środa, 24 listopada 2010

Ghost - Opus Eponymous (2010)

Ghost - Opus Eponymous
Ghost na myspace

Data wydania: 21.10.2010
Gatunek: post-rock/psychodeliczny rock
Kraj: Szwecja

Tracklista:
01. Deus Culpa 01:33
02. Con Clavi Con Dio 03:33
03. Ritual 04:28
04. Elizabeth 04:01
05. Stand By Him 03:56
06. Satan Prayer 04:38
07. Death Knell 04:36
08. Prime Mover 03:53
09. Genesis 04:03



Ghost to kapela spowita tajemnicą. Próżno szukać jakichkolwiek informacji o członkach zespołu. Wiadomo tylko, że to kapela ze Szwecji. Jest to dość świeży twór, a "Opus Eponymous" jest debiutanckim wydawnictwem tej formacji, który pojawił się na rynku za sprawą brytyjskiej wytwórni Rise Above Records.
W sieci można spotkać się z różnymi opiniami dotyczącymi tego albumu - jedni chwalą, inni gnoją - czyli nic nadzwyczajnego. Jedni porównują głos wokalisty Ghost do Kinga Diamonda, inni szukają punktów wspólnych pomiędzy Ghost a legendarnym Coven. A tymczasem band w 2011 roku wyrusza na trasę koncertową z Blood Ceremony. Ale kończąc ten wywód przejdę do zawartości tego niezwykłego albumu.

Pierwsze na co zwróciłem uwagę to okładka, która jednoznacznie kojarzy mi się z okładką filmu "Salem's Lot" z 1979 roku, ten sam motyw, podobne wykonanie. Na album składa się 7 utworów, intro w postaci kawałka "Deus Culpa" i instrumental "Genesis", daje to łącznie 35 minut muzyki. Otwieracz tworzy niesamowity klimat, "kościelne" organy potrafią sprawić, że po plecach przebiegnie dreszczyk niepewności i tutaj ma to jak najbardziej miejsce. Ale przecież to tylko intro. "Con Clavi Con Dio" to już pełnoprawny utwór, który tak jakby wprowadza w tematykę i w stylistykę tego wydawnictwa. Na początek mamy psychodeliczną muzykę, a później objawia się niezwykle delikatny głos wokalisty. W tym kawałku klimat jest najważniejszy, refren ok, ale możecie mi wierzyć lub nie, ale w kolejnych kawałkach jest zdecydowanie ciekawiej. Muzyka w pierwszym kawałku jest dość ostrawa i miesza się pomiędzy doomem i stonerem. Ciężkiego klimatu dodają chórki stylizowane na kościelne. Pierwszym killerem na albumie (i tak naprawdę rozpoczynającym niszczycielską część tego albumu) jest "Ritual". Mamy tutaj do czynienia z naprawdę dobrym numerem wyposażonym w świetną melodię i jeszcze lepszy refren. Jak się okazuje ten niezwykle miękki głos wokalisty może również przyczynić się do tworzenia fajnego klimatu grozy. Następnym killerem jest singlowy "Elizabeth", czyli nic innego jak opowieść o znanej ze swoich dziwnych upodobań Elżbiecie Batory. Tutaj ponownie klimatyczna muzyka miesza się z wpadającym w ucho refrenem - gdzieś czytałem, że ta kapela połączyła satanistycznego rocka w starym stylu z muzyką pop, i jestem w stanie się z tym zgodzić pod warunkiem, że jako pop rozumiemy te przebojowe refreny. "Stand By Him" to kontynuacja niszczycielskiej części tego albumu. Utwór utrzymany w nieco cięższym klimacie niż "Elizabeth", wyposażony również w cięższe gitary, ale czyż przy drugim odsłuchu tego albumu nie chce się zaśpiewać:

It Is The Night Of The Witch,
It Is The Night Of The Witch Tonight,
And The Vengeance Is Hers For As Long As She Stands By Him

Mi to się przytrafia za każdym razem jak słucham tego kawałka, no cóż za nośny refren. Prawdę mówiąc to chyba mój ulubiony kawałek na tym albumie...ach te klawisze. "Satan Prayer" trzyma poziom poprzedników, ale nie jest już tak nośny jak trzy poprzednie numery. Jedną rzeczą, którą muszę wyróżnić w tym kawałku są znowu te hipnotyzujące partie parapetu - coś niesamowitego, co zdarza się głównie w jakimś retro-rocku, albo w utworach z gatunku psychobilly. Ponadto ponownie bardzo dobry refren, który właśnie został obdarzony taką nieco kosmiczną aurą. "Death Kneel" to utwór ociekający mrocznym horrorem, klimat ma iście niszczący - pasowałby idealnie do jakiegoś starego filmu z Vincentem Pricem, najlepiej na podstawie prozy Edgara Allana Poe. "Prime Mover" to najszybszy kawałek na "Opus Eponymous", ale jednocześnie chyba najsłabszy. Taki trochę dopychacz, owszem ma klimat, ale co to za klimat jeśli się go porówna z bezpośrednim poprzednikiem? Żaden. Na koniec kapela zaserwowała coś dla wielbicieli instrumentalnego grania i już tutaj nie usłyszymy miękkiego głosu wokalisty. Za to możemy usłyszeć jak dziwacznie muzycy wchodzący w skład Ghost potrafią grać. Momentami jak słuchałem "Genesis" to miałem nieodparte wrażenie, że słucham jakiegoś utworu Jean-Michel Jarre'a, głównie przyczyniła się do tego melodia obecna w środku utworu. Naprawdę pokręcony instrumental dość mocno odbiegający od pozostałego materiału zawartego na tym albumie - jakiś taki kosmiczny.


Kapela-tajemnica, ciekawy image, pomysł na granie, odnośniki do starych i w niektórych kręgach kultowych kapel. Do tego wszystkiego klimat, klimat i jeszcze raz klimat. Ponadto należy dołożyć niezwykle nośne refreny, które naprawdę dodają mocy temu wydawnictwu. "Opus Eponymous" po prostu chce się słuchać, u mnie ten album robi okrążenie za okrążeniem i pewnie nie szybko mi się znudzi. A dlaczego? Bo ma to coś, jakąś magię, coś co przyciąga i nie daje się oderwać. Muzycznie jest to bardzo duży rozrzut - mamy tutaj retro-rock, psychodeliczny rock, hard rock, stoner, doom i heavy metal - wszystkiego z tego po trochu. Ocena maksymalna, bo inna być nie może.

Ocena: 10/10

I jeszcze zdjęcie kapeli:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz