poniedziałek, 20 lutego 2017

Podsumowanie miesiąca - styczeń 2017

Wow, takiego stycznia to ja się nie spodziewałem. Jasne, patrząc na listę zapowiedzi wiedziałem, że będzie nieźle, ale styczniowe premiery raczej określiłbym słowem "miazga!". Może nowości płytowych nie było zbyt wiele, ale wpadek, czy średniaków praktycznie nie było (zaledwie kilka pozycji). Zdecydowaną większość stanowiły naprawdę udane, albo wręcz świetne wydawnictwa mniej i bardziej znanych formacji. A najlepsze jest to, że było naprawdę różnorodnie gatunkowo, co zresztą widać po moim podsumowaniu. Jestem pewien, że każdy znajdzie coś dla siebie.


(thrash metal)

Ależ mnie "Gods Of Violence" nie interesował przed premierą. Ale z drugiej strony wierzyłem, że kto jak kto, ale panowie z Kreatora na pewno nie dadzą plamy. W końcu jest to jedna z tych formacji, która od baaardzo dawna nie zawodzi. Owszem, mogą się pojawiać jakieś lekkie spadki formy (patrz "Hordes of Chaos"), ale są one niczym w porównaniu z gniotami, które potrafiły zaserwować inne thrashowe grupy będące aktywne na scenie tyle czasu co Kreator. Zaraz po premierze "Gods Of Violence" naczytałem się skrajnie różnych opinii o tym wydawnictwie i w końcu sam musiałem się przekonać, do którego obozu należę...a może do żadnego? Odpowiedź przyszła już przy pierwszym odsłuchu. Zdecydowanie można mnie zaliczyć do fanów tej grupy, którzy wychwalają "Gods Of Violence". To po prostu kolejny świetny album Kreatora, na którym Kreator gra jak Kreator i ciężko go pomylić z jakąkolwiek inną thrashową kapelą. Dla mnie jest to totalna thrashowa bomba i co prawda dopiero jest styczeń, ale już widzę ten album na szczycie rocznego podsumowania thrash metalu. I jedynie okładka podstawowej wersji "Gods Of Violence" wypada tragicznie słabo, dlatego powyżej możecie zobaczyć dużo lepszą grafikę zdobiącą wydanie amerykańskie.

(groove metal)

Zawsze zlewałem Sepulturę, zresztą podobnie miałem z Soulfly i tym drugim zacząłem poświęcać więcej uwagi (tak z przekory), kiedy poziom ich wydawnictw zaczął mocno spadać. Do "Machine Messiah" niespecjalnie mi się spieszyło, głównie dlatego, że Sepultura w mojej głowie jawiła się jako kapela grająca nie tylko prostą muzykę, ale wręcz prostacką. Oczywiście już przy pierwszym odsłuchu "Machine Messiah" to wrażenie szybko gdzieś czmychnęło. Na najnowszym wydawnictwie podoba mi się praktycznie wszystko. Jednak najbardziej zaskoczyła mnie progresywna strona tego albumu. Kilka dni temu będąc na koncercie Sepultury podsłuchałem rozmowę dwóch fanów, którzy mówili, że to nie jest ta sama kapela, że widać ogromną przepaść pomiędzy nowym materiałem, a ich starymi wydawnictwami. Owszem słychać od razu, tyle, że jest to materiał dużo ciekawszy, bardziej różnorodny niż te starsze. I jak słychać Sepultura tylko zyskuje na tym, że od kilku lat w jej składzie nie ma żadnego muzyka o nazwisku Cavalera - być może to kontrowersyjne, ale prawdziwe.

(death metal)

Deserted Fear to jedna z tych kapel, które od jakiegoś czasu chciałem poznać. Szczęśliwie okazało się, że akurat w styczniu swoją premierę miał ich trzeci studyjny album. Traf chciał, że "Dead Shores Rising" to jednocześnie najniżej oceniany materiał (na RYM) tej niemieckiej formacji parającej się graniem death metalu. Jednak kompletnie mi to nie przeszkadzało cieszyć się zawartością tego wydawnictwa. Muzycy może nie odkrywają Ameryki na "Dead Shores Rising", ale dobrze się bawią grając dudniący i niezwykle przyjemny dla moich uszu death metal. Najważniejszym aspektem tego wydawnictwa jest fakt, że ten album szybko zaskakuje i zachęca do wielokrotnych odsłuchów. Ze swojej strony na pewno będę chciał sprawdzić wcześniejsze wydawnictwa Deserted Fear, skoro są wyżej oceniane przez fanów tej formacji. 

(atmospheric black metal/post-black metal)

Ten album mnie prześladował od dość dawna. Chyba wszystkie francuskie kapele, które śledzę na facebooku polecały to wydawnictwo. W końcu się przełamałem i postanowiłem sprawdzić, co takiego niezwykłe kryje za sobą debiutancki album Au Champ des Morts? Okazuje się, że jest to niezwykle przyjemny atmospheric black metal/post-black metal. Muzykę zawartą na "Dans La Joie" mógłbym porównać do mieszanki debiutanckiego albumu Les Discrets i płyty "Aokigahara" szwajcarskiej grupy Harakiri For The Sky oraz starszych wydawnictw Alcest. Wielbiciele twórczości Der Weg Einer Freiheit również powinni być zadowoleni z zawartości pierwszego albumu francuskiej grupy Au Champ des Morts. "Dans La Joie" to materiał niezwykle wciągający i osnuty niesamowitym klimatem.

(thrash metal/mdm)

Album "Undergrounder" to jedno z największych zaskoczeń wśród styczniowych premier. Szwedzka formacja Decadence ku mojemu rozgoryczeniu zakończyła swoją działalność w 2012 roku po wydaniu czterech świetnych albumów utrzymanych w klimacie melodic thrash metalu wzbogaconego o elementy mdm. Dość nieoczekiwanie zespół reaktywował się w grudniu 2016 roku i od razu zapowiedział nowy materiał, który miał się pojawić jeszcze w styczniu. Finalnie "Undergrounder" rzutem na taśmę trafił w całości na youtube 30 stycznia, a 20 lutego zasilił bibliotekę spotify. Jeżeli nie mieliście do tej pory do czynienia z twórczością tej szwedzkiej formacji, to na "Undergrounder" czeka Was szybka i pełna energii thrashowa jazda bez trzymanki. Miałem pewne obawy odnośnie formy wokalnej Kitty Saric, ale zawartość nowego albumu szybko je rozwiała. Świetnie wypada również Kenneth Lanz, który odpowiada za wszystkie instrumenty poza perkusją (w tym aspekcie kapelę wsparł Lawrence Dinamarca [Loch Vostok]). Pozostaje mi liczyć na to, że "Undergrounder" nie jest jednorazowym wyskokiem i Decadence będą kontynuować karierę i jeszcze nie raz zaskoczą swoich fanów równie energetyczną petardą, jaką jest bez wątpienia "Undergrounder".

(heavy metal)

Na szczęście nie trzeba było długo czekać na drugi cios od Nocnego Kochanka. W listopadzie 2015 roku na rynek trafił album "Hewi Metal", który swoją popularnością zapewne zaskoczył samych muzyków. Ale ci postanowili "kuć Metal póki gorący" i niespełna 1,5 roku później zaserwowali nowy materiał. Nocny Kochanek to humorystyczne wcielenie grupy Night Mistress, które już świeci dużo jaśniej niż główny projekt. Na koncerty Nocnego Kochanka walą tłumy, płyty sprzedają się jak ciepłe bułeczki, więc nikt nie powinien się dziwić, że projekt Night Mistress poszedł jak na razie w odstawkę. Przy okazji "Zdrajców Metalu" przed kapelą stanęło bardzo trudne zadanie. W końcu debiut był z jednej strony zaskakujący, wypełniony po brzegi prześmiewczymi przebojami podanymi w heavy metalowej stylistyce. A z drugiej był ciosem w ultra-poważnych wielbicieli heavy metalu, którzy na dźwięk kawałków Nocnego Kochanka zgrzytali zębami i do tej nie mogą pogodzić się z poczuciem humoru w heavy metalu. I słysząc pojedyncze kawałki, które miały trafić na "Zdrajców Metalu" nie byłem dobrej myśli. Brakowało w nich jakiegoś pierwiastka, którego w nadmiarze było na numerach zawartych na "Hewi Metal". Jednak kiedy już zasiadłem do słuchania nowego albumu Nocnego Kochanka to szybko zaskoczył, a premierowe kawałki okazały się mieć niemal taką samą siłę rażenia, jak te, które znalazły się na poprzedniej płycie. "Zdrajcy Metalu" to znowu album wypełniony humorem ubranym w heavy metalowe łachmany, teksty momentalnie ładują się z buciorami do głowy i już przy drugim odsłuchu można wtórować Krzyśkowi...no przynajmniej w refrenach. Tak trzymać panowie, oby trzeci album był przynajmniej tak dobry jak "Zdrajcy Metalu", albo i lepszy.

(alternative rock)

W 2015 roku były wokalista Gallows, czyli Frank Carter połączył siły z kilkoma kumplami i założył Frank Carter & The Rattlesnakes. Nie trzeba było długo czekać na pełen wściekłości debiutancki album, który został zatytułowany "Blossom". Ten ostry materiał, który kończył się niezapomnianym kawałkiem "I Hate You" szybko znalazł szerokie grono odbiorców. Jednak "Modern Ruin" to zupełnie inne wydawnictwo. Nie ma tutaj takiej dawki agresji, muzycznie oraz wokalnie jest zdecydowanie łagodniej. A jednak ten album ma w sobie jakąś niesamowitą energię, której Frankowi mogą pozazdrościć inni muzycy. Carter zaryzykował rezygnując z core'owych klimatów i jak dla mnie świetnie na tym wyszedł. Okazuje się, że wcale nie trzeba zdzierać gardła, żeby nagrać świetny album. "Modern Ruin" to po prostu bardzo udany rockowy materiał wypełniony szybko wpadającymi w ucho przebojami, których na pewno nie usłyszycie w radio.

(atmospheric black metal)

Twórczość The Great Old Ones poznałem w najlepszy z możliwych sposobów, czyli będąc na ich koncercie. Szybko zainteresowałem się albumem "Tekeli-Li", gdzie kapela w udany sposób łączyła atmospheric black metal ze sludgem. "EOD: A Tale of Dark Legacy" to już trzecie studyjne wydawnictwo tej francuskiej kapeli, która w swoich tekstach krąży wokół mackowatej prozy H.P. Lovecrafta. I przy okazji najnowszego materiału zaskoczenia nie było, bo grupa utrzymała poziom świetnego "Tekeli-Li". Zasadniczą różnicą jest zawartość sludge'u - na "EOD: A Tale of Dark Legacy" jego obecność można liczyć w promilach. Ale akurat to wyszło kapeli na dobre, bo skupienie się na samym black metalu w przypadku mitologii Cthulhu to zdecydowanie dobry krok. Chociaż nadal uważam, że w tej tematyce najlepiej sprawdza się gothic metalowa grupa The Vision Bleak, jednak black metalowcy z The Great Old Ones stoją niemalże za ich plecami.

(symphonic deathcore/metalcore)

Betraying The Martyrs to młoda kapela, ale już posiadająca pewną historię wydawnictw. Francuscy deathcore'owcy bardzo udanie debiutowali "Breathe In Life" w 2011 roku, ale ich drugi materiał...pozostał wiele do życzenia. Byłem tak rozgoryczony zawartością "Phantom", że album trafił do zestawienia największych rozczarowań 2014 roku. I o coverze disney'owskiej pioseneczki "Let It Go" w ogóle lepiej nie wspominać. W związku z tym "The Resilient" kompletnie mnie nie obszedł, sięgnąłem po niego od niechcenia i okazało się, że w Betraying The Martyrs jeszcze drzemie jakaś siła. Na nowym materiale znowu dostajemy mieszane wokale - core'owe ryki i melodyjne zaśpiewy. Jednak są to proporcje zdecydowanie wychylone w kierunku agresywnych partii. Muzyka to nadal mieszanka deathcore'a i metalcore'a, a wszystko to jest wsparte symfonicznymi wstawkami. "The Resilient" na pewno nie przebija świetnego i nadal świeżego "Breathe In Life", ale jest o wiele lepszym wydawnictwem niż słabe "Phantom". I zdecydowanie jest to kierunek muzyczny, w którym Betraying The Martyrs powinni podążać.

(deathcore)

Lubicie dobry deathcore? To na pewno najnowszy materiał Boris The Blade wpadanie Wam w ucho. "Warpath" to drugie studyjne wydawnictwo tej australijskiej kapeli. Po tym jak Suicide Silence ogłosili swój nowy album zatytułowany "Suicide Silence" akcje całego deathcore'a mocno poleciały w dół (przepraszam, musiałem). Na szczęście Boris The Blade wraz ze swoim nowym wydawnictwem udowadniają, że deathcore wbrew spekulacjom giełdowym ma się bardzo dobrze i wcale nie jest tak, że jedynym ratunkiem dla tego gatunku jest wciskanie do niego na siłę czystych partii wokalnych. "Warpath" świetnie daje sobie radę bez tego zabiegu. Jest ciężar, nie brakuje dobrego pierdolnięcia, ale grupa też nie stroni od dobrych melodii, które jednak stoją w cieniu agresywnego grania.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza