czwartek, 12 listopada 2009

Ink Dot Boy - The Red Symphony (2009)



Ink Dot Boy - The Red Symphony

Ink Dot Boy na myspace

Data wydania: 2009
Gatunek: industrial metal/electro/alternative
Kraj: USA

Tracklista:
01. The Red Symphony
02. Regiment 9
03. we Are The Sick Ones
04. My Poisoned Black Rose
05. Fine Parasite
06. Acidic Ambrosia
07. The Art Seven Of Madmen

Zacznę od tego, że materiał można otrzymać za darmo na skrzynkę mailową - wystarczy poszperać po stronie myspace Ink Dot Boy i wpisać swój adres e-mail - poza samym albumem otrzymujemy zestaw tapet i bonus tracka. Nic kompletnie o tym zespole nie wiem - poza tym, że za wszystko tutaj odpowiedzialny jest jeden gość (pomagają mu bliżej nieokreślony Matti na gitarze i równie nieokreślony Vin, który odpowiedzialny jest za perkusję). Poza tym Ink Dot Boy ma naprawdę chory image - dość spokojny wygląd widnieje na okładce, pozostałe "malowania" widnieją na stronie zespołu, lub po prostu na tapetach dołączanych do albumu.

Przechodząc do samego albumu - jest to dość pomieszany industrialny metal, chociaż dużo łatwiejszy w odbiorze niż ten, który znam z wykonania Undercover Sluts. Nie da się tutaj jednoznacznie określi wokalu, czy nawet linii melodycznej - wokal jest zmienny, od szorstkiego, zwykłego, aż po nieco piszczący (np. w "Regiment 9"). Nie ma tutaj co prawda odkrywania Ameryki, ale pan Ink Dot Boy ma całkiem ciekawe pomysły na kompozycje, słychać tutaj dużo wpływów Marilyna Mansona i innych podobnie grających gości. Chociaż nie jest to tak przebojowe granie jak niektóre tego typu albumy. Jasne, że riffy są bujające, a wokal (czy ten przesterowany, czy ten tradycyjny, melodyjny) są na zadowalającym poziomie - nie ma tutaj żadnych dzikich ryków, ale też nie ma melodyjnych zaśpiewów, które w takim graniu mnie drażnią. Jest nawet trochę chorego klimaty "IVp" (wiadomo jakiego zespołu) - głównie w kawałku "My Poisoned Black Rose", który to od razu zaczął mi się kojarzyć właśnie z wspomnianym albumem, zapewne przyczyniły się do tego stała linia melodyczna (monotonna) i jęki rozkoszy pojawiające się gdzieś w okolicach końca utworu. Ale żeby nie było, że ten album to jakaś jedna wielka niewiadoma - mimo tego, że nie jest to jakiś super-przebojowe wydawnictwo nie oznacza też, że dostajemy tutaj mnóstwo łamańców, dźwięków znikąd, czy silenia się na niezwykłą oryginalność - np. poprzez nagrywanie dźwięków silnika, czy tym podobnych rzeczy. Tutaj dostajemy łatwy do przyswojenia kawał industrialno-elektroniczego grania z domieszką metalu (chociaż nie jest obecny we wszystkich kawałkach).

Podsumowując - na Ink Dot Boy trafiłem zupełnie przypadkiem i w końcu postanowiłem przesłuchać albumu, oczywiście nie żałuję. Jest to naprawdę dobre granie industrialne, które wchłonąłem naprawdę szybko i kilka z zawartych tutaj utworów naprawdę przypadło mi do gustu - np. "The Red Symphony", "Regiment 9", "My Poisoned Black Rose", czy "Acidic Ambrosia". Polecam sprawdzić to wydawnictwo, zwłaszcza, że można je otrzymać za darmo.

Ocena: 7,5/10

środa, 11 listopada 2009

Daath - Futility (2004)


Daath - Futility

Rok wydania: 2004
Gatunek: industrial death metal/experimental
Kraj: USA

Tracklista:
01. The One
02. Placenta
03. Filter
04. Child Says
05. Infestation
06. Concentrate Living
07. Blender for the Baby
08. Slow
09. Just for a Second
10. Crystasis

Przyznam, że byłem zaskoczony, że ten zespół nagrał coś przed "The Hinderers" - po prostu nie przypuszczałem, żeby ten zespół mógł mieć inny początek. Jak się jednak okazuje w roku 2004 amerykański zespół Daath (który z muzyką z USA w ogóle mi się nie kojarzy) wydał własnymi środkami album "Futility", który poniżej postaram się w kilku słowach scharakteryzować.

Ten album jest inny, mniej ułożony, bardziej dziki. Już sam otwieracz zwrócił moją uwagę - skojarzył mi się jednym z kawałków Toma Waitsa z albumu "Rain Dogs". Natomiast "Placenta" to już jakiś mocno eksperymentalny kawałek - ani do końca death, ani industrial. Dla mnie te riffy nie brzmią do końca jak death metalowe. Dalsze kawałki to ewidentne eksperymenty - po prostu słychać, że zespół na tym albumie szukał własnego stylu, który pozwoliłby im zaistnieć. To co trzeba przyznać to bardzo dobra współpraca wokalisty z perkusją - zwłaszcza w kawałku "Child Says". Zespół nawet trochę otarł się o nu-metalowe dźwięki w numerze "Blender For The Baby", ale jakbym się nie wsłuchał to bym tego pewnie nie zauważył. Ale i tak najdziwniejszym kawałkiem na tym albumie jest numer "Slow" - lekki, miękki z akustycznym brzmieniem i czystym wokalem. Brzmi to tak jakby ten numer był wrzucony tutaj z innego albumu. Zresztą podobnie brzmi "Just For A Second"...ale mniej więcej od połowy zaczyna się właściwe granie...tyle, że znowu z nu-metalową nutą. A zamykający album "Crystasis" to znowu eksperyment - brzmieniowy, kompozycyjny i raczej średnio udany.

Podsumowując ten album to jeden wielki eksperyment, który powinien przypaść do gustu głównie wielbicielom awangardy metalowej niż zagorzałym fanom industrialnego death metalu. Ewidentnie od samego początku do ostatniej sekundy "Futility" to poszukiwanie własnego stylu, pomysłu na muzykę. Słucha się tego przyjemnie, ale znając już "The Concealers" i "The Hinderers" ciężko mi się podchodzi do muzyki zawartej na "Futility". Z drugiej strony nie dziwię się osobom, które zaczęły psioczyć na ten band po tym jak wydał "The Hinderers" - z awangardy death metalowej stał się industrialnym death metalem. Dla mnie to oczywiście lepiej, ale jako awangarda death metalowa też nie wypadają źle.

Ocena: 7/10

Daath - The Hinderers (2007)


Daath - The Hinderers

Rok wydania: 2007
Gatunek: industrial detah metal
Kraj: USA

Tracklista:
01. Subterfuge
02. From The Blind
03. Cosmic Forge
04. Sightless
05. Under A Somber Sign
06. Ovum
07. Festival Mass Soulform
08. Above Lucium
09. Who Will Take The Blame
10. War Born (Tri-adverserenade)
11. Dead On The Dance Floor
12. Blessed Throught Misery
13. The Hinderers

Niby przed zapoznaniem się z “The Concealers” słyszałem “The Hinderers”, ale jak sobie go zapuściłem dzisiaj to okazało się, że kompletnie nic z niego nie pamiętam. Zapuściłem album i posłuchałem powtórnie...

Album zaczyna się naprawdę mocnym kopem, bo takim numerem jest właśnie „Subterfuge”. Początkowo bardzo przebojowe granie - żywy riff i lekka domieszka elektroniki. Ale sama kompozycja jest po prostu świetna od początku do końca - co prawda traci w pewnym momencie na przebojowości i na tempie, ale to tylko urozmaica ten numer. "From The Blind" już nie jest tak przebojowy, ale jak najbardziej szybki i pełen energii. Trzeci utwór rozpoczyna się raczej typowo industrialnie - lekka doza elektroniki i wkraczają gitary - taki jest początek "Cosmic Forge". Ciężkie szarpane riffy i melodyjna gitara wychylająca się nieśmiało zza ściany szybkich partii perkusyjnych. I oczywiście klawisze dodające niezwykłego uroku temu numerowi. Kolejne numery to znowu bardzo dobra praca perkusji, lekko oklepane, ale wciągające riffy. Industrial może nie jest tutaj na tyle wyraźny na ile można by się spodziewać - jest on po prostu użyty w formie ozdobnika. Podobnie jak symfonia została użyta na debiutanckim albumie Xerath. Czyli stanowi ważny, albo nawet bardzo ważny punkt zwłaszcza w melodiach, natomiast nie stanowi on sedna tego albumu. Chociaż może trochę odrzucać to bardziej eksperymentalne podejście do death metalu z elementami industrialu, jakie zostało zaprezentowane w numerze "Who Will Take The Blame" - tutaj duża rola elektroniki może kogoś wręcz zniechęcić do muzyki Daath, ale z drugiej strony prężne riffy powinny zadziałać odwrotnie. Podobnie może być z numerem "Dead On The Dance Floor" - nie dość, że tytuł trochę niefortunny to jeszcze dużo basów w stylu nowomodnego deathcore'owego grania. Dla mnie jeden z ciekawszych numerów na tym albumie. A wszystko zamyka raczej przyzwoity utwór tytułowy.

Jedno trzeba przyznać Daath - z maniakalną wręcz perfekcją wyważyli elementy industrialne z death metalem (ale zdecydowanie nowoczesnym, a nie łupanym oldschoolowym). Album co prawda mniej wyrazisty niż "The Concealers", ale zdecydowanie wyróżniający się z nowomodnego grania.

Ocena: 8,5/10

August Burns Red - Constellations (2009)


August Burns Red - Constellations

August Burns Red na myspace

Data wydania: 14.07.2009
Gatunek: melodic metalcore
Kraj: USA

Tracklista:
01. Thirty And Seven
02. Existence
03. Ocean Of Apathy
04. White Washed
05. Martians Trench
06. The Escape Artist
07. Indonesia
08. Paradox
09. Meridian
10. Rationalist
11. Meddler
12. Crusades


Nie wiem dlaczego, ale zawsze byłem przekonany o tym, że każdy zespół, który jest określany mianem "melodic metalcore" musi grać coś wręcz ocierającego się o emocore. Tak właśnie przez cały czas myślałem o August Burns Red. Ale przy okazji nowego albumu postanowiłem się przekonać czy moje przypuszczenia były słuszne.

Jest to trzecie wydawnictwo August Burns Red, ale z racji tego, że ich omijałem szerokim łukiem jest to pierwsze ich wydawnictwo, z którym się zapoznałem. "Thirty And Seven" to pierwszy kawałek na tym albumie. Byłem trochę zaskoczony kiedy przeszedł refren a w nim nie pojawiły się melodyjne zaśpiewy - za to muzyka jak najbardziej melodyjna, nawet bym powiedział, że momentami przypominająca melodyjną odmianę heavy metalu. Jednocześnie zespół pozostaje w kręgu metalcore'a. Gitary młócą jak trzeba, perkusja też, a wokalista zdziera gardło. W muzyce August Burns Red obecne są również elementy melodic death metalu - głównie w tych melodyjnych partiach. Oczywiście nie jest to jakieś bardzo agresywne granie, bo melodie dość zgrabnie łagodzą ostrzejsze partie - chociażby w takim "White Washed", które gdyby nie melodyjna gitara grająca w tle to mieli byśmy prawdziwy walec. A tak jest to walec, ale wpadający w ucho, ale nie tylko dzięki tej gitarze, ale również dzięki refrenowi. Do tego trzeba też dodać, że ten zespół nieco eksperymentuje z progresywnym graniem - często zmienia klimat i tempo muzyki. Dobrze to słychać w przypadku utworu "Marianas Trench", który rozpoczyna się spokojną grą na gitarze i wyłaniającymi się zza niej partiami na perkusji, żeby w końcu wpuścić nieco agresywniejszą gitarę (choć nadal melodyjną), następnie wchodzą na kolejny poziom i grają już typowy metalcore z dużym udziałem melodyjnej gitary. Podobny rozrzut stylistyczny pojawia się w przypadku utworu "Meridian", ale akurat ten przykład jest zupełnie innym, bo pod numerem 9 kryje się utwór instrumentalny. Nie skupiając na dalszym dzieleniu utworów i ocenianiu ich kolejno powiem, że ten band powinien grać progresywny metalcore, bo po prostu to im wychodzi najlepiej. Melodie są tutaj wyraźne i bardzo dobrze dobrane. Po prostu dla wielbicieli łagodniejszej wersji metalcore'a pozycja obowiązkowa.

Podsumowując po pierwszym odsłuchu tego materiału byłem pozytywnie zaskoczony. Nie trafiłem tutaj ani razu na melodyjne zaśpiewy, bo tak owych tutaj po prostu nie ma. Kawałki są różnorodne, głównie dzięki melodiom i progresywnemu podejściu. Mimo tego jest tutaj również kilka minusów - zbyt mało z tych kawałków wpada do głowy. Myślę, że chociaż melodii jest tutaj dużo i nie ma tutaj miejsca na emocore to "Constellations" nie trafi do każdego wielbiciela melodyjnego metalcore'a.

Ocena: 7,5/10

A Plea For Purging - Quick Is The Word; Steady Is The Action EP (2007)

A Plea For Purging - Quick Is The Word; Steady Is The Action 

Rok wydania: 2007
Gatunek: metalcore
Kraj: USA

Tracklista:
01. Resurrection of the Beast
02. Quick Is the Word
03. -Interlude-
04. The Betrayers
05. Mystery - Great Babylon, Mother of Prostitutes and All Abominations of Earth
06. Death Has Been Swallowed Up In Victory

Nie jest to co prawda pierwsze nagranie A Plea For Purging, ale tego pierwszego nie mam jak zdobyć, a skoro ta epka niedawno do mnie "przyszła" to postanowiłem jej czym prędzej posłuchać.

Już podczas pierwszego odsłuchu nasunęło mi się trochę wniosków. Przede wszystkim słychać, że zespół wówczas był bardzo młody i mimo tego, że miał pomysł na swoją muzykę to z jego realizacją trzeba było czekać jeszcze dwa lata - czyli do wydania albumu "Depravity". Nie powiem, że jest to materiał podobny do tego co można usłyszeć na "A Critique Of Mind And Thought", bo tak nie jest. Bardziej to jednak przypomina "Depravity" - jednak ta melodyjna gitara gra bardzo nieśmiało i jakieś takie niezbyt pasujące do danej chwili melodie. Wokaliście niczego zarzucić nie można, chociaż słychać, że stara się raczej średnio. Brawa za beatdowny - te są pierwsza klasa. Trochę połamańców pokazuje, że zespół nie chciał nagrać zwykłego metalcore'owego materiału, który po pierwszym odsłuchu trafiłby na półkę "już to słyszałem w setkach innych zespołów". Może ta epka nie jest jakimś szczytem oryginalności, ale też nie brzmi jak powielanie utartego schematu. Jednakże tak jak napisałem - rewelacji tutaj nie ma.

Ciężko się ocenia takie krótkie wydawnictwa, ale myślę, że ocena 7/10 się za "Quick Is The Word; Steady Is The Action" jak najbardziej należy. Dobry wstępniak do dalszych nagrań zespołu.

Ocena: 7/10

wtorek, 10 listopada 2009

Decadence - Chargepoint (2009)


Decadence - Chargepoint

Decadence na myspace

Data wydania: 14.10.2009
Gatunek: melodic thrash metal
Kraj: Szwecja

Tracklista:
01. Discharge
02. Silent Weapon (For A Quiet War)
03. Out Of Ashes
04. Point Of No Return
05. Strenght Of Mind
06. Fast Forward
07. Challenge
08. Be Home When I'm Gone
09. The Demons Run (instrumental - japanese bonus track)

Na czwarty w dorobku Decadence album czekałem zaciskając kciuki i co chwila wchodząc na myspace zespołu szukając informacji kiedy wreszcie będę mógł zamówić nowe wydawnictwo. Nie bardzo byłem zadowolonyu kiedy pojawiła się informacja, że "Chargepoint" dostępny jest tylko w jakimś japońskim sklepie internetowym. Na szczęście po niecałych dwóch tygodniach Kitty dała mi cynk, że w ich sklepie można już zamówić nowy album w japońskim wydaniu. Nawet chwili się nie zastanawiałem.

Jakoś w okolicach japońskiej premiery albumu zespół zaprezentował pierwszy w swojej historii profesjonalny wideoklip do utworu "Silent Weapon (For A Quiet War)", który od jakiegoś czasu był zapowiadany (pojawiały się zdjęcia z planu, itp.) Kiedy w końcu można go było zobaczyć stałem się spokojny o nowy materiał. Ale przechodząc do samego albumu - ci, którym dane było słyszeć poprzednie dokonania Decadence raczej zaskoczeni nie będą, bo zespół podażą dalej obraną na pierwszym albumie ścieżką. Ci, którzy wcześniej nie słyszeli Decadence pewnie będą cieszyć się jak dzieci - przynajmniej ja się tak cieszyłem kiedy usłyszałem pierwszy album tego szwedzkiego bandu. Album rozpoczyna się mocnym kopem w postaci "Discharge" - Kitty w najwyższej formie, Kenneth odwala kawal dobrej roboty - jedyna partia gitarowa mi się nie podoba. Na szczęście jest krótka, ale kojarzy mi się z DragonForce (ci którzy znają ten zespół pewnie bez problemu wyłapią to zagranie). Poza tym co tu można pisać? Decadence każdą swoją płytę otwierają bardzo dobrym kawałkiem, który co prawda ma przygotować słuchacza na niezły łomot z dużą dawką melodii, ale sam w sobie już jest takim właśnie łomotem. Jeszcze jeden mankament, chociaż to aż tak bardzo w muzyce Szwedów nie jest tak wyraźne - chodzi o grę perkusji i pojawiające się "stuku-puku", tutaj na szczęście robi tło dla gitar i wokalu Kitty. Drugi na liście jest "Silent Weapon (For A Quiet War)", który rozpoczyna się od naprawdę ostrej partii perkusji. Utwór znany z klipu (o czym już wspominałem) i chociaż początkowo wydawał się "spoko, można posłuchać" albo "niezły kawałek" to po kilkudziesięciu konkretnych odsłuchach uznaję go za prawdziwego killera pokroju "Corossion" czy "Red". Wokal Kitty jest lepszy niż na pierwszym kawałku, gitary może grają nieco mniej melodyjnie, ale za to ostrzej - sam kawałek też ma w sobie dużo agresji okraszonej melodią wygrywaną przez gitarę, no i uderzająca rytmicznie perkusja. "Out Of Ashes" rozpoczyna się spokojną partią gitarową, ale nie tak spokojną grą Erika - perkusja co prawda pojawia się w tle, ale tło robi nadzwyczaj dobre. Słuchając tego numeru mam przed oczami jakiś pociąg, który z każdą sekundą jedzie coraz szybciej - tak też jest z tempem tego kawałka. Początkowo dość wolny i spokojny w końcu zaczyna przyspieszać, a w pewnym momencie niemalże słyszę sunięcie po szynach - naprawdę dobra rzecz, chociaż nie do końca w stylu, do którego przyczaiła mnie ta szwedzka kapela. Zwłaszcza pod tym względem ten utwór jest ciekawy. "Point Of No Return" to drugi po "Silent Weapon (For A Quiet War)" killer - dlaczego? Bo ma wszystko to co taki kawałek posiadać powinien. Szybkie tempo, melodię wpadającą w ucho (mimo tego, że jest to nadal thrash), bardzo dobre partie gitarowe i perkusyjne, zmiany tempa, jak i i natężenia (chodzi o dozowanie agresji, czy też ostrości). No i jeden z powtarzających się tutaj motywów szczególnie zapadł mi w pamięć - na szczęście pojawia dość często podczas "Point Of No Return". Do tego należy dodać niezwykle udaną solówkę gitarową - oczywiście w wykonaniu Kennetha. Tak dla porządku wspomnę jeszcze tylko, że to najdłuższa kompozycja na tym albumie. Szybką i bardzo melodyjną gitarą rozpoczyna się kawałek "Strenght Of Mind", ale szybko traci na prędkości, kiedy wkracza wokal, ale tylko po to, żeby zaraz znowu ruszyć z kopyta - to charakterystycznych punktów twórczości Decadence. Znowu na pochwałę zasługują partie gitarowe - po prostu słychać, że Kenneth napisał dla siebie naprawdę wyborne nuty i jednocześnie pokazuje, że jest bardzo dobrym gitarzystą. Momentami aż dziw bierze, że w Decadence jest jeden gitarzysta. Chociaż co w klipie do "Silent Weapon (For A Quiet War)" widać dwóch gitarzystów - niestety o tym drugim w książeczce nie ma mowy, także przypuszczam, że to występ gościnny. Ale idąc dalej - "Fast Forward" ukrywa się pod numerem 6. I tutaj wielbiciele Decadence zaskoczeni nie będą, to już typowy utwór utrzymany w klimacie tego zespołu. Słuchając go nawet miałem wrażenie, że już kiedyś słyszałem podobny utwór w wykonaniu tego szwedzkiego zespołu. To co warto tutaj podkreślić (zresztą to się podkreśla samo) to bardzo dobre zgrywanie się wokalu Kitty z muzyką. Ten element został dopracowany wręcz do perfekcji, do tego dochodzi naprawdę dobry miks, który sprawia, że to co ma być na wierzchu jest słyszalne najwyraźniej. "Challenge" z początku przypomina trochę (a może nawet bardzo) oldschoolowy kawałek death metalowy i gdyby nie melodyjne partie gitary można by sądzić, że zespół przerzucił się na death metal. Zaraz do wokalu Kitty dołączają wtórujące okrzyki pozostałych członków zespołu. Kawałek wart odnotowania za zgrywające się ze sobą partie gitarowe i perkusyjne - tak jak napisałem, brzmi to trochę jak oldschoolowy death metal. Zresztą to jeden z moich ulubionych kawałków z tego albumu. I niestety pociąg zaczyna się powoli oddalać - to nam sugeruje nie tylko spojrzenie na tracklistę, ale również rozpoczęcie utworu "Be Home When I'm Gone", który to kawałek kończy podstawowe wydanie albumu. Zakończenie wysokiej klasy - chociaż nadal w stylu Decadence (co nie znaczy, że zespół ten gra bez klasy). Nie mamy tutaj żadnych fajerwerków, ot porządny utwór z łatwo wpadającym w ucho motywem gitarowym. Nie wiem jak będzie z innymi wydaniami, ale posiadacze japońskiego wydania będą mogli się jeszcze chwilę pocieszyć albumem, bo jako dziewiąty track został dodany bonusowy instrumental "The Demons Run". Mimo tego, że to utwór, w którym wokal się nie pojawia to został on napisany przez Kitty. I powiem, że warto zakupić japońskie wydanie. Kawałek mimo tego, że bez specjalnych łamańców, bez próby zaimponowania i pokazania - "zobaczcie jacy jesteśmy zajebiści", on po prostu niesamowicie buja. Rozpoczyna się naprawdę spokojnie, aż do momentu, w którym pojawia się ciężki riff przerywany melodyjną gitarą (pięknie to brzmi). W końcówce utwór nabiera szybkiego tempa i dają się słychać klimatyczne klawisze, które obsługuje nie kto inny jak Joakim Antman (dla przypomnienia - basista). I w ten oto sposób album się kończy...niestety.

Jak można podsumować czwarte wydawnictwo Decadence? Utrzymanie poziomu, nie zejście nawet o jeden mały stopień w dół. Po prostu słychać, że w tym zespole jeszcze nic nie pękło i mam nadzieję, że długo nic nie pęknie i dalej będą nagrywać takie właśnie albumy. Ciężko mi napisać, czy to najlepsze co nagrała ta szwedzka kapela, bo w ich dyskografii nie ma nawet najmniejszej wpadki (chociaż nie słyszałem pierwszej epki). Albumy są równe jakby komponowali je "przy linijce". Ale wracając do podsumowania "Chargepoint" - dotychczasowych fanów zadowoli, nowych na pewno przysporzy. Nie można obok tego wydawnictwa przejść obojętnie - bardzo dobre kompozycje, niezwykłe partie gitarowe i zapadające w pamięć wokale Kitty - tak to dostajemy na każdym albumie Decadence, nie inaczej jest w tym przypadku. Cóż mogę napisać, polecam i liczę na to, że promując nowy materiał Decadence nie zapomną o swoim niedalekim sąsiedzie - Polsce.

Ocena: 10/10

sobota, 7 listopada 2009

Shadow Reichenstein - Werewolf Order (2005)

Shadow Reichenstein - Werewolf Order

Rok wydania: 2005
Gatunek: horror punk/gothic rock
Kraj: USA

Tracklista:
01. Borgo Pass
02. Dracula
03. Werewolf Order
04. It's Halloween
05. Walkin' The Dead
06. Tombstone... Call From The Grave
07. Be My Victim
08. It's Too Late
09. Bela Was A Junkie
10. In Search Of Loose Dirt
11. Concrete Shoes

Shadow Reichenstein to kapela, która nawiedza mnie od jakiegoś czas na allegro - zawsze kiedy poszukiwałem jakichś albumów Misfits to pojawiał się album Teksańczyków. W końcu postanowiłem sprawdzić co takiego łączy te dwie kapele. Może okładka nie jest zbyt zachęcająca - minimalizm i prostota biją po oczach. Na szczęście tytuły utworów utrzymane w bardzo dobrym tonie horrorpunkowych kapel - miałem tylko jedną nadzieję, że nie będzie to kolejny zespół próbujący być Misfits.

wtorek, 3 listopada 2009

The Poodles - Clash Of The Elements (2009)

The Poodles - Clash Of The Elements

Data wydania: 20.05.2009
Gatunek: hard'n'heavy
Kraj: Szwecja

Tracklista:
01. Too Much Of Everything
02. Caroline
03. Like No Tomorrow
04. One Out Of Ten
05. I Rule The Night
06. Give Me A Sign
07. Sweet Enemy
08. 7 Days & 7 Nights
09. Pilot Of The Storm
10. Can’t Let You Go
11. Don't Rescue Me
12. Heart Of Gold
13. Dream To Follow
14. Wings Of Destiny


Na nowy album The Poodles trzeba było czekać dwa lata. Ale czy ktoś czekał? Ci, którzy śledzili zmiany składu w HammerFall pewnie chociaż trochę zainteresowali się co gra zespół, którego liderem jest Jakob Samuelsson. Sprawcą tego był "transfer" dotychczasowego gitarzysty The Poodles Pontusa Norgrena do formacji Oscara Dronjaka. Jego miejsce zajął Henrik Bergqvist, który jak słychać na albumie "Clash Of The Elements" sprawnie wprowadził się do zespołu i wlał w muzykę The Poodles trochę świeżej krwi, ale o tym w dalszej części.

The Poodles - Sweet Trade (2007)

The Poodles - Sweet Trade

Rok wydania: 2007
Gatunek: hard'n'heavy
Kraj: Szwecja

Tracklista:
01. Flesh and Blood
02. Streets of Fire
03. Seven Seas
04. Walk the Line
05. Thunderball
06. Reach the Sky
07. We Are One
08. Without You
09. Band of Brothers
10. Heaven's Closing In
11. Kiss Goodbye
12. Shine

Nauczony doświadczeniem, że nie należy oceniać albumu po okładce po tym jak usłyszałem, że The Poodles przymierzają się do wydania drugiego albumu oczekiwałem na kolejnego koszmarka, który by straszył stojąc na półce. Po tym jak pokazali jak będzie wyglądał front "Sweet Trade" byłem trochę zaskoczony. Z jednej strony pozytywnie z drugiej była pewna nutka niepewności, czy aby zespół po świetnym starcie nie zmieni swojego stylu. Ale nie było żadnych zmian w składzie, wkrótce pojawił się klip "Seven Seas", który promował album. Już byłem spokojniejszy o nowy materiał wydany Soulfood Music w 2007 roku.

The Poodles - Metal Will Stand Tall (2006)

The Poodles - Metal Will Stand Tall

Rok wydania: 2006
Gatunek: hard'n'heavy
Kraj: Szwecja

Tracklista:
01. Echoes of the Past
02. Metal Will Stand Tall
03. Night of Passion
04. Song for You
05. Shadows
06. Lie to Me
07. Rockstar
08. Dancing with Tears in My Eyes (Ultravox cover)
09. Don't Give Up on Love
10. Number One
11. Kingdom of Heaven
12. Crying

Jest rok 2006. Nieświadomy rychłego odkrycia The Poodles przeglądam sobie strony internetowe i trafiam na beznadziejną okładkę z zupełnie nie pasującym do niej tytułem albumu "Metal Will Stand Tall". Sprawdzam zespół na youtube, wygląda to jeszcze gorzej niż okładka płyty. Ale zaraz...coś się dzieje, muzyka chwyta w lot, a refren bez wielkiego bólu wbija się do głowy. Numer, na który trafiłem nazywał się "Metal Will Stand Tall".