czwartek, 25 listopada 2010

Relacja - SNM #25 - New American Knock Out (Warszawa, Progresja) - 25.09.2009


SNM #25 - New American Knock Out (Warszawa, Progresja) - 25.09.2009

Skład koncertu:
Daath - industrial death metal z USA
Throwdown - hardcore/groove metal z USA
Unearth - metalcore z USA
Chimaira - groove metal/post-thrash z USA

Wyjechałem dość późno biorąc pod uwagę to, że bramy Progresji miały zostać otwarte o 18:00 - do tego trochę stresu z powodu korku na ulicach, ale w drodze towarzyszyło mi Unearth. W końcu przed koncertem trzeba było się trochę naładować. Na szczęście jak dotarłem do Progresji to byłem przed czasem (czyli przed 19:00). Trochę się zdziwiłem, że do wejścia była kolejka - co prawda nie taka jak na koncert Kreatora, czy Dimmu Borgir, ale jednak kolejka. Pierwsze co na mnie zrobiło pozytywne wrażenie to organizacja - plakat z koncertu za free, otwarcie głównej sali parę minut po 19, całkiem niezłe stoiska z oficjalnym merchem i nawet można było coś zjeść na miejscu. Brakowało tylko bankomatu.



Daath

Szybko zrobiłem zakupy na stoiskach, skoczyłem po piwo i oczekiwałem pierwszego występu z wypiekami na twarzy, bo pierwszy miał występować Daath. Widząc, że strojenie sprzętu dobiega końca szybko dopiłem piwo i zbliżyłem się do barierki - zwłaszcza, że Daath był jedną z trzech kapel, na które kupiłem bilet. Kilkoro ludzi obległo barierki, więc stanąłem zaraz za nimi. Krótkie "filmowe" intro i weszli muzycy Daath. Niestety nie napiszę tutaj jakie utwory zagrali, bo stałem trochę za blisko głośników i jedynie jak usłyszałem znajomą nutę to byłem w stanie rozpoznać kawałek. W każdym razie nawet nie przywiązywałem wagi do tego, żeby skupiać się na rozpoznawaniu poszczególnych utworów, bo przyszedłem się wyszaleć, a nie robić zapiski. W każdym razie Daath zniszczyli, chociaż reakcja publiki była raczej mizerna - dopiero gdzieś w połowie występu, jak Sean zaczął nawoływać, żeby ludzie z dalszej części sali trochę się zbliżyli zrobiło się trochę gęsto. Największe szaleństwo było podczas kawałka "Day Of Endless Light", jak usłyszałem znajomy rytm to aż ciężko było stać w miejscu. Najlepszy był koleś, który przez cały koncert wywijał na środku sali - pełen szacunek dla niego. W każdym razie Daath zaliczyli bardzo dobry występ - nie można na nic narzekać (poza słabą reakcją publiczności, zwłaszcza patrząc pod kątem kolejnych występów). Było oczywiście kilka jednostek takich jak ja, czyli takich, które ewidentnie znają Daath i właśnie na ich występ przyszli. W każdym razie zespół zagrał na pewno poza "Day Of Endless Night" numery takie jak "Sharpen The Blade", "The Unbinding Truth", "Waiting On The Vine" i "Silenced", pozostałych nie pamiętam. Występ zajebisty.

