. Ale wracając do "Live To Win" - co też znajduje się na tym albumie? Dużo przebojowego, rockowego grania. Hitów jest tutaj naprawdę sporo i dziwne, że ten album nie zbierał zbyt pochlebnych opinii. Chociaż początkowo też nie byłem zbyt oczarowany tym materiałem, ale dwa czy trzy odsłuchy wystarczyły, żeby docenił nawet kawałek tytułowy, który z początku wydawał mi się kompletnym gniotem - głównie z uwagi na refren, który zapewne świetnie sprawdza się podczas koncertów. Z takich hiciorów należy wymienić na pewno "Wake Up Screaming", Every Time I See You Around", kissowaty "Bulletproof", "All About You". To są prawdziwe przeboje, które bardzo szybko wpadają w ucho i automatycznie nastawiają pozytywnie do tego wydawnictwa. Paul jak się okazuje jest naprawdę dobrym wokalistą - chociaż jego zawsze najbardziej ceniłem wśród wszystkich wokali KISS, więc mogę być lekko nieobiektywny przy takich stwierdzeniach. Natomiast instrumentaliści po prostu odwalają swoją robotę, nie ma tutaj jakichś powalających partii gitarowych, czy innych - a dużą rolę podobno odgrywają tutaj partie fortepianowe. W każdym razie na pierwszym planie znajduje się Paul Stanley i mi to w zupełności wystarcza. Przy okazji najlepszych kawałków nie wymieniłem żadnej ballady, ale tych wcale na albumie nie brakuje i nie należą też do średniaków. Przede wszystkim muszę wyróżnić kawałek "Second To None". Może i jest to przesłodzona ballada, ale je po prostu świetna. Wpada w ucho, delikatna linia fortepianowa przebijająca się momentami przez perkusję brzmi naprawdę ciekawie. A sam Paul po prostu czaruje swoim wokalem. "Loving You Without You Now" to już nie tak dobry numer, jak ten, który wymieniłem przed chwilą, ale można powiedzieć, że jest niezły. Te zrywy w refrenie czynią ten kawałek mniej płaczliwym niż "Second To None", ale nie czynią go lepszym. Na albumie znajdują się tylko dwa wypełniacze, które do tej pory niespecjalnie wpadły mi w ucho - mam na myśli "It's Not Me" i "Where Angels Dare". Czegoś w nich brakuje, może naprawdę przebojowego refrenu, bo przy pozostałych kawałkach te dwa wypadają raczej blado.

Czy Paul Stanley umie nagrywać solowe albumy? Tak, przynajmniej taka odpowiedź ciśnie mi się na usta po kilkudziesięciokrotnym przesłuchaniu "Live To Win". Czy potrafi się odciąć od KISS? Nie do końca, bo w każdym prawie kawałku znajdującym się na tym albumie można usłyszeć elementy muzyki KISS, chociaż Paul postarał się nawet, żeby pojawiły się tutaj różne nowoczesne elementy (jak elektronika). W każdym razie, jeśli ktoś lubi wokal Stanleya i chce posłuchać kilku prawdziwych przebojów to nie mógł lepiej trafić. "Live To Win" to album kompletnie nieodkrywczy, wtórny i zapewne pozbawiony wartościowej muzyki - ale jakże wciągający, wpadający w ucho i sprawiający, że po prostu chce się do niego wracać. I w końcu werdykt - słyszałem kilka solowych wydawnictw muzyków KISS, ale solowy album Paula Stanleya stawiam na najwyższym miejscu na podium.

Ocena: 8/10

środa, 7 lipca 2010

A Plea For Purging - The Marriage Of Heaven And Hell (2010)


A Plea For Purging - The Marriage Of Heaven And Hell


Data wydania: 06.07.2010
Gatunek: metalcore
Kraj: USA

Tracklista:
01. The Eternal Female
02. Sick Silent America
03. Shiver
04. Golden Barriers
05. The Fall
06. And Weep
07. Trembling Hands
08. Finite
09. The Jealous Wings
10. The New Born Wonder
Kapela A Plea For Purging jak widać nie próżnuje. W 2009 roku wydali naprawdę dobry album, którego tytuł brzmi "Depravity". I dla mnie był to pierwszy kontakt z tym bandem, ale szybko nadrobiłem zaległości, ale wydany w zeszłym roku materiał dość mocno mnie wciągnął, dlatego trzymając kciuki wyczekiwałem na najnowsze wydawnictwo tej amerykańskiej christian metalcore'owej formacji.

A Plea For Purging potrzebowali niecałe 1,5 roku, żeby wydać nowy album. Czego spodziewałem się po "The Marriage of Heaven and Hell"? Wszystkiego, ale miałem przede wszystkim nadzieję na to, że kapela będzie grała w stylu obranym na "Depravity". Jeszcze przed premierą zostałem uspokojony za sprawą utworu "The Eternal Female". Bardzo solidny napierdol i ta świetna dudniąca praca gitar - to już swoisty znak rozpoznawczy tej kapeli. Do tego należy dołożyć dobre zgranie się perkusji z gitarą basową. Za to właśnie lubię ten band. Przed premierą byłem spokojny, a po pierwszym odsłuchu pełnego materiału miałem mieszane uczucia. Już nie pamiętam, czy na "Depravity" pojawiały się jakieś partie czystego wokalu, ale jeśli się pojawiały to było ich naprawdę mało, tutaj sprawa ma się inaczej. Co prawda dwa pierwsze kawałki napawają optymizmem, bo jest po prostu czysty napierdol z dużą ilością łamańców i dudniącymi partiami gitarowymi. Chociaż jeśli chodzi o "Sick Silent America" to w kilku momentach muzyka staje się spokojna, a Andy schodzi na plan dalszy i jakby robione było miejsce na czysty wokal, ten na szczęście się nie pojawia. Jeśli chodzi o łamańce i tego typu sprawy, jak i motoryczną pracę gitar to zdecydowanie najlepiej brzmi "Shiver" - jest to zresztą mój numer jeden na tym albumie. Tutaj napieprzanie zyskuje naprawdę nową jakość, coś niesamowitego. Mam jakieś dziwne wrażenie, że tak dobrego kawałka nie było nawet na "Depravity". W każdym razie tutaj też nie uświadczymy czystego wokalu. W "Golden Barriers" już nie ma za bardzo czym się zachwycać, po prostu dobry numer A Plea For Purging. Natomiast w "The Fall" pojawia się czysty wokal, który atakuje podczas refrenu. Nie jest to jakaś długa partia, ale zdecydowanie wystarczyła, żeby mnie zszokować. Do tego muzyka specjalnie "łagodniała" podczas refrenu, co jest bardzo złym znakiem, bo nie wiedziałem, czego spodziewać się po kolejnych numerach. "And Weep" znowu zaczyna się świetnie - tak dość nietypowo dla tej kapeli. Niestety znowu wciska się czysty wokal, który co prawda nie denerwuje, bo nie jest to taki znowu do końca czysty śpiew. Jakieś przestery weszły w grę, do tego wtóruje mu ryk Andy'ego. Numer jest naprawdę dobry i potrafi nieźle wkręcić, ale to są odczucia po kilku odsłuchach, za pierwszym razem byłem mocno rozczarowany. Przy odsłuchu numer jeden bałem się końcówki "The Marriage of Heaven and Hell", głównie za sprawą tych czystych wokali, które w kolejnych numerach miały coraz więcej partii. W "Trembling Hands" mamy podobne partie wokalne jak w poprzednim kawałku, tyle, że tutaj czysty wokal wypada naprawdę świetnie. Co by nie mówić, to nie zaniża poziomu kawałka - chociaż muzyka akurat jest tutaj taka sobie i daleko jej do "Shiver", to sam numer wypada bardzo dobrze. Można powiedzieć, że to absolutna czołówka tego albumu - po części za sprawą refrenu. Na "Finite" niestety linia została przekroczona, bo czysty wokal jest już zbyt wyraźny i teraz nawet nie zakrada się jakimiś bocznymi korytarzami tylko w świetle dnia wychodzi nawet kiedy muzyka cichnie. Może nie jest to jakieś rażące wykroczenie ze strony kapeli, ale szok był większy niż przy poprzednich utworach. Ale postanowiłem im wybaczyć ten wyskok, bo nawet pasuje ten czysty wokal, zwłaszcza, że nie dominuje. Gorzej jest już z melancholijnym "The Jealous Wings", w którym nie ma miejsca na ryki Andy'ego, jest za to czysty wokal. Ten numer kojarzy mi się z ostatnimi dokonaniami Maylene & The Sons Of Disaster. Przecież na "III" też czystych wokali było bardzo dużo, a jednak utrzymali odpowiedni poziom. Tutaj również mimo tego, że czysty wokal dominuje w przedostatnim kawałku to słucha się go naprawdę dobrze. Przy pierwszym odsłuchu można uznać, że panowie się zapędzili i wrzucili kawałek na siłę. Ale kolejne odtworzenia sprawiają, że kawałek wpasowuje się w strukturę albumu i co dość ważne, nieco uspokaja klimat. W "The Jealous Wings" można posłuchać nawet gitary akustycznej, czego po A Plea For Purging bym się raczej nie spodziewał. Już na zakończenie otrzymujemy pełnoprawny numer tej kapeli, pozbawiony czystych wokali, ale też niespecjalnie wybijający się z całości.

