środa, 27 października 2010

The Huligans - Ram (2010)



The Huligans - Ram

The Huligans na myspace

Data wydania: 01.09.2010
Gatunek: garage hard rock/southern rock
Kraj: Finlandia

Tracklista:
01. All The Best
02. Ride Me High
03. My Favourite Stranger
04. Ural Tango
05. Get Out
06. Talking Heads
07. Radical
08. Walking Disaster
09. I’m Fine!
10. Explorer
11. Great Success

Wygląda na to, że to debiutancki materiał już niezbyt młodych Finów. Mimo już zaawansowanego wieku panowie grają niczym grupa młodzików - chodzi oczywiście o polot, energię i lekkość, jakiej brakuje nie najmłodszym bandom. Owszem nie wszystkim może pasować brzmienie, nie wszystkim może podobać się brud obecny na tym albumie. Ale starzy wyjadacze powinni być zadowoleni, bo takich albumów powstaje teraz mało. Znajdzie się tutaj też co nieco dla fanów KISS, kawałek "Talking Head" brzmi jakby panowie z Huligans puszczali oko do słuchacza. Już podczas pierwszego odsłuchu ten numer skojarzył mi się ze starym KISS. Na albumie jest też kilka hitów, które od razy wpadają w ucho - czy to za sprawą refrenu, czy pracy gitar, czy w końcu za sprawą melodii. Do tych niszczycieli na pewno należą "Ride Me High" (świetny refren i tak zajebista melodia), "My Favourite Stranger", "Get Out" (to chyba największy hicior) i "All The Best" (prosty, ale niszczący refren). Może znajdą się tutaj jakieś dwa wypełniacze, ale to niewiele. Luz, rock'n'roll i garaż - tak można opisać ten album. Bardzo dobra rzecz i szkoda by ją było przegapić. A tak, nie wspomniałem o ciężkawym i smolistym "Explorer", klimat niszczy i tyle!

Ocena: 7,5/10

czwartek, 21 października 2010

Les Discrets - Septembre Et Ses Dernières Pensées (2010)



Les Discrets - Septembre Et Ses Dernières Pensées

Les Discrets na myspace

Data wydania: 29.03.2010
Gatunek:
shoegaze/post-rock/post-metal
Kraj: Francja

Tracklista:
01. L’ Envol des Corbeaux
02. L’ Échappée
03. Les feuilles de l’ olivier
04. Song for Mountains
05. Sur les Quais
06. Effet de Nuit
07. Septembre et ses dernières Pensées
08. Chanson d’Automne
09. Svipdagr & Freyja
10. Une Matinée d’ Hiver

Skład zespołu:
Fursy Teyssier - wokal, gitara, gitara basowa
Audrey Hadorn - wokal
Winterhalter - Drums


Les Discrets to w miarę świeża francuska kapela, która założona została w 2003 roku przez Fursy Teyssiera, wkrótce do zespołu dołączyli Audrey i Winterhalter. Do tej pory na swoim koncie mieli tylko split z inną francuską kapelą, Alcest. Owo wydawnictwo swoją premierę miało w 2009 roku. Les Discrets składającym się z trzech osób zainteresowała się niemiecka wytwórnia Prophecy Productions, czego pierwszym owocem był właśnie wspomniany split, a kolejnym jest pełny studyjny album zatytułowany "Septembre Et Ses Dernieres Pensées", którego premiera przypadła na końcówkę marca 2010 roku. Na album złożyło się 10 kompozycji utrzymanych w klimacie shoegaze/post-rock/post-metal.


Za oknem hula wiatr, liście powoli opadają z drzew, a z nieba sączy się powoli deszcz. Tak, od samego początku kiedy usłyszałem to wydawnictwo zastanawiałem się dlaczego premiera miała miejsce na wiosnę? Niestety po dziś dzień nie znalazłem odpowiedzi. Muzyka zawarta na "Septembre Et Ses Dernieres Pensées" to ewidentnie jesienne granie. Smutne, a wręcz przygnębiające, wolne, ale wpadające w ucho i na długo pozostające w pamięci. Wszystkie utwory są zaśpiewane w języku francuskim - nawet utwór, którego tytuł brzmi "Song For Mountains". Jest to bardzo duża zaleta, nie umiem sobie wyobrazić któregokolwiek z zawartych tutaj kawałków śpiewanego w języku angielskim, francuski jednak ma w sobie to coś, jakąś taką smutną magię.

Krótki otwieracz "L’ Envol des Corbeaux" może przywoływać u niektórych osobników skojarzenia ze ścieżką dźwiękową do gry "Diablo II" (ma faktycznie kilka cech wspólnych), ale dalsza część albumu już takich skojarzeń nie przywoła. Jak już wspomniałem album jest lekki, przygnębiający (udało im się połączyć te dwa elementy), ale wpadający w ucho - taka jesienna muzyka idealna do słuchania wieczorami. Stąd też najważniejszy jest tutaj klimat i ogólny wydźwięk tego albumu, on miał być jesienny, dlatego został również opatrzony odpowiednią grafiką, która może się kojarzyć z jakimiś mrocznymi bajkami braci Grimm.

Ale wracając do samej muzyki - można tutaj trafić na nieco szybsze kompozycje takie jak "Les feuilles de l’ olivier", "Svipdagr & Freyja", do tej grupy można też podciągnąć "Effet de Nuit". Te utwory dość mocno się wybijają, ale mi swojego tempa nie psują nastroju, a wręcz go umacniają. Choć trzonem tego wydawnictwa są kompozycje wolne, spokojne i pełne smutku. I tutaj na czoło wysuwa się "Chanson d’Automne" (jak nic potwierdzenie, że to jesienna muzyka) z niesamowitymi wokalami Fursy Teyssiera i delikatną pracą gitary, tuż za nim tytułowy "Septembre et ses dernières Pensées", który z początku brzmi jakby miał być tylko wstępem do czegoś większego, a stawkę zamyka "Song for Mountains". To są oczywiście najważniejsze kawałki, ale nie oznacza to, że pozostałe to gnioty niewarte wymienienia.

Ważnym utworem jest na pewno "Sur les Quais", w którym bardzo mocno zaznacza się wokalny duet Audrey z Fursy. Tak się zastanawiam czy są tutaj jakieś słabsze momenty i dochodzę do wniosku, że nie ma. Wszystko utrzymane jest na wysokim poziomie i po prostu kiedy zacznie się słuchać "Septembre et ses dernières Pensées" to nie sposób się od tego oderwać. A tak, na koniec dostajemy pozytywnie nastrajający kawałek "Une Matinée d’ Hiver", jak słychać zimowe popołudnie może być optymistyczne, a może po prostu już gdzieś pod lekko topniejącym śniegiem widać pierwsze oznaki nadchodzącej wiosny?


Trio wchodzące w skład Les Discrets zaserwowało album niezwykły, klimatyczny, smutny, ale z pozytywnym zakończeniem. W żadnym wypadku nie można się przy nim nudzić. Każdy kolejny utwór to jak odkrywanie piękna jesieni. Kiedy sięgam po ten album mam wrażenie, że Francuzi zabierają mnie w niespełna 45 minutową podróż po smutnym jesiennym świecie wypełnionym przyrodą ustępującą przed nadchodzącą zimą. "Septembre Et Ses Dernieres Pensées" to idealna propozycja do słuchania w długie, smutne jesienne wieczory i jednocześnie jeden z najlepszych debiutów 2010 roku.


Ocena: 10/10

środa, 20 października 2010

Cenotaph - Thirteen Threnodies (1994)

Cenotaph - Thirteen Threnodies

Rok wydania: 1994
Gatunek: death metal
Kraj: Włochy

Tracklista:
01. Larva In Corpore Christi
02. At The Eerie Daemon Gathering
03. Daemonolatria
04. No Gods To Pray To
05. November
06. Life, An Unwanted Bestowal
07. Hecatomb In Heaven / Satanarchy
08. Anarcorgiastic Dance
09. Catacombal Womb
10. Te, Jesus
11. Choir Of A Thousand Laments
12. From Ancestral Sleep
13. Excommunicate Us

Prawdę mówiąc trochę się naciąłem, bo miałem od jakiegoś czasu posłuchać tego albumu (głównie ze względu na nazwę kapeli połączony z gatunkiem), a teraz przytrafiła się okazja, a raczej przypomnienie do zapoznania się. Cenotaph to włoska formacja, która ma na swoim koncie właśnie ten album i epkę "Heart and Knife", a później zmienili nazwę na Necrosphere...ze zmianą nazwy poszła prawie całkowita zmiana składu, ale to nieważne, bo zespół po wydaniu jednego albumu się rozpadł. Kapela Cenotaph miała grać oldschoolowy death metal - przy takim określeniu od razu świta mi w głowie "bitewny death metal grany pod Bolt Thrower". Jak się jednak okazuje źle rozumiem określenie oldschoolowy death metal, bo Cenotaph na tym albumie pitoli bez ładu i składu. Kawałek "Daemonolatria", który pojawia się zaraz na początku może skutecznie odsiać, podobnie jak "At The Eerie Daemon Gathering", w którym pojawiają się jakieś przedziwne partie wokalne i patatująca perkusja. Dalej wcale nie jest lepiej, bo mamy też dziwactwo o tytule "November", w którym wokalista bawi się w szeptane coś tam do akompaniamentu spokojnej muzyki. "Hecatomb In Heaven / Satanarchy" tutaj mamy trochę symfonii, trochę grobowego klimatu i pitolenia ciąg dalszy. Prawdę mówiąc ten album w ogóle nie wciąga i nie ma tutaj za bardzo na czym "zawiesić ucha". Kapela próbuje jakichś tam eksperymentów, np. w numerze "Te, Jesus". Oczywiście o brzmieniu się nie wypowiadam, bo w oldschoolowym death metalu brzmienie akurat do najważniejszych elementów nie należy - prawdę mówiąc ważne, żeby było brudno i tyle. W każdym razie włoska kapela Cenotaph może jest kultowa w jakichś tam kręgach, ale do mnie ten ich jedyny LP nie trafił.

Ocena: 5/10

Belenos - Yen Sonn Gardis (2010)



Belenos - Yen Sonn Gardis

Belenos na myspace

Data wydania: 15.10.2010
Gatunek: pagan/celtic black metal
Kraj: Francja

Tracklista:
01. Aspedenn 01:21
02. Hollved Hirisus 05:16
03. Ene Kelt 04:51
04. Skorn ha Tan 05:15
05. Baleerien an Are 05:25
06. Gorsedd 06:21
07. Mestr ar c'Hoad 05:49
08. Taol-Digoll 05:00
09. En Argoll 06:42

Belenos to francuska formacja, która rozpoczęła swoją działalność w 1995 roku. Na swoim koncie zebrali już solidną ilość LP, kapela przechodziła wiele zmian składu, aż w końcu na jej pokładzie został wyłącznie Loïc Cellier, który z musu zajmuje się wszystkim w kapeli. Taka sytuacja trwa od 2006 roku, ale mimo braków personalnych band działa prężnie - od 2006 do 2010 wydał 4 albumy. To co wyróżnia Belenos z setki innych kapel to na pewno język tekstów - te są w języku bretońskim. Słuchając tego materiału miałem pewne wątpliwości, czy zaliczyć ten band do black metalu, czy po prostu do pagan/celtic metalu, ale jednak są tu obecne zarówno elementy pierwszego gatunku, jak i drugiego. Ogólnie album jest dość przyjemny, nie mamy tutaj do czynienia z garażem, bo brzmienie jest dobre, produkcja w pełni profesjonalna, a i kawałki nie brzmią jakby były skomponowane na kolanie. Mimo tego nie jest to też żadna specjalnie wybijająca się muzyka, ot do posłuchania. Ani zbyt surowa, ani przepitolona. Takie granie 6,5/10. Czyli można posłuchać, ale nie trzeba. W każdym razie odsłuch "Yen Sonn Gardis" na pewno nie będzie czasem straconym.

Ocena: 6,5/10

Dark End - Assassine (2010)



Dark End - Assassine

Dark End na myspace

Data wydania: 03.2010
Gatunek: symphonic/melodic black metal/gothic
Kraj: Włochy

Tracklista:
01. Tenebrae I
02. Mater Terribilis
03. A Bizarre Alchemical Practice
04. Poisoned Lips Of Lust
05. Bounded, Sisters By Solitude
06. Tenebrae II
07. Two Faced Beast
08. Her Majesty Ogress
09. The Thorns, The Pain, The Horror
10. Perinde Ac Cadaver
11. Tenebrae III

Drugi album tej włoskiej formacji. Kapela gra coś w stylu mieszanki Old Man's Child z Dimmu Borgir, ale bez czystych wokali. Jest trochę klimatu, są blasty, dużo melodii, ale czy jest coś co wyróżnia tą kapelę spośród innych melodic black metalowych bandów? Otóż tak, kawałki są masakrycznie długie ("Perinde Ac Cadaver" trwa prawie 10 minut, a pozostałe są niewiele krótsze), całość trwa ponad godzinę. "Tenebrea" to tzw. przerywniki tworzące klimat. I prawdę mówiąc to dla mnie najbardziej atrakcyjne kawałki na tym wydawnictwie - przy czym tylko "Tenebrae II" można nazwać kawałkiem, pozostałe to głównie gadanina, jęki i krzyki. W każdym razie jeśli ktoś chce posłuchać jak brzmi melodyjny black metal, w którym kapela gratisowo używa "kościelnych organów" (najlepsze są w "Perinde Ac Cadaver") to śmiało może sięgać po "Assassine", a pozostali mogą sobie odpuścić.

Ocena: 5,5/10

wtorek, 19 października 2010

More Than A Thousand - Volume III: Mar EP (2007)



More Than A Thousand - Volume III: Mar (EP)

More Than A Thousand na myspace

Data wydania: 2007
Gatunek: post-hardcore/metalcore
Kraj: Portugalia


Tracklista:
01. The Waves Will Come
02. Arctic
03. One Wave Short Of A Shipwreck
04. The Portuguese Man Of War

W 2007 roku portugalska formacja More Than A Thousand wydała dwa albumy - LP o tytule "The Hollow", który został również oznaczony jako "Volume II", oraz epkę "Mar" oznaczoną również jako "Volume III". Postanowiłem sprawdzić "Volume III: Mar". Na całość składają się 4 utwory, których łączny czas trwania to 16 minut, czyli ani za długo, ani za krótko jak na epkę. Czego mogłem się spodziewać po tym wydawnictwie? Energicznego grania z dużą dawką melodii i wpadającymi w ucho refrenami. Na "Mar" otrzymałem dokładnie to czego się spodziewałem. Rozpoczyna się od dość spokojnie od "The Waves Will Come", w końcu sielankę przerywają gitary i ryk wokalisty. W końcu zaczyna się coś dziać. Refren jest mistrzowski, świetne pierdolnięcia, a dopiero jak muzyka trochę się uspokaja dopiero wchodzi czysty wokal. Chyba najlepszy kawałek z tej epki trafił właśnie na jej początek. "Arctic" jest dość podobny, tyle, że tutaj refren jest melodyjny i wpada w ucho już podczas pierwszego odsłuchu. Takich kawałków naprawdę przyjemnie się słucha. "One Wave Short Of A Shipwreck" jest już trochę słabszy, bo refren już tak nie wpada w ucho, a ostre partie nie miażdżą tak jak na "The Waves Will Come", ale też nie należą do nudnych. Epkę kończy utwór "The Portuguese Man Of War", który podobnie jak drugi numer na liście został wyposażony w świetny refren i gitary grające tak samo masakrująco jak w otwieraczu. Zdecydowanie epka bardzo udana, można powiedzieć, że muzyka More Than A Thousand została jakby skoncentrowana i przelana na te cztery utwory, wśród których próżno szukać wypełniacza - no można się jako tako czepiać "One Wave Short Of A Shipwreck", ale i ten po kilku odsłuchach zaskakuje.

Ocena: 7,5/10

środa, 13 października 2010

Acid Tiger - Acid Tiger (2010)



Acid Tiger - Acid Tiger

Acid Tiger na myspace

Rok wydania: 2010
Gatunek: hardcore/southern rock/experimental
Kraj: USA

Tracklista:
01. The Claw
02. Dark Hands
03. Like Thunder
04. Big Beat
05. Death Wave
06. Feel It
07. Set Sail

Debiutancki materiał młodych Amerykanów, którzy obracają się (upraszczając) w klimatach hardcore/southern rock. Ale czy faktycznie tak jest? No właśnie słuchając tego materiału miałem nieodparte wrażenie, że chłopaki bawią się też trochę w mathcorem, ale w niezbyt agresywnej wersji, dlatego wolę to określić jako experimental. To siedem niepozornych utworów łącznie trwa aż 40 minut - w tym "Death Wave" trwa aż 9 minut. Nie zawsze długość kawałka wiąże się z tym, że jest on wolniejszy od pozostałych numerów, ale przypadku "Death Wave" ta zasada jak najbardziej się potwierdza. Utwór jest wolniejszy, ale wcale nie pozbawiony energii, w ogóle dużo tutaj takiej punkowej energii podlanej southernowym sosem. Całość bardzo przyjemna w odsłuchu i są momenty, że muzyka faktycznie wpada w ucho - świetny jest "The Claw", "Feel It" i porąbany "Like Thunder". W ogóle bardzo ciekawie to wszystko wyszło. Mimo tego, jest to ewidentnie propozycja dla tych, którzy gustują w połamanym graniu, do tego brzmienie jest bardzo specyficzne - takie niby brudne, niby przytłumione. A wokal od początku do końca sprawia wrażenie mocnego przesteru.

Ocena: 7,5/10

wtorek, 12 października 2010

Celan - Halo (2009)


Celan - Halo

Celan na myspace

Data wydania: 2009
Gatunek: noise rock/experimental/industrial
Kraj: Niemcy

Tracklista:
01. Safety Recall Notice
02. A Thousand Charms
03. All this and Everything
04. One Minute
05. Sinking
06. Weigh Tag
07. Washing Machine
08. Train of Thought
09. It's Low
10. Wait and see
11. Lunchbox

Debiutancki album niemieckiej formacji, która gra...no właśnie, co? Bo wszędzie spotykałem się z tagiem "hardcore/noise rock", albo "hardcore/experimental". Uznajmy, że się nie znam, bo ja tutaj w ogóle hardcore'a nie słyszę, pewnie mi na uszy padło. Co w takim razie fundują nam panowie z Celan? Moje pierwsze skojarzenie to norweskie Shining, ale w dużo łagodniejszej wersji, chociaż nie wiem, czy nie bardziej porąbanej i chaotycznej. Tutaj niektóre kawałki nie mają w ogóle żadnej melodii - np. "Train Of Thought". Jakiś koleś sobie coś tam gada w tle, a co chwilę gadanie przerywa mu praca perkusji i oszczędna gitara, do tego cały czas jakieś piszczenie (jakby ktoś się uczył grać na trąbce?), bzyczenie, itp. Chaos i natłok dźwięków, ale niezbyt nachalny. Z drugiej strony mamy tutaj bardzo industrialne numery takie jak "One Minute", ale również wypakowane dziwnymi piskami i dźwiękami nie do końca pasującymi do kompozycji. Sam wstęp do albumu jest również industrialny, a za elementy hardcore'a można uznać niektóre partie wokalne? Ale przecież tego typu ryki są obecne również w innych gatunkach. Panowie przygotowali też co nieco dla wielbicieli ambientu - "Washing Machine". Coś tam w tle chodzi, ale to na pewno nie pralka. A na przodzie plumkanie na gitarze i od czasu do czasu delikatne uderzenia w talerze. A jakby komuś nie wystarczyło to ma jeszcze kończący album numer "Lunchbox", który trwa niemalże 13 minut i przez połowę jest to ambient, a przez drugą połowę jakiś ambient/industrial. Przyznam, że nie umiem umiejscowić ostatecznie tego kawałka. A z takich faktycznie ciekawszych kawałków to polecam "A Thousand Charms" i "One Minute". Album "Halo" jest naprawdę eksperymentalny i w żaden sposób nie da się go jednoznacznie umiejscowić. Idealna propozycja dla wielbicieli dziwactw w muzyce. Nie umiem jednoznacznie ocenić tego albumu, więc pozostaje bez oceny.

Ocena: ?/10

niedziela, 10 października 2010

Tanker - Sorrow Drives The Will EP (2010)



Tanker - Sorrow Drives The Will EP

Tanker na myspace

Data wydania: 2010
Gatunek: sludge/stoner metal
Kraj: Bośna i Hercegowina

Tracklista:
1. Sorrow drives the will 03:59
2. Nothing but the pride 09:00
3. Broken 06:30
4. Times of war 05:47
5. No place like home 05:34
6. Redeem from nothing 06:22

Pierwsze wydawnictwo tej młodej kapeli z Bośni i Hercegowiny - zresztą chyba pierwsza kapela z tego kraju jakiej posłuchałem. Większą część tej epki można posłuchać na myspace zespołu. Kapela w swojej muzyce łączy właśnie sludge ze stonerem, chociaż wokalista ewidentnie sludge'owy i może niektórych odsiać. Sama muzyka bardzo dobra, chociaż przydałaby się lepsza produkcja, z drugiej strony patrząc to taki a nie inny gatunek, więc można przymknąć oko na nieczystości i pierdzącą produkcję. Co ciekawe to 6 utworów sprawia, że mamy łącznie prawie 40 minut słuchania - toż niektóre kapele wydają LP mniej więcej tej długości. Najlepszym kawałkiem na tym wydawnictwie jest "Nothing But The Pride" - przez 3 minuty jest to niezwykle energiczny utwór ze świetnym riffem, później wchodzi solówka i numer zwalnia, trochę zaczyna walcować i do końca mamy już spokojne plumkanie na gitarze. Ale właśnie siłą tego kawałka jest zmienność nastrojów i ten świetny riff na początku. Kapela dobrze rokująca na przyszłość, oby nie zaginęła gdzieś pomiędzy innymi bandami.

Ocena: 7/10

sobota, 9 października 2010

The Showdown - Blood In The Gears (2010)

http://img709.imageshack.us/img709/9514/coversme.jpg

The Showdown - Blood In The Gears

The Showdown na myspace

Data wydania: 24.08.2010
Gatunek: metalcore/post-thrash/groove metal/southern rock
Kraj: USA

Tracklista:
01. Man Named Hell
02. Heavy Lies The Crown
03. Bring It Down
04. Take Me Home
05. Blood In The Gears
06. Dogma Enthroned
07. No Escape
08. The Crooked Path
09. Graveyard Of Empires
10. Diggin’ My Own Grave


Dwa lata po wydaniu świetnego "Back Breaker" kapela The Showdown zapowiedziała swój nowy album, którego tytuł był nieznany, natomiast band informował o tym, że wszedł do studia i nagrywa. Trzymałem kciuki, żeby wyszło z tego coś przynajmniej w połowie tak dobrego jak album z 2008 roku. W końcu kapela ujawniła tytuł albumu, który brzmiał "Blood In The Gears" i do tego dała do odsłuchu na swoim profilu myspace kawałek tytułowy. Wiedziałem, że szykuje się nie lada zniszczenie.

The Showdown to amerykańska kapela ciągle poszukująca własnego stylu. Debiutancki album był metalcore'owy, ostry i bezkompromisowy. Drugie wydawnictwo to mieszanka metalcore'a z southern rockiem - czyli ostre zwrotki i melodyjne refreny. Trzeci album to mieszanka post-thrashu z metalcorem i groove metalem. Czego można było się spodziewać po "Blood In The Gears"? Zbiórki tego wszystkiego i nagrania materiału, który wbija się do głowy już przy pierwszym odsłuchu. Tak właśnie jest z najnowszym wydawnictwem The Showdown. Nie można powiedzieć, żeby chłopaki poszli na łatwiznę i skopiowali styl z "Back Breaker", bo tego nie zrobili. "Blood In The Gears" to zupełnie inne granie, owszem są punkty styczne, ale dziwne gdyby ich nie było, skoro to mieszanka wszystkie co do tej pory grali. Album rozpoczyna dźwięk silnika, a następnie gitara, która gra w jego rytmie. Ewidentnie intro zostało włączone w ten utwór, co ciekawe w klipie, który został nakręcony do tego kawałka to intro jest jeszcze dłuższe. Sam kawałek chwytliwy i właśnie zdecydowanie łączący "Temptation Come My Way" z "Back Breaker" - refren z tego pierwszego, a zwrotki z drugiego. Najważniejsza jest tutaj dla mnie praca gitary, bardzo charakterystyczna i zdecydowanie przykuwająca uwagę. Dalej jest tylko lepiej, bo zarówno "Heavy Lies The Crown" czy "Bring It Down" to kawałki bardzo energiczne, utrzymane w szybkim tempie a pierwszy dodatkowo z groove'ującą gitarą. Później poważna zmiana, bo wchodzi southernowy klimat, tempo spada, ale jednocześnie spokojnie mogę powiedzieć, że właśnie "Take Me Home" miażdży te wcześniejsze numery. Bunton pokazuje swoje prawdziwe oblicze, teraz to on jest na pierwszym miejscu i to muzyka jest dopasowana do niego, a nie na odwrót. Utwór tytułowy to killer numer jeden i chociażbym nie wiem jak się doszukiwał to nic go na tym wydawnictwie nie przebija. Energia, świetna praca perkusji, gitary, wpadająca w ucho melodia i genialne wokale Buntona. Po prostu prawdziwy hit. Później poziom pozostaje utrzymany za sprawą "Dogma Enthroned" - refren prosty jak drut, ale wiadomo, że właśnie rzeczy proste są najbardziej chwytliwe, tutaj nie jest inaczej. Te wynurzenia się czystego wokalu wyszły na plus. "No Escape" to granie bardzo podobne do "Man Named Hell", jedyne czego tutaj nie ma to właśnie ryków silnika. Tłuczenie gitar niemalże identyczne, podobnie jak forma refrenu. Oczywiście nie oznacza to, że utwór jest słaby, wręcz przeciwnie. "The Crooked Path" i "Graveyard Of Empires" to utwory zaledwie dobre i nie wyróżniające się niczym specjalnym. Natomiast na koniec chłopaki z The Showdown zaserwowali prawdziwą bombę, która początkowo kompletnie mi nie pasowała, wręcz starałem się ją omijać. Chodzi oczywiście o utwór "Diggin' My Own Grave". Dopiero po kilku odsłuchach dotarł do mnie ten kawałek - utrzymany w klimacie ballad Maylene & The Sons Of Disaster, ale zaśpiewany z większym pazurem. I właśnie ten utwór stawiam na drugim miejscu, zaraz za tytułowym. Jak się okazuje to nie jest ostatni utwór na "Blood In The Gears", bo jest jeszcze ukryta ścieżka, której tytuł jest mi nieznany, a nawet w książeczce nie ma o nim słowa. Mam tylko takie wrażenie, że można by go wcisnąć zamiast "The Crooked Path" albo "Graveyard Of Empires". Jest po prostu lepszy, bardziej energiczny i faktycznie wpada w ucho.

Czwarty album The Showdown to utrzymanie zwyżkującej formy, która szczyt osiągnęła przy okazji albumu "Back Breaker". Niestety tak świetnego materiału nie udało się chłopakom zarejestrować, ale słychać, że się starali i w bardzo dobry sposób połączyli to co już potrafią, a raczej to co zaprezentowali na każdej ze swoich poprzednich płyt. To co przede wszystkim zasługuje tutaj na ogromny plus to praca gitar i wokal Buntona, to zdecydowanie najjaśniejsze punkty. "Blood In The Gears" to mechaniczny album, pozbawiony duszy, chociaż ciężko mi się zgodzić z twierdzeniem, że "Diggin' My Own Grave" jest sztuczny, plastikowy, czy mechaniczny. W każdym razie album nieco gorszy od "Back Breaker", ale wyprzedzający dwa pierwsze wydawnictwa. Najważniejsze to to, że nie brakuje tutaj hitów i energii. Słychać, że chłopaki wydorośleli, chociaż to już można było stwierdzić przy okazji wydawnictwa z 2008.

Ocena: 8,5/10

piątek, 8 października 2010

Sammet - Это всё ложь (2010)



Sammet - Это всё ложь

Sammet na myspace

Data wydania: 2009
Gatunek: metalcore
Kraj: Rosja

Tracklista:
01. На Цепи
02. Когда Погаснет Солнце
03. Стирая Грани
04. На Краю Мира
05. Ритм Мёртвых Сердец
06. Война
07. Яркий Свет
08. Голоса
09. Ангел
10. Выше Звёзд

Nazwa tej młodej rosyjskiej kapeli jest bardzo znacząca, bo któż nie zna nazwiska Sammet? Tymczasem okazuje się, że Rosjanie nic z Tobiasem Sammetem wspólnego nie mają. To już idzie na plus tej formacji. Zespół Sammet powstał w 2005 roku i właśnie zadebiutował powyższym albumem. Panowie proponują bardzo dobry metalcore z melodyjnymi rozwiązaniami. Język rosyjski w żadnym wypadku tutaj nie przeszkadza, bo niby w czym? Nie przeszkadza nawet czysty wokal w utworze "На Краю Мира". Całości słucha się bardzo dobrze, chociaż Rosjanie nie odkrywają żadnych nowych rejonów metalcore'a, a raczej eksplorują już dawno utarte szlaki. Nie ma tutaj też jakichś szczególnie chwytliwych kawałków, chociaż melodie gitarowe są jak najbardziej wpadające w ucho. Na plan pierwszy wysuwa się utwór "Война", w którym dodatkowo klawisze robią specyficzny klimat. Ogólnie to album naprawdę ciekawy i właśnie dzięki jezykowi nieco egzotyczny. Jeśli ktoś lubi melodyjny metalcore, ale bez czystych wokali, które bombardują z każdej strony to spokojnie może sięgnąć po debiutancki album rosyjskiej formacji Sammet.

Ocena: 7/10

Kapela nagrała klip do utworu "Curse" (niestety w języku angielskim), który nie znalazł się na albumie:
Sammet - Curse

czwartek, 7 października 2010

Cancer Bats - Hail Destroyer (2008)



Cancer Bats - Hail Destroyer

Cancer Bats na myspace

Data wydania: 2008
Gatunek: hardcore/punk/metalcore/southern rock/sludge
Kraj: Kanada


Tracklista:
01. Hail Destroyer 03:17
02. Harem Of Scorpions 02:47
03. Deathsmarch 03:36
04. Regret 02:44
05. Bastard's Waltz 03:28
06. Sorceress 02:16
07. Lucifer's Rocking Chair 04:21
08. Let It Pour 02:42
09. Smiling Politely 04:02
10. Pray For Darkness 01:30
11. PMA Till I'm DOA 03:03
12. Zed's Dead, Baby 03:50


2008 rok zaowocował drugim wydawnictwem kanadyjskiej formacji core'owej Cancer Bats. Panowie po bardzo udanym debiutanckim wydawnictwie postanowili pójść dalej, uderzyć ze zdwojoną siłą i zmiażdżyć słuchaczy energią. Albumem łączącym te elementy jest właśnie "Hail Destroyer", wydawnictwo za które trzeba uwielbiać Cancer Bats, można powiedzieć, że to ich opus magnum.

Album rozpoczyna się mocnym kopem w mordę, którym jest utwór tytułowy. Energii jaką ma wokal Liama może mu pozazdrościć niejeden wokalista - zarówno core'owy jak i metalowy. W tym kawałku wręcz miażdży konkurencję. Do tego robi to przy akompaniamencie niezbyt skomplikowanej warstwy muzycznej. Utwór zdecydowanie reprezentatywny dla całego albumu, jak i dla twórczości Cancer Bats. Opisywanie tego albumu kawałek po kawałku mija się z celem, bo każdy numer można opisać epitetami "miazga", "zniszczenie", itp. Każdy utwór znajdujący się na tym wydawnictwie to killer (mniejszy lub większy), nie ma tutaj ani jednego wypełniacza. Jednakże album zawiera kilka kompozycji zdecydowanie wybijających się - takich killerskich hiciorów. Wśród nich należy wymienić przede wszystkim "Hail Destroyer", "Deathsmarch", "Sorceress", "Zed's Dead, Baby" i "Harems Of Scorpions". To są oczywiście kawałki wybijające się czymś szczególnym spośród hiciarskiego zbioru utworów jakie znalazły się na tym albumie. I bynajmniej nie mamy tutaj do czynienia wyłącznie z szybkimi utworami, bo są również takie rodzynki jak chociażby "Deathsmarch", "Bastard's Waltz" czy "Lucifer's Rocking Chair", które to utrzymane są w wolnym tempie, ewentualnie mają jakieś krótkie szybsze momenty. Wstęp do "Deathsmarch" aż za bardzo kojarzy mi się z początkiem utworu "Song 2" kapeli Blur - głównie chodzi o pracę perkusji. Z tych wymienionych wolniejszych utworów najbardziej wybija się tak naprawdę "Lucifer's Rocking Chair", jest po prostu inny i wręcz unikalny jeśli chodzi o ten album. Można go porównać do "Darkness Lives", który znalazł się na wydawnictwie z 2010 roku. W każdym razie panowie z Cancer Bats nagrywając "Hail Destroyer" stworzyli swoje największe jak do tej pory dzieło, którego można słuchać i słuchać, a za każdym razie niszczy tak samo, jeśli nie bardziej. To co uderza w tych 12 utworach to ich prostota - nie usłyszymy tutaj jakichś skomplikowanych kompozycji, czy chociażby szalonych wybiegów gitarowych. Wszystko jest proste i zapewne dlatego tak szybko chwyta i nie chce puścić.

"Hail Destroyer" to album idealny pod każdym względem. Przemawia za tym przede wszystkim brak wypełniaczy, czy chociażby kawałków tylko dobrych. Wszystko jest tutaj niszczące i wpadające w ucho, chociażby kawałek był walcowaty jak "Lucifer's Rocking Chair", czy szybki i bezkompromisowy jak "Pray For Darkness". Każdy z muzyków nagrywając ten materiał na pewno zostawił na nim solidną dawkę energii, która udziela mi się za każdym razem kiedy słucham któregokolwiek z kawałków zawartych na tym albumie. Ilość killerów na "Hail Destroyer" jest wręcz porażająca. Jedna z najlepszych core'owych płyt ostatnich lat.

Ocena: 10/10

Cancer Bats - Bears, Mayors, Scraps & Bones (2010)



Cancer Bats - Bears, Mayors, Scraps & Bones

Cancer Bats na myspace

Data wydania: 13.04.2010
Gatunek: hardcore/punk/metalcore/southern rock/sludge
Kraj: Kanada

Tracklista:
01. Sleep This Away
02. Trust No One
03. Dead Wrong
04. Doomed To Fail
05. Black Metal Bicycle
06. We Are The Undead
07. Scared To Death
08. Darkness Lives
09. Snake Mountain
10. Make Amends
11. Fake Gold
12. Drive This Stake
13. Raised Right
14. Sabotage (Beastie Boys Сover)


W dwa lata po wydaniu hiciarskiego albumu jakim był "Hail Destroyer" kanadyjska formacja Cancer Bats wróciła z nowym materiałem. Na "Bears, Mayors, Scraps And Bones" składa się 13 utworów autorskich i cover "Sabotage" Beastie Boys. Nadzieje związane z nowym materiałem były ogromne, bo "Hail Destroyer" podniósł poprzeczkę bardzo wysoko, można powiedzieć, że jest to wręcz wydawnictwo nie do przeskoczenia.

Początkowo może się wydawać, że 14 utworów to bardzo dużo i ciężko będzie przebrnąć przez tak długi album, ale jak się okazuje całość to niecałe 45 minut mocnego grania. Kapela Cancer Bats przechodzi z albumu na album pewną metamorfozę - tym razem mamy wcielenie około sludge'owe. Można się tutaj natknąć na naprawdę walcowate utwory. Ale od początku - właśnie album rozpoczyna się od takiego sludge'owego kawałka, jest nim "Sleep This Away". Myślę, że ten wstępniak odsieje od razu wielbicieli emo zaśpiewów i tych, którzy myśleli, że Cancer Bats to formacja grająca hardcore/punk. Numer ani skoczny, ani jakoś specjalnie wapadający w ucho, ale posiadający bardzo dobry bujający rytm. Im dalej tym muzyka jest bardziej energiczna - tak jest przez utwory od "Trust No One" aż do "Scared To Death" włącznie, natomiast "Darkness Lives" to już walec. Można powiedzieć, że to taki przystanek, dzięki któremu słuchaczowi z nadmiaru energii nie wybuchnie głowa ;-) Utwór wyposażony w świetną melodię i mimo swojego ciężaru nie jest dłuższy od tych energicznych i szybkich kawałków - trwa niecałe 4 minuty. Oczywiście wśród tych sześciu kawałków dzielących otwieracz od "Darkness Lives" znajdują się killery takie jak "Dead Wrong", "We Are The Undead" (który początkowo wydawał mi się najlepszym utworem na albumie) i "Scared To Death" (świetny southernowy klimat). A po "Darkness Lives" pojawia się największy hit na tym wydawnictwie - "Snake Mountain". Ten kawałek ma w sobie tyle energii ile wszystkie wcześniejsze znajdujące się na "Bears, Mayors, Scraps And Bones" razem wzięte. Ogromne znaczenie ma tutaj niezwykła praca gitary, mocarne pitolenie, które na długo pozostaje w pamięci. Dopiero pod koniec utwór zwalnia, ale to nie ma większego wpływu na jego ocenę. Oczywiście im dalej nie oznacza w przypadku Cancer Bats, że musi być gorzej. Pod koniec nowego wydawnictwa killerów nie brakuje - "Fake Gold", lekko punkowy "Drive This Stake" czy świetnie wykonany cover "Sabotage", do którego powstał zabawny klip, na którym muzycy wchodzący w skład Cancer Bats poszukują na ulicach gości z Beastie Boys. Pod koniec albumu można też posłuchać utworu najdłuższego, ale nieco mniej walcowatego niż "Darkness Lives", jest nim "Raised Right". Może to nic nadzwyczajnego, ale znowu nieco przygasza ten nadmiar energii, która aż kipi z muzyki Cancer Bats.

Teraz trzeba to wszystko jakoś podsumować. Cancer Bats zacząłem poznawać od tego albumu, który początkowo mną wstrząsnął, a kiedy poznałem dwa poprzednie wydawnictwa tej kapeli to jakoś ten entuzjazm opadł i skierował się bardziej w kierunku "Hail Destroyer". Natomiast kiedy bardziej wsłuchałem się w "Bears, Mayors, Scraps And Bones" okazało się, że album jest genialny, chociaż faktycznie inny niż poprzednik. Kapela przeszła metamorfozę, o której pisałem na początku - nowy album zawiera pierwiastek sludge'u, albo nawet sludge'n'roll. Killerów oczywiście na tym wydawnictwie nie brakuje - z najważniejszych "Snake Mountain", "Dead Wrong", "We Are The Undead", "Scared To Death", "Fake Gold" i świetnie wykonany "Sabotage". Nie można też pominąć naprawdę bardzo dobrego sludge'owego numeru "Darkness Lives", który stawiam mniej więcej na równie z "Sleep This Way". Na nowym albumie Cancer Bats niesamowita energia spotyka się ze sludge'owym walcem.

Ocena: 8,5/10

środa, 6 października 2010

Najlepsze metalowe albumy września 2010

01. Terror - Keepers Of The Faith (hardcore)


02. Raunchy - A Discord Electric (electro/melodic metalcore)


03. Cataract - Killing The Eternal (thrash/metalcore)


04. Abigail Williams - In The Absence Of Light (melodic black metal)


05. Volbeat - Beyond Hell / Above Heaven (heavy metal/rock'n'roll)

Najlepsze metalowe albumy sierpnia 2010

01 . The Showdown - Blood In The Gears (metalcore/groove metal/southern)


02. Accept - Blood Of The Nations (heavy metal)


03. Pathfinder - Beyond The Space ~ Beyond The Time (symphonic power metal)


04. King Of Asgard - Fi'mbulvintr (viking metal)


05. Within The Ruins - Invade (melodic metalcore)

The Ancient - The Frozen Path EP (2010)



The Ancient - The Frozen Path EP

The Ancient/Winterus na myspace

Data wydania: 2010
Gatunek: melodic black metal/deathcore
Kraj: USA

Tracklista:
01. The Blasphemer
02. Repulsive Continuam
03. The Last WInter
04. Deceiver Ov Mankind
05. Solace Forever

Pierwszy materiał kapeli The Ancient, która w tym roku (zaraz po wydaniu "The Frozen Path") zmieniła nazwę na Winterus. Materiał zawiera 5 szybkich i energicznych numerów z gatunku melodic black metal, ale zagranych z core'owym zacięciem. Całość to lekko ponad 17 minut ostrego grania. Można powiedzieć, że to takie preludium do tego co zapewne usłyszymy w maju 2011, bo na ten termin kapela zapowiedziała swój pierwszy LP, który będzie owoce współpracy z LifeForce Records. W każdym razie epka "The Frozen Path" robi bardzo dobre wrażenie, można powiedzieć, że to coś w stylu nowego wydawnictwa Abigail Williams chociaż bardziej core'owego. I muszę jeszcze zaznaczyć, że nie ma żadnych klawiszy. Mocny materiał na 7/10 i oby ich pełen studyjny album był utrzymany w podobnym klimacie.

Ocena: 7/10

All Guns Blazing - Revelations (2010)



All Guns Blazing - Revelations

All Guns Blazing na myspace

Data wydania: 24.05.2010
Gatunek: progressive metalcore
Kraj: UK

Tracklista:
01. The Reaper 03:46
02. Cost Of Diligence 02:47
03. Vultures Among Men 05:02
04. Immersion 03:14
05. Tear It Down 02:41
06. Never Forgotten 05:19
07. Distorted Eminence 03:50
08. Hell's Kitchen 03:36
09. As The Priest Rips out His Eyes 04:20
10. Puzzle 02:51
11. Dirty Work 03:10

Debiutanckie wydawnictwo młodej formacji z UK. Album bardzo nierówny, przez co z początku może się podoba, bo panowie fajnie grają, natomiast kiedy usłyszałem w numerach "Hell's Kitchen" i "As The Priest Rips out His Eyes" refreny, w których wokalista fałszuje doszedłem do wniosku, że strasznie to zaniża poziom tego wyadwnictwa. Oczywiście całość nie jest jakoś szczególnie atrakcyjna, ot metalcore z elementami southernowego grania i z progresywnym zacięciem. Pozycja ewidetnie przeznaczona dla ludzi, którzy próbują zapoznać się z tym gatunkiem i błędami jakie można popełnić przy nagrywaniu takiego LP. Niestety, ale wymienione przeze mnie numery mocno dobijają się na całości, bo pozostała część jest jak najbardziej ok. Jest energia, jest agresja i typowo metalcore'owe melodie. Gdyby nie te dwa numery to dałbym nawet 7/10, a tak najwyżej mogę dać 5,5/10. Brakuje tutaj też jakichś numerów wpadających w ucho.

Ocena: 5,5/10

Stonegard - Arrows (2005)



Stonegard - Arrows

Stonegard na myspace

Rok wydania: 2005
Gatunek: stoner metal/heavy metal
Kraj: Norwegia

Tracklista:
01. Ghost Circles
02. Arrows
03. Hunter
04. At Arms Length
05. Resistance
06. The White Shaded Lie
07. Triggerfinger
08. Barricades
09. Goldbar
10. Darkest Hour


Album "Arrows" jest debiutem Stonegard - nie będę się tutaj zajmował historią tego zespołu, skupię się raczej na zawartości samej płyty. Zacznę od tego, że bardzo dobrze się go słucha - ze względu na dobry wokal, niemęczące kompozycje i często chwytliwe refreny.

Wszystko rozpoczyna instrumentalne intro nie zdradzające za bardzo klimatu w jakim obracać się będą panowie ze Stonegard na tym krążku. Po porostu "Ghost Circles" to takie sobie plumkanie. Za to tytułowy "Arrows" jest już konkretnym numerem, którego zawsze słucham z dużą przyjemnością - zaczyna się ciężko, prowadzący riff jednak przechodzi w końcu w melodyjny, a perkusja tłucze swoje. Wokal może trochę początkowo drażnić, ale z czasem idzie się przyzwyczaić - zresztą innego wokalu tutaj nie widzę, ten pasuje idealnie. Przyznam, że kupiłem ten album w ciemno - ale po wysłuchaniu tego numeru wiedziałem, że dobrze trafiłem, a kolejne kawałki tylko mnie w tym upewniły. "Hunter" jest również chwytliwym numerem, chociaż utrzymanym raczej w wolniejszym tempie. W "At Arms Lenght" jest trochę southernowej nuty, trochę stonera i odrobina heavy metalu - kawałek wolny, ale ociekający klimatem. Zdecydowanie jeden z lepszych utworów na płycie. Zmiany nastroju zdecydowanie podnoszą poziom tego numeru. "Resistance" to dobry numer, chociaż bez wielkiego polotu, ot taki do posłuchania. Za to "The White Shaded Lie" jest absolutnym killerem - nutka progresji sprawia, że aż chce się tego słuchać. Zmienność temp w tym numerze to również duży atut - kiedy trzeba zapieprzają, kiedy trzeba zwalniają. Jak na prawie 6 minutowy kawałek to jest bardzo ciekawy i nie sprawia, że w połowie chcę przeskoczyć dalej ;-) Mimo dwóch dłuższych utworów dominują tutaj krótkie formy - często mieszczące się w 3 minutach. "Triggerfinger" to bardzo zakurzony kawałek, pełen brudnych wokali, szybkiej gry i połamanych dźwięków (zwłaszcza pod koniec). Lekki i przyjemny "Coldbar" to bardziej numer southernowy - klimat, balladowy charakter i ten pazur w wokalu. Na zakończenie panowie ze Stonegard zaproponowali znowu taki stoner/southern w postaci "Darkest Hour" - wolne tempo, nieco monotonny, nie za bardzo nadaje się na zakończenie. Dużo lepszym zamykaczem by był "Coldbar".

Podsumowując - jeśli ktoś szuka fajnego albumu stoner/southern/heavy metalowego to powinien zahaczyć o "Arrows". Nie jest to nic wybitnego, ale przyjemny album do wielokrotnego słuchania.

Ocena: 8/10

Stonegard - From Dusk Till Doom (2006)



Stonegard - From Dusk Till Doom

Stonegard na myspace

Rok wydania: 2006
Gatunek: stoner metal/heavy metal
Kraj: Norwegia

Tracklista:
01. From Dusk Till Doom
02. The Last Good Page
03. Morpheon
04. Crooked Feathers
05. Helios, Cursed
06. Rescue
07. S&C
08. Blade
09. Locust


Następcą albumu "Arrows" wydanego w 2005 roku był "From Dusk Till Doom". Wielbiciele Stonegard nie musieli długo czekać, bo nowy album pojawił się już w 2006 roku, a jego reedycja miała miejsce w 2008 - dodatkowo zawierała drugą CD z niepublikowanymi wcześniej materiałami. W każdym razie album "Arrows" był bardzo dobry i dawał sporą nadzieję na to, że kapela nagra jeszcze lepszy LP, czy faktycznie tak było?

To czego nie można odmówić "From Dusk Till Doom" to przebojowość. Już pierwszy kawałek porywa i rozrywa na strzępy. Wokalnie jest dziwnie, ale do barwy Torgrima można bardzo szybko się przyzwyczaić. Utwór tytułowy po prostu miażdży i jest jednym z najjaśniejzych punktów tego wydawnictwa. Do tego muzyka zawarta na tym albumie jest dziwne lekka, chociaż nie brakuje też mieszania - dobrym przykładem jest tutaj drugi kawałek na albumie, który zaczyna się dość agresywnie, przechodzi w przebojowość, aż nagle zwalnia. Podobnego układu moża się tutaj często spodziewać. Momentami nawet zastanawiałem się, czy Stonegard na pewno grają stoner i faktycznie ciężko jest to jednoznacznie stwierdzić. Łatka stoner na pewno tutaj nie zawodzi, ale to zwykły stoner nie jest, tym bardziej nie jest to stoner/doom, chociaż zdarzają się i doomowe zagrywki gitarowe - np. w kawałku "Rescue" czy "Blade". Tyle, że energiczny wokal Torgrima w żadnym wypadku nie pasuje do stylistyki doom. W każdym razie jest jednak nieco słabiej niż na "Arrows", ale nie można panom ze Stonegard odmówić świetnie wykonanej roboty. Słychać, że mieli pomysł na swoją muzykę, chociaż jak już wspominałem najbardziej charakterystycznym elementem Stonegard był właśnie wokal Torgrima.

Niestety w 2008 roku, kiedy ich album "From Dusk Till Doom" miał swoją premierę ogólnoświatową kapela postanowiła zawiesić swoją działalność. Szkoda, bo mimo tego, że drugie wydawnictwo jest nieco słabsze od debiutu to jednak jest to bardzo solidny materiał, a kapela mogłaby zaskoczyć jeszcze niejednym dobry, albo nawet bardzo dobrym LP. Jeśli komuś podobał się album "Arrows" to spokojnie może sięgnąć również po "From Dusk Till Doom".

Ocena: 7,5/10