Zapraszam na kolejny zbiorczy odcinek "Drogi do podsumowania 2021". Znajdziecie tutaj kolejnych pięć ciekawych albumów, które miały swoją premierę w mijającym roku. Jak zawsze poza krótką notką odnośnie danego wydawnictwa znajdziecie również jeden klip oraz link do każdego z albumów na Spotify.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą post-hardcore. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą post-hardcore. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 8 listopada 2021
niedziela, 29 stycznia 2017
Podsumowanie 2016 - hardcore/metalcore/deathcore
W core'owym graniu rok 2016 był świetny. Zresztą nie pamiętam, żeby w poprzednich latach było inaczej. Zawsze bez problemu udaje mi się znaleźć masę albumów z core'owych gatunków, którymi zasłuchuję się przez okrągły rok. W 2016 sporo znanych kapel uderzało z nowymi materiałami, naprawdę było w czym przebierać. Kontynuowana była tendencja łagodzenia brzmienia kolejnych deatchore'owych grup i z tego co widzę, to na 2017 szykuje się kolejna fala (np. Suicide Silence). W ubiegłym roku obok całej masy naprawdę dobrych wydawnictw nie zabrakło też tych słabych, a najgorsze jest to, że przytrafiały się one również doświadczonym ekipom (chociażby Chelsea Grin i Upon A Burning Body, ale o tym możecie przeczytać w rozczarowaniach). Na szczęście w 2016 te lepsze wydawnictwa zdominowały te gorsze, więc ponarzekać sobie można, ale lepiej machnąć ręką i zagłębić się w zawartość tych udanych płyt.
środa, 23 marca 2016
Vampires Everywhere! - Ritual (2016)
Vampires Everywhere! - Ritual
Data wydania: 18.03.2016
Gatunek: post-hardcore/industrial rock
Kraj: USA
Tracklista:
01. Intro
02. Black Betty
03. Perfect Lie
04. Interlude
05. The Ghost Inside My Head
06. Take Me To Church (feat. Alex Koehler)
07. The Demon Inside Me
08. Violent World
09. 9 Lives
10. American Nightmare
11. Truth In You
Vampires Everywhere! to tak naprawdę projekt jednego muzyka, a konkretnie wokalisty Michaela Vampire, który jako jedyny działa w tej kapeli od 2009 roku. Formacja z początku grała post-hardcore, natomiast album "Hellbound and Heartless" to mieszanka post-hardcore'u z industrialnym rockiem. 10 listopada 2013 roku, czyli zaledwie rok po wydaniu tego materiału kapela zawiesiła swoją działalność, a Michael przemianował ją na The Killing Light. Ale formacja nie istniała zbyt długo i wydała tylko epkę "The Killing Light". Na początku 2015 roku ponownie do żywych wrócił projekt Vampires Everywhere! i niedługo później zapowiedziany został nowy album, którego tytuł miał brzmieć "Ritual".
piątek, 29 stycznia 2016
Podsumowanie 2015 - hardcore/metalcore/deathcore
W core'owych gatunkach jak zwykle było zatrzęsienie nowości i było w czym wybierać. Nowe materiały prezentowały zarówno te znane i lubiane formacje, jak i te mniej znane, ale też te mniej lubiane. Nie brakowało też debiutantów. W 2015 roku zauważyłem pewną tendencję, część kapel deathcore'owych zaczyna wyhamowywać i łagodzą stylistykę, a jakiej się poruszają. Przykładem mogą być nowe wydawnictwa Thy Art Is Murder, Make Them Suffer czy Veil Of Maya. Nie wszystkie wydawnictwa też nie były tak dobre, jakbym się spodziewał i tutaj lista mogłaby być baaardzo długa, ale ograniczę ją do kilku pozycji: Terror, Reflections i Buried In Verona. Oczywiście to kapele, których nie wymieniłem w największych rozczarowaniach. Ale to nie czas na narzekanie, a raczej na chwalenie, więc przejdźmy do sedna.
piątek, 30 stycznia 2015
Podsumowanie 2014 - hardcore/metalcore/deathcore
Core'owe podsumowanie to zdecydowanie moje ulubione zestawienie. Patrząc na całą listę core'owych albumów, których słuchałem w 2014 roku mógłbym ułożyć bez żadnych problemów top 50, albo z lekkimi problemami top 100. Ale staram się ograniczać jak tylko mogę, więc poprzestałem na trzydziestce wydawnictw, które zrobiły na mnie największe wrażenie. Niektórych z tym albumów słucham nałogowo, inne po zdarciu płyty odeszły na jakiś czas zebrać trochę kurzu na półce, ale na pewno nie znalazły się tu wydawnictwa tzw. jednorazowego użytku. Jedno mam tylko spostrzeżenie dotyczące core'owej muzyki w 2014 roku - te gatunki nie umierają i ich żywot nie chyli się nawet ku końcowi, one się rozwijają, mutują, ewoluują w różnych kierunkach i stają się coraz lepsze.
poniedziałek, 27 stycznia 2014
Podsumowanie 2013 - hardcore/metalcore/deathcore
Jak co roku nowości płytowych w core'owych gatunkach było prawdziwe zatrzęsienie. Aż ciężko mi było wybrać 30 najlepszych albumów, mógłbym ich wyróżnić zdecydowanie więcej. Jednak postanowiłem się ograniczyć, podobnie jak to miało miejsce w 2012 roku, tylko do 30 pozycji. W ubiegłym roku nie zabrakło świetnych powrotów, "testów drugiej płyty", czy po prostu rewelacyjnych debiutów. Hardcore, metalcore i deathcore ciągle się rozwijają, powstają nowe obiecujące kapele, starsze zaskakują jak nigdy i liczę na to, że 2014 rok będzie równie owocny w nowości płytowe w core'owych gatunkach, jak to było w 2013.
sobota, 14 września 2013
Motionless In White - Infamous (2012)
Motionless In White - Infamous
Data wydania: 13.11.2012
Gatunek: metalcore/post-hardcore/industrial gothic rock
Kraj: USA
Tacklista:
01. Black Damask (The Fog)
02. Devil's Night
03. A-M-E-R-I-C-A (gościnnie Michael Vampire of Vampires Everywhere)
04. Burned at Both Ends
05. The Divine Infection
06. Puppets 2 (The Rain) (gościnnie Bjorn Strid z Soilwork)
07. Sinematic
08. If It's Dead, We'll Kill It (gościnnie Brandan Schieppati z Bleeding Through)
09. Synthetic Love
10. Hatefuck
11. Underdog
12. Infamous
Czasami przypadkiem trafiam na kapelę, której muzyka momentalnie wpada mi w ucho...a później sprawdzam co to za grupa. Kiedy spojrzałem na zdjęcie składu Motionless In White to zastanawiałem się, czy upodabnianie się muzyków do Marilyna Mansona to przypadek? W każdym razie Motionless In White należy do tych kapel, które gdybym najpierw zobaczył to pewnie bym nigdy nie posłuchał (podobnie jest z Vampires Everywhere!). Na szczęście kolejność poznawania tej formacji była inna - najpierw posłuchałem, a później zobaczyłem. Chociaż staram się kierować zasadą - nie oceniaj wyglądu kapeli, tylko muzykę. "Infamous" to drugie pełne studyjne wydawnictwo tej amerykańskiej kapeli.
wtorek, 15 stycznia 2013
Podsumowanie 2012 - hardcore/metalcore/deathcore
Wreszcie moje koronne zestawienie - czyli wszystko co core'owe. Ten rok był świetny w gatunkach hardcore/metalcore/deathcore. Mimo tego, że na początku 2012 roku zawiesiła swoją działalność jedna z moich ulubionych metalcore'owych formacji - A Plea For Purging. Ogromna szkoda, ale trzeba podsumować ubiegły rok. Zdecydowałem się zrobić zestawienie obejmujące 30 albumów z wymienionych wcześniej gatunków. Są tutaj zarówno niesamowite debiuty, jak i niezwykle udane albumy kapel, które do tej pory utrzymywały się raczej na średniej półce. Oczywiście w robieniu tego zestawienia starałem się kierować jedną zasadą - czego najbardziej lubiłem słuchać w minionym roku?
BTW warto zwrócić uwagę na to, że dwa pierwsze albumy z zestawienia łączy główny motyw okładki.
wtorek, 31 stycznia 2012
Podsumowanie 2011 - hardcore/metalcore
Czas najwyższy na podsumowanie najważniejszej dla mnie mieszanki muzycznej - czyli metalcore/hardcore, albo hardcore/metalcore jeśli ktoś woli. Zdecydowana większość albumów, których słuchałem w 2011 roku obracała się właśnie w wymienionych wcześniej gatunkach. Nie zawsze były to typowe metalcore'owe wydawnictwa - część z nich to różnorakie połączenia metalu z hardcorem. W każdym razie ubiegły rok obfitował w naprawdę interesujące pozycje, które dotyczyły mariażu hardcore'a z metalem.
czwartek, 10 lutego 2011
A Day To Remember - What Separates Me From You (2010)
A Day To Remember - What Separates Me From You
A Day To Remember na myspace
Data wydania: 16.11.2010
Gatunek: post-hardcore/pop punk
Kraj: USA
Tracklista:
01. Sticks & Bricks
02. All I Want
03. It's Complicated
04. This Is The House That Doubt Built
05. 2nd Sucks
06. Better Off This Way
07. All Signs Point To Lauderdale
08. You Be Tails, I'll Be Sonic
09. Out Of Time
10. If I Leave
Skład:
Jeremy McKinnon — wokal
Kevin Skaff — gitara, drugi wokal, fortepian
Neil Westfall — gitara
Joshua Woodard — gitara basowa
Alex Shelnutt — perkusja
A Day To Remember na myspace
Data wydania: 16.11.2010
Gatunek: post-hardcore/pop punk
Kraj: USA
Tracklista:
01. Sticks & Bricks
02. All I Want
03. It's Complicated
04. This Is The House That Doubt Built
05. 2nd Sucks
06. Better Off This Way
07. All Signs Point To Lauderdale
08. You Be Tails, I'll Be Sonic
09. Out Of Time
10. If I Leave
Skład:
Jeremy McKinnon — wokal
Kevin Skaff — gitara, drugi wokal, fortepian
Neil Westfall — gitara
Joshua Woodard — gitara basowa
Alex Shelnutt — perkusja
A Day To Remember poznałem stosunkowo niedawno, bo dopiero przy okazji albumu "Homesick" wydanego w 2009 roku. Kapela powstała w 2003 roku i gra w klimatach post-hardcore/pop punk - czyli to czego można się spodziewać po albumach tej formacji to mieszanki ostrego grania (momentami metalcore'a), ale też wpadających w ucho, przebojowych numerów, które doskonale nadają się do puszczania w audycjach radiowych. Na "What Separates Me From You" nie jest inaczej - prawdziwy przekrój tego, jak można łączyć ostre core'owe granie z melodyjnym i lekkim pop punkiem.
sobota, 15 stycznia 2011
Najlepsze albumy core'owe 2010
Core'owe granie to od jakiegoś czasu mój konik, z tego też powodu w ciągu roku staram się zapoznać z jak największą liczbą albumów i z tego szarego często tłumu wyciągnąć te wydawnictwa, które wprowadzają coś nowego, albo po prostu wybijają się na tle reszty. Oczywiście największą próbą core'owego albumu jest próba czasu - jeśli po takie nagranie sięgam nawet po pół roku i słucham go z dużą przyjemnością to znaczy, że coś w tym jest. Takie kryterium też w dużej mierze brałem pod uwagę w ustalaniu top 25 roku 2010. Ponadto brałem też pod uwagę to, jak nowe wydawnictwa wypadły względem wcześniejszych danej kapeli ( o ile nie są to debiutanci). Kilka rozczarowań było w 2010 roku, ale z największych mogę wymienić tylko Bring Me The Horizon i As I Lay Dying, bo co prawda Bleeding Through też nagrali niespecjalny album, ale na tle tych dwóch wypadł nieźle. A oto mój top 25 albumów core'owych, które swoją premierę miały w roku 2010:
Tagi:
2010,
alternative metal,
deathcore,
groove metal,
groovecore,
hardcore,
mathcore,
melodic metalcore,
metalcore,
nu-metal,
post-hardcore,
southern rock,
top2010
wtorek, 19 października 2010
More Than A Thousand - Volume III: Mar EP (2007)
More Than A Thousand - Volume III: Mar (EP)
More Than A Thousand na myspace
Data wydania: 2007
Gatunek: post-hardcore/metalcore
Kraj: Portugalia
Tracklista:
01. The Waves Will Come
02. Arctic
03. One Wave Short Of A Shipwreck
04. The Portuguese Man Of War
W 2007 roku portugalska formacja More Than A Thousand wydała dwa albumy - LP o tytule "The Hollow", który został również oznaczony jako "Volume II", oraz epkę "Mar" oznaczoną również jako "Volume III". Postanowiłem sprawdzić "Volume III: Mar". Na całość składają się 4 utwory, których łączny czas trwania to 16 minut, czyli ani za długo, ani za krótko jak na epkę. Czego mogłem się spodziewać po tym wydawnictwie? Energicznego grania z dużą dawką melodii i wpadającymi w ucho refrenami. Na "Mar" otrzymałem dokładnie to czego się spodziewałem. Rozpoczyna się od dość spokojnie od "The Waves Will Come", w końcu sielankę przerywają gitary i ryk wokalisty. W końcu zaczyna się coś dziać. Refren jest mistrzowski, świetne pierdolnięcia, a dopiero jak muzyka trochę się uspokaja dopiero wchodzi czysty wokal. Chyba najlepszy kawałek z tej epki trafił właśnie na jej początek. "Arctic" jest dość podobny, tyle, że tutaj refren jest melodyjny i wpada w ucho już podczas pierwszego odsłuchu. Takich kawałków naprawdę przyjemnie się słucha. "One Wave Short Of A Shipwreck" jest już trochę słabszy, bo refren już tak nie wpada w ucho, a ostre partie nie miażdżą tak jak na "The Waves Will Come", ale też nie należą do nudnych. Epkę kończy utwór "The Portuguese Man Of War", który podobnie jak drugi numer na liście został wyposażony w świetny refren i gitary grające tak samo masakrująco jak w otwieraczu. Zdecydowanie epka bardzo udana, można powiedzieć, że muzyka More Than A Thousand została jakby skoncentrowana i przelana na te cztery utwory, wśród których próżno szukać wypełniacza - no można się jako tako czepiać "One Wave Short Of A Shipwreck", ale i ten po kilku odsłuchach zaskakuje.
Ocena: 7,5/10
czwartek, 12 sierpnia 2010
Eyes Set To Kill - Broken Frames (2010)
Eyes Set To Kill - Broken Frames
Eyes Set To Kill na myspace
Data wydania: 08.06.2010
Gatunek: melodic metalcore/post-hardcore
Kraj: USA
Tracklista:
01. All You Ever Knew
02. Broken Frames
03. The Listening
04. Ticking Bombs
05. Play The Part
06. Falling Fast
07. Catch Your Breath
08. Ryan
09. Inside The Eye
10. Two Letter Sins
11. Escape
12. Let Me In (Bonus Track)
Trzecie studyjne wydawnictwo Eyes Set To Kill zostało wydane 8 czerwca, jest to jednocześnie pierwszy album z nowym wokalistą - na dwóch poprzednich wokalami zajmował się Brandon Anderson na zmianę z Alexią Rodriguez, która stanowiła trzon partii wokalnych. Nie inaczej jest na nowym albumie - Cisko (nowy wokalista) stanowi tylko dodatek do Alexii. Kapela gra metalcore dla mięczaków - czyli partii z czystym wokalem mamy więcej niż ryków, kawałki są bardziej melodyjne niż rozpierdalające - w ogóle tych drugich zdaje się nie ma na tym nowym wydawnictwie. Nie bardzo rozumiem tutaj takich utworów jak "Ticking Bombs" ani to post-hardcore, ani melodyjny metalcore. Przyznam, że mnie ten album denerwuje. Melodyjne granie znoszę bez problemu, ale nie rozumiem jednego - dlaczego zawsze jak w kawałku szykuje się pierdolnięcie, to na wokal wchodzi Alexia i jest słodko jak w jakimś girlsbandzie. I tak całe szczęście, że nie ma tutaj kawałków pokroju takiego "Deadly Weapons". Tak w ogóle to wydaje mi się, że poprzedni wokalista miał większą siłę przebicia niż Cisko, ale to może kwestia tego, że jest nowy. W każdym razie album dla mięczaków, wielbicieli kobiecych wokali, duetów i słabego pseudo-core'owego grania. No niestety, ale ładne siostry wchodzące w skład tej kapeli nie uratują tego albumu.
Poniżej klip promujący nowe wydawnictwo:
Eyes Set To Kill - Broken Frames
Ocena: 3/10
wtorek, 22 czerwca 2010
Duck Duck Goose - Off Yourself (2010)
Duck Duck Goose - Off Yourself
Duck Duck Goose na myspace
Data wydania: 20.04.2010
Gatunek: post-hardcore/experimental
Kraj: USA
Tracklista:
1. Documenting disappointment
2. Shit storm
3. Hellevator
4. I came, come
5. Cosmic Kidd nappers
6. Dirt freaks
7. Fire trucks on fire
8. Pollution people
Debiutancki album amerykańskiej młodej formacji Duck Duck Goose ukazał się w tym roku, dokładnie 20 kwietnia. Po przesłuchaniu tego materiału zastanawiałem się, czy jest w ogóle sens go prezentować, ale doszedłem do wniosku, że skoro przesłuchałem to napiszę o nim parę słów.
Dlaczego zastanawiałem się, czy warto o tym pisać? Bo to słaby album, który próbuje być czymś na miarę mieszanki między Dioramic, a Dilligers Escape Plan. Problem w tym, że ta mieszanka kompletnie im nie wyszła. Słychać, że band jest niedoświadczony i nie bardzo daje sobie radę z kompozycjami. Numery są przez to nijaki, momentami wręcz przerysowane. Eskperymenty ograniczają się tutaj do łamania melodii, zmian tempa i klimatu - czyli mamy ryk, a za chwilę czysty śpiew, który przypomina najgorsze albumy z gatunku post-hardcore. Plusem tego wydawnictwa jest jego długość - całośc trwa niecałe 28 minut. Minusem jest natomiast jakość tego materiału. Ponadto po kilkukrotnym przesłuchaniu kompletnie nic nie zostaje w głowie. I do tego należy też dodać niespecjalną produkcję.
Patrząc na ten album jako gatunkowo osadzony w klimatach post-hardcore/experimental powiem, że rozczarowuje na całej linii - chyba, że ktoś w ogóle nie słyszał muzyki osadzonej w takich klimatach, wówczas może coś tam z tego wyciągnie. Starym wyjadaczem może nie jestem, ale ten album w ogóle do mnie nie przemawia, wręcz mnie drażni i sprawia, że jak go słuchałem to patrzyłem ile jeszcze zostało do końca. Niestety rozczarowujące.
Ocena: 3/10
niedziela, 9 maja 2010
Dioramic - Technicolor (2010)
Dioramic - Technicolor
Dioramic na myspace
Data wydania: 22.01.2010
Gatunek: post-hardcore/metalcore/experimental/shoegaze/post-rock/progressive rock
Kraj: Niemcy
Tracklista:
01. Ghost In The Machine 03:14
02. Black Screen Goodbye 04:17
03. The Antagonist 04:36
04. Eluding The Focus 05:08
05. Arms Of Poseidon 04:04
06. The Lone Gunman 01:35
07. Lost In Error 03:57
08. Lukewarm Reamins 05:34
09. Doom 04:03
10. Roses & Echoes 04:54
11. Debris 08:31
Skład zespołu:
Arkadi Zaslavski - wokal, gitara
Jochen Muller - wokal, gitara basowa
Anton Zaslavski - perkusja
Dioramic to debiutant z Niemiec, chociaż nazwiska dwójki braci wchodzących w skład tej kapeli według mnie umiejscawia ich zdecydowanie na wschodzie Europy. W każdym razie Dioramic to trzy osobowa kapela, w której skład poza braćmi Zaslavski wchodzi basista Jochen Muller. Band istnieje od 2002 roku, ale dopiero niedawno podpisali kontrakt z LifeForce Recrods, co zaowocowało właśnie albumem "Technicolor".
50 minut mieszanki, muzyki bardzo eksperymentalnej - to gwarantuje debiutancki album Dioramic. Można powiedzieć, że ostatnio często pojawiają się bandy grające eksperymentalny core, w dużej mierze po prostu dodając elektronikę do zwykłej muzyki core'owej. Tymczasem na "Technicolor" mamy zupełnie nową jakość. Mieszanka jest tutaj iście wybuchowa, ale żeby to w pełni dostrzec trzeba trochę czasu poświęcić temu albumowi. Przyznam, że u mnie po początkowej fazie fascynacji przyszło rzucenie tego wydawnictwa w kąt i czekanie, aż coś może z niego wykiełkuje, albo jak zarośnie brudem. Ale postanowiłem do tego wrócić. Powrót w pełni triumfalny. Spodziewałem się, że jednak znowu nic nie zagra i będę mógł znowu wrzucić ten album w kąt. Na szczęście okazało się, że jest zupełnie inaczej. Muzykę, która została zawarta na Dioramic jest ciężko opisać, bo tutaj grają przede wszystkim emocje wyrażane za pomocą dźwięków. Ten album usypia, budzi, denerwuje i jednocześnie uspokaja. Przy czym od razu ostrzegam, że panowie z Doramic nie są żadnym klonem The Dillinger Escape Plan. Momentami wręcz zastanawiałem się, czy ten album to na pewno jeszcze metal, czy już jakaś progresywna odmiana rocka. Za każdym razem jednak dochodzę do wniosku, że nie da się określić gatunku w jakimś obracają się na tym albumie. Mamy tutaj bardzo dużą różnorodność gatunkową - poczynając na progresywnym rocku, poprzez metalcore, post-rock, post-hardcore, shoegaze, a nawet miejscowo występujące elementy doom metalu. Wszystkie te gatunki są wymieszane i podane w różnych proporcjach w różnych numerach. Nie ma tutaj kawałka, którego dało by radę określić jako czysty metalcore, czy post-rock, bo po prostu się nie da. Jednocześnie spokojnie mogę stwierdzić, że kawałki wyjęte z całości również brzmią wybornie, więc nie trzeba tego albumu słuchać w całości, żeby docenić jego wielkość. Mamy tutaj trzy typy wokali - czysty, core'owy i growl (autorstwa Mullera, choć i niektóre czyste partie należy przypisać właśnie jemu), proporcje tych wokali też są różne, bo to zdecydowanie zależy od emocji wyrażanych w muzyce, wokal się do tego dostosowuje. Początkowo największe wrażenie na mnie robił utwór "Doom" i faktycznie nadal robi na mnie ogromne wrażenie, ale jest to zdecydowanie jeden z najostrzejszych utwór zawartych na tym wydawnictwie. Tymczasem do najlepszych utworów dołączam pełen emocji i zarazem melancholii "Eluding The Focus". W ogóle zalew różnorakich emocji mi towarzyszy podczas odsłuchu tego materiału. Jedno jest pewne panowie z Dioramic zadebiutowali w sposób niewyobrażalny, nagrali naprawdę niezwykły album.
Ocena tego albumu zależy w dużej mierze od tego jak odbiera go słuchacz. Według mnie to w pełni matematyczne przedstawienie różnych ludzkich emocji za pomocą muzyki, wszystko brzmi jakby było idealnie ułożone (ale zaznaczam, że muzyka Dioramic nie ogranicza się do chłodnych i odhumanizowanych kalkulacji). Niby spójna całość, ale równie dobrze egzystująca w pojedynkę. Dla mnie to jeden z najlepszych debiutów roku 2010. Nie ma tutaj miejsca na niemiecką toporność, jest za to wszystko to co powinno znajdować się w muzyce. Tak niezwykłe albumy powstają naprawdę rzadko. Ocena niemalże maksymalna, jeden punkt odjąłem za to, że jednak trochę czasu mi zajęło zanim się do niego ostatecznie przekonałem. Polecam wszystkim wielbicielom mieszania w muzyce, a jednocześnie tym, którzy szukają prawdziwych (nie karykaturalnych) emocji wyrażanych za pomocą dźwięków, bo wokal jest tutaj zaledwie dodatkiem.
Ocena: 9/10
Dioramic na myspace
Data wydania: 22.01.2010
Gatunek: post-hardcore/metalcore/experimental/shoegaze/post-rock/progressive rock
Kraj: Niemcy
Tracklista:
01. Ghost In The Machine 03:14
02. Black Screen Goodbye 04:17
03. The Antagonist 04:36
04. Eluding The Focus 05:08
05. Arms Of Poseidon 04:04
06. The Lone Gunman 01:35
07. Lost In Error 03:57
08. Lukewarm Reamins 05:34
09. Doom 04:03
10. Roses & Echoes 04:54
11. Debris 08:31
Skład zespołu:
Arkadi Zaslavski - wokal, gitara
Jochen Muller - wokal, gitara basowa
Anton Zaslavski - perkusja
Dioramic to debiutant z Niemiec, chociaż nazwiska dwójki braci wchodzących w skład tej kapeli według mnie umiejscawia ich zdecydowanie na wschodzie Europy. W każdym razie Dioramic to trzy osobowa kapela, w której skład poza braćmi Zaslavski wchodzi basista Jochen Muller. Band istnieje od 2002 roku, ale dopiero niedawno podpisali kontrakt z LifeForce Recrods, co zaowocowało właśnie albumem "Technicolor".
50 minut mieszanki, muzyki bardzo eksperymentalnej - to gwarantuje debiutancki album Dioramic. Można powiedzieć, że ostatnio często pojawiają się bandy grające eksperymentalny core, w dużej mierze po prostu dodając elektronikę do zwykłej muzyki core'owej. Tymczasem na "Technicolor" mamy zupełnie nową jakość. Mieszanka jest tutaj iście wybuchowa, ale żeby to w pełni dostrzec trzeba trochę czasu poświęcić temu albumowi. Przyznam, że u mnie po początkowej fazie fascynacji przyszło rzucenie tego wydawnictwa w kąt i czekanie, aż coś może z niego wykiełkuje, albo jak zarośnie brudem. Ale postanowiłem do tego wrócić. Powrót w pełni triumfalny. Spodziewałem się, że jednak znowu nic nie zagra i będę mógł znowu wrzucić ten album w kąt. Na szczęście okazało się, że jest zupełnie inaczej. Muzykę, która została zawarta na Dioramic jest ciężko opisać, bo tutaj grają przede wszystkim emocje wyrażane za pomocą dźwięków. Ten album usypia, budzi, denerwuje i jednocześnie uspokaja. Przy czym od razu ostrzegam, że panowie z Doramic nie są żadnym klonem The Dillinger Escape Plan. Momentami wręcz zastanawiałem się, czy ten album to na pewno jeszcze metal, czy już jakaś progresywna odmiana rocka. Za każdym razem jednak dochodzę do wniosku, że nie da się określić gatunku w jakimś obracają się na tym albumie. Mamy tutaj bardzo dużą różnorodność gatunkową - poczynając na progresywnym rocku, poprzez metalcore, post-rock, post-hardcore, shoegaze, a nawet miejscowo występujące elementy doom metalu. Wszystkie te gatunki są wymieszane i podane w różnych proporcjach w różnych numerach. Nie ma tutaj kawałka, którego dało by radę określić jako czysty metalcore, czy post-rock, bo po prostu się nie da. Jednocześnie spokojnie mogę stwierdzić, że kawałki wyjęte z całości również brzmią wybornie, więc nie trzeba tego albumu słuchać w całości, żeby docenić jego wielkość. Mamy tutaj trzy typy wokali - czysty, core'owy i growl (autorstwa Mullera, choć i niektóre czyste partie należy przypisać właśnie jemu), proporcje tych wokali też są różne, bo to zdecydowanie zależy od emocji wyrażanych w muzyce, wokal się do tego dostosowuje. Początkowo największe wrażenie na mnie robił utwór "Doom" i faktycznie nadal robi na mnie ogromne wrażenie, ale jest to zdecydowanie jeden z najostrzejszych utwór zawartych na tym wydawnictwie. Tymczasem do najlepszych utworów dołączam pełen emocji i zarazem melancholii "Eluding The Focus". W ogóle zalew różnorakich emocji mi towarzyszy podczas odsłuchu tego materiału. Jedno jest pewne panowie z Dioramic zadebiutowali w sposób niewyobrażalny, nagrali naprawdę niezwykły album.
Ocena tego albumu zależy w dużej mierze od tego jak odbiera go słuchacz. Według mnie to w pełni matematyczne przedstawienie różnych ludzkich emocji za pomocą muzyki, wszystko brzmi jakby było idealnie ułożone (ale zaznaczam, że muzyka Dioramic nie ogranicza się do chłodnych i odhumanizowanych kalkulacji). Niby spójna całość, ale równie dobrze egzystująca w pojedynkę. Dla mnie to jeden z najlepszych debiutów roku 2010. Nie ma tutaj miejsca na niemiecką toporność, jest za to wszystko to co powinno znajdować się w muzyce. Tak niezwykłe albumy powstają naprawdę rzadko. Ocena niemalże maksymalna, jeden punkt odjąłem za to, że jednak trochę czasu mi zajęło zanim się do niego ostatecznie przekonałem. Polecam wszystkim wielbicielom mieszania w muzyce, a jednocześnie tym, którzy szukają prawdziwych (nie karykaturalnych) emocji wyrażanych za pomocą dźwięków, bo wokal jest tutaj zaledwie dodatkiem.
Ocena: 9/10
środa, 10 lutego 2010
Alesana - The Emptiness (2010)
Alesana - The Emptiness
Alesana na myspace
Data wydania: 26.01.2010
Gatunek: post-hardcore/metalcore/screamo
Kraj: USA
Tracklista:
01. Curse Of The Virgin Canvas
02. The Artist
03. A Lunatic's Lament
04. The Murderer
05. Hymn For The Shameless
06. The Thespian
07. Heavy Hangs The Albatross
08. The Lover
09. In Her Tomb By The Sounding Sea
10. To Be Scared By An Owl
11. Annabel
Alesana to amerykańska kapela grająca w klimatach post-hardcore/emocore i wszystko to oczywiście z bardzo melodyjną i przebojową nutą. Mimo tego, że nie znałem tego zespołu wcześniej to mniej więcej wiedziałem czego się spodziewać. Trzeci album tej kapeli nosi tytuł "The Emptiness" i swoją premierę miał 26 stycznia 2010 roku.
Już na samym początku zostałem ostrzeżony przez wokalistę zespołu, że historia, która będzie tutaj opowiedziana zmrozi mi krew w żyłach - problem w tym, że ja niekoniecznie skupiałem się tutaj na tekstach. W każdym razie muzyka nie wprowadza żadnej grozy, tak samo jak partie wokalne, w których czysty (melodyjny) śpiew przeważa nad screamo. Niby nic nadzwyczajnego, ale te partie są ułożone wręcz perfekcyjnie - kiedy ma być przebojowo to jest przebojowo, kiedy ma być ostro to jest ostro. Chociaż tej ostrości akurat za dużo tutaj nie ma - jest to raczej album skierowany do osób, które nie są w stanie słuchać zwykłego metalcore'a i szukają melodyjnych odmian core'owego grania. Kawałki zawarte na "The Emptiness" to w większości potencjalne przeboje z tymże kierowane raczej do alternatywnej młodzieży w wieku gimnazjalno-licealnym. Prawdziwi wyjadacze sceny core'owej raczej wymiękną przy pierwszym kawałku. Ostrzeżenie wokalisty jako byłby to materiał mrożący krew w żyłach chyba należy przyjąć z przymrużeniem oka. Tego albumu świetnie się słucha jako wypełniacza - tzn. robiąc przy tym coś konkretniejszego, a muzyka ma sobie lecieć w tle. Wtedy album jest całkiem niezły. Natomiast kiedy skupić się na tym wydawnictwie to nagle okazuje się, że jest to strasznie miałkie i przewaga czystych wokali nad screamo jest wręcz ogromna. Melodyjny wokal Shawna Milke stanowi przynajmniej 90% wszystkich partii wokalnych na tym albumie. Ale dzięki temu "The Emptiness" jest dość skocznym i niezwykle przebojowym wydawnictwem, zresztą wystarczy sprawdzić takie kawałki jak "The Artist", "The Murder" czy "The Lover", żeby się o tym przekonać. I te trzy kawałki są chyba najlepsze na tym albumie - pozostałe mimo tego, że są być może i równie przebojowe, to jakoś mniej mi wpadły w ucho.
Podsumowując - nie jest to album dla zatwardziałych core'owców, nawet nie wiem, czy ci, którzy lubią lżejsze core'owe wydawnictwa będą zadowoleni z "The Emptiness". Problem stanowi tutaj zbyt duża i może zbyt nachalna przebojowość, która atakuje z każdej strony. Poszczególne kawałki to wręcz radiowe hity dla wrażliwej młodzieży w wieku szkoły średniej. Przeważają melodyjne partie, a te ostre zdażają się naprawdę sporadycznie. Przy bliższym zapoznaniu się z tym materiałem niestety dużo traci. Wielbiciele ostrego grania nic tutaj dla siebie nie znajdą. Dla mnie to co najwyżej niższa klasa średnia.
Ocena: 5,5/10
niedziela, 24 stycznia 2010
Four Letter Lie - A New Day (2009)
Data wydania: 13.10.2009
Gatunek: post-hardcore
Kraj: USA
Tracklista:
01. Daymaker
02. We’re All Sinners
03. Careless Lover
04. It’s Finally Over
05. My Surrender (Feat. Jesse Barrera)
06. The Spell
07. Strugglers
08. Key To The World
09. I’m Done Trying To Make It
10. Young Hearts
11. Faces In Places
Four Letter Lie w 2009 roku zaatakowali swoim trzecim LP w karierze. Zadebiutowali albumem "Let Your Body Take Over" w 2006 roku, jednakże poprzedzili go dwoma epkami wydanymi w 2005 roku. Jako, że to post-hardcore to spodziewałem się kilku sprawdzonych chwytów, mnóstwa melodii i wciskających się wszędzie czystych wokali.
środa, 30 grudnia 2009
Nazarite Vow - Conspirators (2009)
Nazarite Vow - Conspirators
Nazarite Vow na myspace
Data wydania: 20.06.2009
Gatunek: metalcore/post-hardcore
Kraj: Australia
Tracklista:
01. .........
02. Prisoners
03. Dictators
04. Soldiers
05. Scavengers
06. Heroes
07. Outlaws
W tym roku kolejnym zespołem, który zadebiutował na scenie core'owej był australijski zespół Nazarite Vow. Przyznam, że sięgnąłem po to wydawnictwo głównie przez dość niecodzienną jak na core okładkę, chociaż odsłuch i tak dość długo odkładałem, teraz żałuję.
Z debiutantami jest taki problem, że większość takich bandów albo próbuje być na siłę oryginalna, albo podłącza się pod jakiś zespół i rżnie prawie, że na żywca ograne patenty. Trafiają się też takie zespoły jak Nazarite Vow. Grające niby jak wszyscy, ale posiadający pierwiastek szaleństwa, który był również obecny na albumie Pilgrimz "Boar Riders". Pomijam już fakt, że jest tutaj nieco rock'n'rollowy styl kompozycji. Najbardziej podobny do Pilgrimz jest utwór "Scavengers" - nawet wokalista brzmi nieco jak Max. Melodia wytrącająca się z ostro grających gitar i niekiedy wysuniętego basu buja niesamowicie. I naprawdę ciężko się nudzić podczas odsłuchu tego materiału - jest wyładowany energią niczym ostatnie wydawnictwo Hatebreed. Jednocześnie album posiada lekkie znamiona post-hardcore'a - tutaj głównie niektóre czyste partie wokalne. Co prawda czysty wokal bardziej charakterystyczny dla grania hardcore/punk pojawia się rzadko i niespecjalnie się narzuca, to jednak trzeba odnotować, że i takie partie znajdują się na tym materiale. Momentami muzyka bardzo walcowata, a za chwilę rock'n'rollowa - oczywiście podrasowana odpowiednim ciężarem, bo z czystym rock'n'rollem nie mamy tutaj do czynienia. W ogóle album niesamowicie wciągający, a dużym minusem jest to, że jest niestety krótki, czas trwania całego materiału to niecałe 26 minut. Ale jak już mnie przekonał chilijski 562, album nie musi być długi, wystarczy, że rozpieprza. A ten spełnia swoją funkcję - najlepsze kawałki? Chyba wszystkie. Tutaj nie ma żadnego słabego utworu - chyba, żeby wziąć pod uwagę gadaninę ukrytą pod tytułem ".........".
Kolejny zabójczy materiał core'owy w tym roku. Nie spodziewałem się, że jeszcze coś mnie ruszy, a tutaj taka niespodzianka. To druga metalcore'owa ekipa z Australii, którą muszę zanotować - pierwsza to Carpathian, która w 2008 wydała bardzo dobry album "Isolation". A co znajduje się na "Cospirators"? Same killery, metalcore'n'roll. Niezwykle bujająca muzyka nie pozbawiona odpowiedniej dozy energii, jak i agresji.
Ocena: 9/10
Subskrybuj:
Posty (Atom)