Muszę przyznać chłopakom z A Plea For Purging, że udało im się nagrać album niewiele gorszy od "Depravity", ale jednak gorszy. Nie wiem, czy to wyłącznie wina czystych partii wokalnych, czy też specyficznych melodyjnych zagrywek gitarowych, które na "Depravity" nieśmiało wyglądały spoza ściany dudniącej perkusji i gitary prowadzącej. Tutaj takich wybiegów nie ma, za to jest dużo "napierdolu" i łamańców. Jak się okazuje do muzyki tej kapeli pasuje czysty wokal, co prawda wrzucany w ilościach śladowych, ale jednak pasuje. Na największy plus zasługuje tutaj kawałek "Shiver", który jest wręcz idealny muzycznie i (aż dziwię się, że to piszę) "The Jealous Wings", który początkowo rozczarowuje, a po kilku odsłuchach naprawdę wciąga. Ponadto utwory znajdujące się na tym wydawnictwie są bardzo dobre lub świetne. Słabych, czy średnich utworów się tutaj nie uświadczy, chyba, że ktoś nie lubi metalcore'a, ale podejrzewam, że takie osobniki nie sięgają po takie albumy. Dla mnie zdecydowanie jeden z najlepszych albumów w swoim gatunku, ale jednak nieznacznie słabszy od poprzednika.

Ocena: 8,5/10

wtorek, 6 lipca 2010

Catherine - The Naturals (2007)



Catherine - The Naturals

Catherine na myspace

Data wydania: 2007
Gatunek: melodic metalcore
Kraj: USA

Tracklista:
01. First Take 00:08
02. The Naturals 04:26
03. Tailor 03:04
04. Light Brite 04:57
05. Dear Elizabeth 02:34
06. Fallacy 03:30
07. Through Art A Villian 04:34
08. Let's Pretend Like It's 1910 03:10
09. To Be Specific 02:04
10. Praise The Night Time 05:16

W końcu postanowiłem się przełamać i posłuchać sobie albumu "The Naturals". Jak gra Catherine pamiętam dość dobrze, bo nagrali jeden z ciekawszych albumów z lekkim melodyjnym metalcorem, który wzbogacony został o czyste partie wokalne, które nie przeszkadzały jak to często bywa.

I jak się okazuje "The Naturals" jest lepszym wydawnictwem niż materiał pochodzący z 2009 roku. Jest zdecydowanie ostrzej i mniej przebojowo, a już się bałem, że w poprzednich latach ten band grał lżej niż na "Inside Out". Prawdziwą ozdobą i kawałkiem, którego przy pierwszym odsłuchu musiałem posłuchać dwa razy jest instrumentalny "Dear Elizabeth". Może nie jest to jakiś majstersztyk, ale naprawdę mi się podoba. Już kawałek "The Naturals" mniej więcej przygotowuje do tego co ma być w dalszej części albumu, chociaż to jeden z najlżejszych kawałków na albumie, więc nie do końca reprezentatywny. "Tailor" również nie jest do końca reprezentatywny, bo dużą tutaj wagę przyłożono do czystego wokalu, natomiast dalej czyste partie pojawiają się sporadycznie. A jednym z najlepszych kawałków na tym albumie jest "Light Bright" - momentami nawet pojawiają się unearthowe klimaty. Podobnie dobry jest "Let's Pretend Like It's 1990" - nawet ten refren zaśpiewany czystym wokalem wpada w ucho i nie wkurwia, a to już coś. Poza tym kawałek bardzo ciężki, taki przytłaczający. "To Be specific" jest bardzo...specyficzny. Taki nostalgiczny numer, w którym wokalista robi za tło dla spokojnej muzyki, bez żadnych szaleństw, ciężkich zagrywek, czy czegoś w tym rodzaju. Lekki, ale taki melancholijny kawałek. Pozostałe kawałki też wcale nie są złe - "Thou Art Of Villain" podobnie jak "Let's Pretend Like It's 1990" jest wyposażony w dobry refren, chociaż tutaj główną rolę spełnia chórek.

"The Naturals" jest zdecydowanie ciekawszym wydawnictwem niż "Inside Out" i mocno zachęca do zapoznania się z pozostałymi albumami Catherine. Materiał składający się na ten album jest zdecydowanie cięższy, ale nadal jest to melodyjny metalcore. Jeśli ktoś lubi nieprzesłodzony metalcore, ale pozostający melodyjnym to jak najbardziej polecam.

Ocena: 7/10

poniedziałek, 5 lipca 2010

Najlepsze metalowe albumy maja 2010


01. Heaven Shall Burn - Iconoclast III: Invictus (metalcore/deathcore)

02. Misery Index - Heirs To Thievery (death metal)


03. Sotajumala - Kuolemanpalvelus (death metal)


04. Despite The Lies - Era Of Resistance (hardcore/metalcore)


05. Keep Of Kalessin - Reptilian (melodic black metal)

niedziela, 4 lipca 2010

Write This Down - Write This Down (2010)



Write This Down - Write This Down

Write This Down na myspace

Data wydania: 20.04.2010
Gatunek: alternative rock?/emo-rock/emo-core/screamo
Kraj: USA

Tracklista:
01. Alarm The Alarm 03:30
02. Despite Your Valor 03:35
03. Renegade 03:09
04. Hand Grenades 03:16
05. I Never Said That I Was Through With You 02:55
06. Center Of Attention 02:54
07. Citadel 03:57
08. Redemption 03:12
09. We Shot The Moon 02:44
10. Kings And Councilors 03:16
11. Heaven And Hell 01:43

Skład zespołu:
Chad
Johnny
Nate

Kapele, które swoją muzykę określają jako "alternative rock", czy też "alternative metal" wyrastają ostatnimi czasy jak grzyby po deszczu. Za łatką "alternative metal" przeważnie chowają się przeważnie kapele, które jeszcze nie tak dawno grały nu-metal. Co się zmieniło? Muzyka stała się łagodniejsza, wokalista mnóstwo emocji wkłada w śpiewanie, ale wszystko to brzmi jakby było robione dla nastolatków. Jak się okazuje podobna plaga dotyka gatunek, którego nazwa brzmi "alternative rock". Jeszcze nie tak dawno w tym nurcie grała np. kapela 30 Seconds To Mars - chociaż kojarzona była zdecydowanie bardziej z nurtem emo. Podobnie jest z Write This Down.

Chociaż panowie próbują wyglądać na dorosłych, określają się jako alternatywni - w końcu to teraz takie modne - to grają jakąś odmianę emo rocka ze sporą dawką przebojowości, a nawet można by się pokusić o określenie emocore. Chociaż tego core są śladowe ilości, bo samo screamo nie sprawia jeszcze, że kapelę należy rozpatrywać w kategoriach core. Tutaj momentami pojawia się ostrzejszy wokal, który zaraz zostaje przytłumiony przez czysty wokal, którzy działa niczym balsam, który ma ukoić nerwy tych, którym je zszarpały występujące śladowo ryki. Można powiedzieć, że panowie z Write This Down są bardzo niezdecydowani, bo gdyby na tym albumie znalazło się więcej kawałków takich jak "Renegade" czy nawet "We Shot The Moon" (chociaż ten pierwszy zdecydowanie lepszy), a mniej kawałków w stylu "Hand Granades" czy niezwykle przebojowy "I Never Said That I Was Through With You" to byłby to na pewno przynajmniej przyzwoity album. Niestety na tym wydawnictwie znajdują się tylko dwa dobre kawałki (te, które wymieniłem jako pierwsze), a pozostałe to nic innego jak emo-klocki, które wspierane są przez wątpliwą przebojowość. Czy nawet akustyczne ballady takie jak "Citadel" czy "Heaven And Hell".

Jeśli kogoś ten album doprowadził do płaczu to chyba tylko z powodu jego żałosności. Nawet recenzowana kiedyś przez mnie Alesana brzmiała ostrzej i bardziej dojrzale niż ten materiał, który ewidentnie brzmi jakby był kierowany do grona nastolatków, którzy muszą pozbierać się po pierwszym zawodzie miłosnym. Jeśli ktoś chce się wkurwić, ewentualnie kogoś bardzo nie lubicie to jak najbardziej polecam album Write This Down.

Ocena: 3/10

KISS - Dynasty (1979)



KISS - Dynasty

KISS na myspace

Rok wydania: 1979
Gatunek: hard rock
Kraj: USA


Tracklista:
01. I Was Made For Lovin' You 04:29
02. 2,000 Man 04:53
03. Sure Know Something 03:58
04. Dirty Livin' 04:16
05. Charisma 04:24
06. Magic Touch 04:38
07. Hard Times 03:30
08. X-Ray Eyes 03:44
09. Save Your Love 04:37

Skład zespołu:
Paul Stanley - wokal, gitara
Ace Frehley - wokal, gitara
Gene Simmons - wokal, gitara basowa
Peter Criss - wokal, perkusja

Anton Fig - perksuja

Po całkiem niezłym albumie "Love Gun" i jeszcze w tym samym roku wydaniu drugiej części "Alive" (jak się później okazało nieostatniej) wielbiciele KISS musieli przez dwa lata oswajać się z wcześniejszymi albumami tej kapeli, bo na "Dynasty" trzeba było czekać aż dwa lata - co jest dość niespotykane, jeśli chodzi o ten band. W końcu w 1976 roku wydali dwa naprawdę dobre albumy - "Destroyer" i "Rock And Roll Over". A tutaj nagle dwa lata przerwy. Ale ci, którzy czekali w końcu mogli być zadowoleni, bo album "Destroyer" to jedno najlepszych wydawnictw KISS.

Może wydany w 1979 roku album tak samo dobry jak "Destoyer" i zdecydowanie należy go zaliczyć do tych najlepszych wydawnictw KISS - zdecydowanie przebija trzy pierwsze albumy z dyskografii Amerykanów, czy spokojnie może się mierzyć ze swoimi poprzednikami. "Dynasty" to powrót po dwóch latach przerwy studyjnej działalności, ale jaki powrót. Od razu na wstępie kapela postanowiła zaskoczyć swoich fanów, "I Was Made For Lovin' You" bardzo szybko stał się hitem i jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych utworów KISS. Czy komuś trzeba przedstawiać ten numer? Prosta linia melodyczna, wysunięty na pierwszy plan bas i szybko wpadający w ucho tekst - po prostu nie da się go nie zapamiętać. Dalej nie jest gorzej, bo oto i "2000 Man" - również jeden z największych hitów tej kapeli. Ale tak to już bywa z wydawnictwami KISS, że na początek rzucane są najsmakowitsze kąski, a i dalej tym większa posucha. Czy tutaj jest podobnie? Po początkowych kawałkach można powiedzieć, że to zapewne typowy album KISS. Tym bardziej, że kawałek numer trzy również należy do przebojów tej grupy - "Sure Know Something" to wydawałoby się balladowy utwór, który w refrenie nabiera mocy, ale i przebojowości. Jako, że uwielbiam wokal Paula Stanleya, to jest to dla mnie jeden z lepszych numerów KISS. "Dirty Livin'" to już nie taki znowu przebój, ale ma w sobie od cholery magii z lat 70-tych. Ta muzyka, kompozycja, czy nawet specjalnie przesterowany wokal - brzmi zdecydowanie inaczej niż na wcześniejszych numerach. W każdym razie ta muzyka mnie bardzo wciąga, prosta, lekka i przyjemna. Świetny numer. Piątym kawałkiem jest "Charisma" - czyli znowu jeden z największych hitów KISS, tym razem za mikrofonem znalazł się Gene Simmons, a w refrenie pierwsze skrzypce gra Paul Stanley (chociaż brzmi to jakby chórek). Numer prosty, znowu partie basowe wysunięte na pierwszy plan. Tekst prosty jak drut, a melodia grana od początku do końca w jednym tempie, bez żadnych szaleństw. Ale właśnie na prostych patentach tworzy się przeboje, a KISS byli i są w tym mistrzami. Półmetek przekroczony, a tutaj nie napotkałem na żaden słaby kawałek, ba, nawet na średni. "Magic Touch" też nie zaniża oceny tego wydawnictwa - chociaż przyznam, że przydałoby się tutaj trochę więcej mocy - ten wysunięty bas nie zawsze sprawia dobre wrażenie. Tutaj brakuje jakiegoś kopa, chociaż Paul wokalnie bez zarzutu. "Hard Times" można by uznać za kawałek nijaki, ale ratuje go refren, który automatycznie pcha się do głowy, a i wokalnie jest naprawdę dobry. Chociaż tak jak w poprzedniku brakuje trochę mocy. "X-Ray Eyes" też nie można uznać za słaby numer. On się po prostu sam śpiewa, zarówno refren, jak i zwrotki. Niestety słabiej jest już z zamykaczem, którym jest "Save Your Love". Niestety do mnie ten kawałek nie przemawia kompletnie, chociaż refren jeszcze jako tako wpada w ucho to już numer jako całość wypada raczej blado. Zdecydowanie najsłabszy kawałek na albumie powędrował na sam koniec wydawnictwa.

Jak można podsumować "Dynasty"? Na pewno jest to świetny powrót kapeli po dwóch latach milczenia. Wśród dziewięciu kawałków składających się na to wydawnictwo znajdują się aż cztery hity, które są rozpoznawalne nie tylko wśród fanów tego bandu. Ponadto album zawiera również bardzo dobre utwory, które nie zaliczają się do największych hitów, ale spokojnie mogłyby znaleźć wśród nich swoje miejsce. Jedynie zakończenie jest w słabym stylu, ale to można wybaczyć. Nie wszystko musi być zrobione na wysoki połysk. "Dynasty" to jeden z najlepszych albumów KISS.

Ocena: 8,5/10

Despite The Lies - Era of Resistance (2010)



Despite The Lies - Era of Resistance

Despite The Lies na myspace

Data wydania: 19.06.2010
Gatunek: hardcore/metalcore
Kraj: Rosja

Tracklista:
01. Damage
02. Generated By The System
03. One Day
04. Our Truth Will Be Heard
05. Era Of Resistance
06. Bloody Justice
07. Popular Brainwash
08. Outro

Skład zespołu:
Mikhail Sherbakov - wokal
Valentin Tashenkov - wokal, gitara
Alexey Balanin - gitara
Igor Kopryakov - gitara basowa
Andrew Grigoriev - perkusja

Ciężko jest trafić na naprawdę dobry i wyróżniający się album hardcore'owy. Taki, który będzie miał w sobie dużo mocy, ale i nie będzie brzmiał jak inne wydawnictwa z tego gatunku. Takim jest na pewno album "Era Of Resistance" kapeli Despite The Lies.

Już pierwszy kawałek posiada w sobie duże pokłady energii i mimo tego, że może kompozycyjnie nie wyróżnia się na tle innych hardcore'owych numerów to jednak przy nim mimowolnie głowa kiwa się do rytmu. Pierwsze co rzuca się w uszy to na pewno charakterystyczny wokal, który świetnie sprawdziłby się również w jakimś deathcore'owym projekcie. Ale muzycznie już z deathcorem ten album ma niewiele wspólnego - nie ma walców, chociaż melodyjek również. A tempo bardziej bym porównał do marszu niż do galopu, chociaż momentami perkusja zapędza się odrobinę. Nie mówię, że to źle, bo przyspieszenia i wszelkie zmiany tempa są jak najbardziej na miejscu, ale tutaj akurat wielkich galopów nie trzeba. Sama muzyka mocno przypomina mi tą z repertuaru Hatebreed. Jest podobnie masakrująca, ale wokalista ma inną barwę niż Jasta, zdecydowanie bardziej agresywną. Na "Era Of Resistance" mamy dwa szybkie kawałki - "One Day" i "Popular Brainwash" - pozostałe są utrzymane w tempie marszowym. Dwa wspomniane pod względem tempa na pewno się wyróżniają, ale do najlepszych bym ich nie zaliczył. Przede wszystkim dlatego, że podczas przechodzenia z marszu do galopu kapela nieco się gubi i w muzykę wciska się chaos. Na albumie Despite The Lies zdecydowanie najlepiej prezentują się kawałki "Damage", "Generated By The System" i "Bloody Justice". Pozostałe są tylko dobre.

Debiutanckie wydawnictwo Despite The Lies może nie odkrywa nowych rejonów hardcore'a, ale na pewno odkurza te najlepsze strony z historii tego gatunku. Dla wielbicieli Hatebreed z nieco mocniejszym wokalem jest to pozycja obowiązkowa. Album oceniam na dobry +.

BTW album można w całości ściągnąć za darmo ze strony zespołu - http://www.despitethelies.ru/

Ocena: 7,5/10