Throwdown

Po koncercie Daath nastąpiła standardowa przerwa, bo ze swoim sprzętem mieli wejść drudzy w kolejce tego wieczoru, czyli Throwdown. Chwilę to trwało zanim wszystko zostało ustawione i nastrojone. Ale już po jakichś 15 minutach nastąpiło zgaszenie świateł i zabrzmiały znajome rytmy "Holy Roller". Uwielbiam te wykrzykiwane hasła. I Chyba napiszę bardzo niepopularną opinię - cieszę się, że Throwdown poszli w stronę groove, bo ten zespół w tym gatunku wypada bardzo dobrze. W przerwie pomiędzy kolejnymi numerami zauważyłem, że perkusista występujący z Throwdown wydaje mi się z twarzy bardzo znajomy. Chwila namysłu skąd mógłbym go znać i w końcu mnie olśniło, przecież to były perkusista Soul Embraced, Lance Garvin. Był to dla mnie lekki szok, bo nie widziałem, żeby ten gość figurował w składzie Throwdown. W każdym razie Throwdown dał prawdziwe show. Co chwilę publika tworzyła circle pit (oczywiście dostosowany do warunków sali Progresji), gorzej było jak podłoga się trochę "zmoczyła" - co chwilę ktoś przez to lądował na ziemi, ale circle pit się raczej szybko kończył i zaczynał się moshing. Kilka razy nawet udało mi się w to wciągnąć - fajna zabawa. W związku z tym, że Throwdown znam raczej średnio to nie wymienię numerów, które grali, ale większość była krótka - także domyślam się, że były to numery z hardcore'owe. Jako taki bonus zespół zagrał jeden premierowy utwór, który znajdzie się na nadchodzącym "Deathless" (niestety nazwy nie zapamiętałem). Występ Throwdown był jeszcze jeszcze lepszy niż Daath, ale to głównie z tego powodu, że zaangażowała się w niego publiczność. Najlepsza scena miała miejsce, kiedy jeden gość z publiki zapyta Dave'a Petersa, gdzie jest jego piwo i zaproponował mu swoje. Powiedzmy, że pewnym faux pas jest proponowanie gościowi, który deklaruje się jako straight edge'owiec alkoholu. Dave na szczęście wyszedł z tego z twarzą mówiąc, że nie pije piwa i poprosił o brawa dla gościa z tłumu. Zespół zszedł żegnany gromkimi brawami i okrzykami "Throwdown" wymęczonej publiczności.

Unearth

Oczekiwanie na występ gwiazdy wieczoru (jak dla mnie), czyli Unearth trochę się przeciągnęło. Z tego co widziałem były jakieś problemy z nastrojeniem basu Johna i gitary Buzza. W związku z tym trzeba było trochę czekać widzą co chwilę wychodzących Johna i Buzza, którzy sprawdzali jak tam ze strojeniem ich sprzętu. Do tego doszły lekkie problemy z mikrofonem, ale na szczęście wszystko się udało i po jakimś czasie goście z Unearth wkroczyli na scenę. Szokiem dla mnie było to, że zaczęli wytęp od swojego największego killera, czyli "Endless", dopiero po chwili spostrzegłem się, że wkroczyli na scenę właśnie z tym utworem. Jak padły teksty "Endless FIGHT!" to dopiero spostrzegłem z czym mam do czym mam do czynienia. Po części to wina nagłośnienia, muzyka nie do końca zdradzała co to za utwór. Jak Ken zaczął swoją wokalną kwestię to wiedziałem co zaraz będzie - najbardziej wywalony w kosmos fragment muzyczny w dyskografii Unearth. Budujące napięcie bębny i rozpieprz na gitarach. Od kiedy zobaczyłem gdzieś na youtube ten numer wykonany na żywo chciałem go zobaczyć na własne oczy i w końcu się udało. Dalej wcale nie było słabiej, chociaż ja w dużej mierze wyczekiwałem kawałków z "The March" - i też je dostałem, najpierw "My Will Be Done", a później "Crow Killer" (najzajebistszy utwór z ostatniego albumu). Było też "Black Hearts Now Reigh" i niezapomniany "Zombie Autopilot". Trevor co chwila zapraszał fanów do robienia circle pit, co zaraz stawało się czynem. Ken Susi popisał się solówką zagraną gitarą trzymaną za plecami. Koncert marzenie - trochę zawiódł sprzęt, bo miałem wrażenie, że w pewnym momencie wysiadł mikrofon Trevora i John miał cały czas problemy z basem. Ale i tak był to najlepszy występ tego wieczoru!

W związku z tym, że przyszedłem na trzy zespoły (do tego doszło też maksymalne wypompowanie się z sił po tych trzech występach) po zakończeniu występu Unearth opuściłem Progresję, także jestem ciekaw jak wypadła Chimaira - fanem nie jestem, a zmuszać się do oglądania kapeli, która mi nie podchodzi nie chciałem. W każdym razie wymęczony wróciłem do domu podczas powrotu mając uśmiech na twarzy. Był to chyba najlepszy koncert w moim życiu - przede wszystkim skład kapel mi odpowiadał i jednak koncerty hardcore'owe mają przewagę nad metalowymi - jest więcej czadu i ruchu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz