Pokazywanie postów oznaczonych etykietą electro. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą electro. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 20 maja 2010

Lovex - Divine Insanity (2006)



Lovex - Divine Insanity

Lovex na myspace

Rok wydania: 2006
Gatunek: electro-gothic metal
Kraj: Finlandia

Tracklista:
01. Buffet for the Pain
02. Guardian Angel
03. Oh How the Mighty Fall
04. Remorese
05. Bleeding
06. Anyone, Anymore
07. Wounds
08. Die a Little More
09. Yours
10. Shout
11. Halfway
12. Divine Insanity

Lovex to fińska kapela, która własnie albumem "Divine Insanity" zadebiutowała - na swoim koncie mają jeszcze album wydany w 2008 roku o tytule "Pretend Or Surrender". Z tego co pamiętam kiedyś go słyszałem, ale nic mi po nim nie zostało. W końcu postanowiłem sięgnąć po debiut, chociaż jak już wspomniałem muzyki tej kapeli kompletnie nie koarzyłem, jedynie ta charakterystyczna nazwa gdzieś w mi w głowie siedziała.

I co tutaj mamy? Jak się okazuje nazwa kapeli w 100% oddaje muzykę jaką grają. Czyli jest słodko, miękko i lekko przebojowo. Wszystko to zostało wyposażone w elementy elektroniki, ale industrial jest tutaj dodatkiem, na pierwszym miejscu stoi jednak gothic metal w stylu późnego HIM. Jaki jest największy problem tego wydawnictwa? Ano taki, że jest to za miękkie, momentami staje się wręcz mdłe. Sam wokalista śpiewa bez jakiegoś większego zaangażowania i dysponuje raczej oklepaną barwą. Same numery nie wciągają, co dodatkowo świadczy na niekorzyść tego wydawnictwa. Poza tym podczas odsłuchu miałem wrażenie, że ta muzyka jest dedykowana do zbuntowanych nastolatek, które chciałby być gotkami, ale rodzice im nie pozwalają. No cóż, nie dla mnie ten album - a tak, elektronika pełni tutaj rolę "wkurwiacza", czyli jest wciskana tam gdzie nie trzeba i w formie takiej, jaka nie przystoi.

Ocena: 4,5/10

piątek, 26 marca 2010

Mors In Tabula - Blemish (2006)



Mors In Tabula - Blemish

Mors In Tabula na myspace

Rok wydania: 2006
Gatunek: industrial/electro metal
Kraj: Grecja/USA

Tracklista:
01. Into The Maze 01:34
02. Passion Immured 03:54
03. Bloodpath 03:35
04. MK Ultra 04:20
05. Behold The Sin 03:56
06. The Void 01:56
07. Noctifer 04:38
08. Netter-Khertet 05:29
09. Eye Of The Abbys 03:56
10. Sirens Call 04:30

Ta grecko-amerykańska kapela zrodziła się w 2003 roku za pośrednictwem George'a Juliusa (wokal, gitara). Dopiero 3 lata od czasu powstania udało im się nagrać pierwszy pełny album studyjny - "Blemish". Rok później z kapeli odszedł Harry Notifer i w tym momencie w kapeli pozostaje George Julius i perkusista Mike Lord. Kapela zapowiada nowe wydawnictwo na rok 2010.

Album rozpoczyna tajemnicze intro "Into The Maze" (muzyka niczym z jakiegoś filmu), a już w "Passion Immured" wszystko się wyjaśnia - tzn. wiadomo z czym będziemy mieli do czynienia. Kawałek otwiera demoniczny śmiech i wkraczają gitary wpierane przez elektronikę, a po chwili pojawia się również przesterowany wokal. Momentami elektronika wywołuje chaos, który zaraz jest stawiany do pionu przez gitary w rammsteinowym stylu. "Bloodpath" jest w sumie podobny, chociaż tutaj elektronika jest wysunięta na przód, natomiast gitary stanowią tło. I następuje zmiana wokalu - pojawiają się oczywiście przestery, ale trzon stanowi odhumanizowany skrzek. "MK Ultra" jest chyba najlepszym numerem na tym albumie - kawałek, w którym elektronika i gitary współgrają ze sobą i tworzą jedną spójną całość. Tutaj dodatkowo pojawia się niepokojący klimat. Na "Behold The Sin" nie ma nic specjalnego - ot taki sobie standard. Przesłuchałem go kilka razu, ale no nic mi się nie rzuca tutaj w uszy - bo mocne basy są i w innych kawałkach. Za to przerywnik "The Void" jest świetny. Znowu mamy do czynienia z posępną i tajemniczą muzyką. Brzmi to jak ścieżka dźwiękowa do jakiegoś horroru. Numer "Noctifer" jest słaby - nie podoba mi się tutaj wokal, a elektronika też w sumie jest denerwująca - jakieś takie pykanie niczym z programu "Przybysze z Matplanety". 5-minutowy "Netter-Khertet" już trochę lepszy, a przede wszystkim ostrzejszy, chociaż tutaj też jest ta dziwna elektronika. No nie wiem, kawałek lepszy, ale i nie tak dobry jak te z początku albumu. "Eye Of The Abyss" rozpoczyna się jak zwykły kawałek techno, ale w końcu wkraczają gitary i dalej idzie całkiem nieźle. Nie ma tutaj przesadnych basów, nie ma dyskoteki, jest za to całkiem ciężkie granie. Kolejny utwór jest podobny, chociaż nie ma tutaj techno na początku, a jest mroczne intro. Kawałek jest dość klimatyczny, ale i ciężki, wręcz mechaniczny. Bardzo dobre zakończenie albumu.

"Blemish" to dziwny album. Niby wszystko jest na miejscu, ale ta elektronika momentami jest zbyt karykaturalna - jak już wspominałem pojawiają się dźwięki rodem z programu "Przybysze z Matplanety". W każdym razie na tym albumie jest dość różnorodnie - mamy też kawałki lepsze i gorsze. Mors In Tabula na pewno nagrali album nierówny, bo taki "The Void" jest zdecydowanie lepszy niż niektóre z pełnych kawałków, a należy pamiętać, że "The Void" to zaledwie 2 minutowy przerywnik. W każdym razie album dobry i tylko dobry.

Ocena: 7/10

środa, 23 grudnia 2009

Senmuth - Bark Of Ra (2007)


Senmuth - Bark Of Ra

Senmuth na myspace

Rok wydania: 2007
Gatunek: industrial doom metal/folk/ambient/electro
Kraj: Rosja

Tracklista:
01. Continent Under Sun
02. Way On Tortuga
03. Kuvalaya-Dala
04. Bark of Sun
05. Phnom Bakheng
06. Djenne Mosque
07. Waiting the Sun
08. Whisper of Memnons
09. Earth, My Mother
10. Mantra Lost Sun


To 27 album żywej legendy jaką jest rosyjski muzyk Senmuth. Jest to zespół jednoosobowy, dlatego tym bardziej dziwny - w tym momencie na koncie tego multi-instrumentalisty znajduje się 56 albumów, ale zapewne "Sebek" nie jest ostatnim wydawnictwem oznaczonym logo Senmuth. Należy też zauważyć, że zespół został powołany do życia w 2004 roku.

Pierwszy kawałek trzeba traktować raczej jako wstęp do świata, w który zabiera słuchacza Senmuth - bo nic wielkiego się tutaj nie dzieje, ale połączenie orientalistyki i elektroniki robi wrażenie. "Way On Tortunga" zaczyna się bardzo spokojnie i w sumie bardziej kojarzy mi się z jakimiś ludowymi muzykami niż z metalem, ale w końcu jak się rozkręca to nawet głowa się kiwa. Tak, bardzo ładnie brzmi to połączenie elektroniki z metalem. Jeśli ktoś nie skorzystał z zaproszenia zawartego w tym numerze to może śmiało wysiąść i wcisnąć "stop". Chyba wiadomo, czego można się spodziewać po utworze, którego tytuł brzmi "Kuvalaya-Dala" - tak, jest to orientalne granie, raczej uspokajające niż porywające. Dobre połączenie elektroniki z orientalnymi dźwiękami sprawia, że wchłonąłem "Bark Of Sun" - spokojne, hipnotyzujące rytmy z dudniącą elektroniką, a w "Phnom Bakheng" Senmuth postanowił nieco popisać się umiejętnością gry na gitarze i całkiem dobrze to wyszło, a kiedy wkracza dudniący bas to ten numer nabiera prawdziwych kolorów. Ciężko mi jest coś napisać o dalszych numerach, bo są podobne do tych pierwszych...ale jednocześnie inne. Tzn. mimo tego, że Senmuth jest niezwykle płodnym muzykiem to nie ma na "Bark Of Ra" kompozycji stworzonych na zasadzie "kopiuj-wklej". Podróż, w którą zostajemy zabrani obraca się w klimatach orientalnych (azjatyckich i afrykańskich) z dużą rolą elektroniki i muzyki gitarowej. Trzeba docenić umiejętności kompozytorskie Senmutha. Polecam naprawdę sprawdzić ten album, bo niesamowicie odpręża.

Ocena: 7,5/10

czwartek, 26 listopada 2009

Dinosaurs Like Guccipants - You And The City (2009)


Dinosaurs Like Guccipants - You And The City

Dinosaurs Like Guccipants na myspace

Data wydania: 16.04.2009
Gatunek: electro/hardcore/insturmental/trancecore/experimental
Kraj: Niemcy

Tracklista:
01. Clear Air Turbulence
02. Cocktailparty until tomorrow
03. I am the Headline
04. Its raining, now you are alone
05. My shadow tries to fly away
06. Streetcar vs. Spacerocket
07. Yeah! The new Computerstore
08. Morphodrome
09. love me baby, shorter
10. Gone astrey in Los Angeles
11. Cold Mountain Island
12. You should never eat Dextro-Energyy
13. The next Train has been cancled
14. 24/7 Poppers

Dinosaurs Like Guccipants to młody zespół pochodzący z Monachium. Do tej pory wydali jedynie epkę "SweetBoyEffect", która swoją premierę miała w roku 2008. Od tamtej pory band pracował nad materiałem na pełny LP, w marcu 2009 przekazali na swojej stronie najważniejsze informacje dotyczące nadchodzącego wydawnictwa - miało się ukazać 16 kwietnia 2009.

Ten album to dla mnie jedna wielka zagadka. Sięgnąłem po niego głównie dlatego, że wyczytałem w sieci, że muzyka tego bandu to połączenie hardcore'a z muzyką elektroniczną. Przez to, że to bardzo niestandardowy album musiałem do niego podchodzić kilka razy, żeby w końcu przez niego przebrnąć. Jeśli ktoś zna elektroniczne wstępy, które towarzyszą niektórym albumom deathcore’owym to muzyka zawarta na "You And The City" nie będzie dla niego żadnym zaskoczeniem. Bo cały ten album składa się właśnie z takich utworów – oczywiście nie są to 30-sekundówki, ale pełne kawałki trwające nawet po 8 minut. Nie chcę się tutaj bawić w opisywanie tych utworów, bo nawet nie potrafiłbym tego zrobić – są to kawałki elektroniczne z breakdownami. Ale nie jest to elektronika dyskotekowa, nie jest to też industrial. Myślę, że trancecore, czy electrocore to najlepsze określenia tego co dzieje się na tym wydawnictwie. W każdym razie w tym graniu jest naprawdę duża dawka energii i mogę spokojnie powiedzieć, że jest to album wręcz idealny do słuchania go w tle. Nie trzeba się tutaj na niczym skupiać, muzyka sama wciąga. Na myspace zespołu jest tylko jeden utwór z tego albumu – "Yeah! The New Computerstore", z tymże nie jest to utwór reprezentatywny. Dużo bardziej podobają mi się "Clear Air Turbulence", "Cocktailparty Until Tomorrow", "Morpodrom" czy "Cold Mountains Island".

Album polecam wyłącznie tym, którym podobają się elektroniczne wstępniaki do deathcore’owych wydawnictw. Ewentualnie tym, którzy lubią elektroniczne dźwięki zagrane z polotem i z dużą dawką świeżości. Mnie "You And The City" wciągnął, ale idealnie się go słucha w tle podczas innych zajęć.

Ocena: 7/10

czwartek, 12 listopada 2009

Ink Dot Boy - The Red Symphony (2009)



Ink Dot Boy - The Red Symphony

Ink Dot Boy na myspace

Data wydania: 2009
Gatunek: industrial metal/electro/alternative
Kraj: USA

Tracklista:
01. The Red Symphony
02. Regiment 9
03. we Are The Sick Ones
04. My Poisoned Black Rose
05. Fine Parasite
06. Acidic Ambrosia
07. The Art Seven Of Madmen

Zacznę od tego, że materiał można otrzymać za darmo na skrzynkę mailową - wystarczy poszperać po stronie myspace Ink Dot Boy i wpisać swój adres e-mail - poza samym albumem otrzymujemy zestaw tapet i bonus tracka. Nic kompletnie o tym zespole nie wiem - poza tym, że za wszystko tutaj odpowiedzialny jest jeden gość (pomagają mu bliżej nieokreślony Matti na gitarze i równie nieokreślony Vin, który odpowiedzialny jest za perkusję). Poza tym Ink Dot Boy ma naprawdę chory image - dość spokojny wygląd widnieje na okładce, pozostałe "malowania" widnieją na stronie zespołu, lub po prostu na tapetach dołączanych do albumu.

Przechodząc do samego albumu - jest to dość pomieszany industrialny metal, chociaż dużo łatwiejszy w odbiorze niż ten, który znam z wykonania Undercover Sluts. Nie da się tutaj jednoznacznie określi wokalu, czy nawet linii melodycznej - wokal jest zmienny, od szorstkiego, zwykłego, aż po nieco piszczący (np. w "Regiment 9"). Nie ma tutaj co prawda odkrywania Ameryki, ale pan Ink Dot Boy ma całkiem ciekawe pomysły na kompozycje, słychać tutaj dużo wpływów Marilyna Mansona i innych podobnie grających gości. Chociaż nie jest to tak przebojowe granie jak niektóre tego typu albumy. Jasne, że riffy są bujające, a wokal (czy ten przesterowany, czy ten tradycyjny, melodyjny) są na zadowalającym poziomie - nie ma tutaj żadnych dzikich ryków, ale też nie ma melodyjnych zaśpiewów, które w takim graniu mnie drażnią. Jest nawet trochę chorego klimaty "IVp" (wiadomo jakiego zespołu) - głównie w kawałku "My Poisoned Black Rose", który to od razu zaczął mi się kojarzyć właśnie z wspomnianym albumem, zapewne przyczyniły się do tego stała linia melodyczna (monotonna) i jęki rozkoszy pojawiające się gdzieś w okolicach końca utworu. Ale żeby nie było, że ten album to jakaś jedna wielka niewiadoma - mimo tego, że nie jest to jakiś super-przebojowe wydawnictwo nie oznacza też, że dostajemy tutaj mnóstwo łamańców, dźwięków znikąd, czy silenia się na niezwykłą oryginalność - np. poprzez nagrywanie dźwięków silnika, czy tym podobnych rzeczy. Tutaj dostajemy łatwy do przyswojenia kawał industrialno-elektroniczego grania z domieszką metalu (chociaż nie jest obecny we wszystkich kawałkach).

Podsumowując - na Ink Dot Boy trafiłem zupełnie przypadkiem i w końcu postanowiłem przesłuchać albumu, oczywiście nie żałuję. Jest to naprawdę dobre granie industrialne, które wchłonąłem naprawdę szybko i kilka z zawartych tutaj utworów naprawdę przypadło mi do gustu - np. "The Red Symphony", "Regiment 9", "My Poisoned Black Rose", czy "Acidic Ambrosia". Polecam sprawdzić to wydawnictwo, zwłaszcza, że można je otrzymać za darmo.

Ocena: 7,5/10

sobota, 10 października 2009

Panzer AG - This Is My Battlefield (2004)


Panzer AG - This Is My Battlefield

Panzer AG na myspace

Rok wydania: 2004
Gatunek: industrial/electro/rock/metal
Kraj: USA

Tracklista:
01. Introduction Of The Damned
02. Filth God
03. Battlefield
04. Chemical Breed
05. When Death Embrace Me
06. Bereit (feat. Aleksandra Skrzypczak)
07. Totale Luftherrschaft
08. Sick Is The One Who Adores Me
09. Panzer
10. Tides That Kill
11. God Eats God
12. It Is All In Your Head
13. Behind A Gasmask
14. Pure Tension
15. Drukne I Taarer

Wydawało mi się początkowo, że Met mi wspominał o tym albumie w temacie o Godflesh, ale okazało się, że nie - to jest po prostu poboczny projekt gościa nazwiskiem Andy LaPlegua, który normalnie udziela się w Combichrist. Zespół Panzer AG istnieje od 2004 roku - ich debiutem jest właśnie "This Is My Battlefield", w 2006 roku wydali swój drugi LP "Your World is Burning", którego jeszcze nie słyszałem (ale po tym co usłyszałem na ich pierwszym LP muszę obadać ten drugi).

Zacznę od tego, że album włączyłem z ciekawości - w sumie przemówiła do mnie okładka. Włączyłem pierwszy kawałek i już wiedziałem, że to jest to co lubię :-) Ten album to dosłownie destrukcja - od początku do końca. To co wydaje się tutaj zwykłe zaraz zamienia się w niezwykłe - przykładem niech będzie "Sick Is The One Who Adores Me". Kawałek zaczyna się wręcz jak jakaś ballada...a jak wchodzi elektronika to znowu kopara opada i głowa zaczyna ruszać się do rytmu. Co prawda nie wszystko jest tutaj zabójcze - np. w ogóle nie przemawia do mnie kawałek "Panzer", który składa się ze zbyt wielu powtórzeń. I jeśli mam być szczery to pierwsza połowa tego albumu jest zdecydowanie ciekawsza - z tej drugiej wybrałem sobie kilka kawałków - np. "Behind A Gas Mask", "Drukne I Taarger" czy "God Eats God". Tak naprawdę z końcem utworu "Sick Is The One Who Adores Me" zaczyna się robić nieco smętnie - a w niektórych kawałkach nawet bardzo smętnie. Dlatego dużo ciekawiej jest do numeru "Panzer" - później muzyka nagle traci dynamizm i energię na rzecz...melancholii? Nie wiem, w każdym razie jest wolno, ciężko i nieenergicznie. Za to kawałki "Filth God", "Battlefield", "Chemical Breed", "When Death Embraces Me", "Bereit", "Totale Luftherrschaft" czy "Sick Is The One Who Adores Me" dosłownie urywają głowę. I z jednej strony ten album jest naprawdę zajebisty - elektroniczny industrial zmieszany z rockiem i metalem daje naprawdę bardzo dobry efekt - zresztą już nie pierwszy raz. Do tego trzeba dodać, że to cholernie nakręcająca muzyka - taki "Filth God" wydaje się dość spokojny, ale jak pierdolnie to aż miło :-)

Ciężko mi powiedzieć komu polecam ten album, może osobom, które szukają zgrabnego połączenia ciężaru z elektroniką? Pewnie tak. Ode mnie w każdym razie ten album otrzymuje ocenę 8,5/10 - dlaczego? Bo mimo tego, że od połowy jest trochę za spokojnie to początek płyty jest naprawdę godny obadania.

Ocena: 8,5/10

poniedziałek, 14 września 2009

Black Comedy - Crawl To Exceed (2001)


Black Comedy - Crawl To Exceed

Black Comedy na myspace

Rok wydania: 2001
Gatunek: industrial/electro/groove/thrash metal
Kraj: Norwegia

Tracklista:
01. World In My Eyes
02. Misplaced?
03. Equal To None
04. Pucture
05. Benefit Of Doubt
06. Confrontation
07. CPR
08. Mental Carnage
09. Pro Patria Mori
10. Insecurity Secured
11. Virtues Of Misfortune
12. Entity

Pierwszy album Black Comedy - tak wiem, okładka do dupy, gorszej już chyba dać nie mogli. Przesłuchałem tego albumu już przynajmniej kilka razy w tym wczoraj około 4-5, jak na mnie to dużo. Coś w tym jest - nawet mam wrażenie, że to ciekawszy materiał od tego co zespół zaproponował na "Instigator". Przede wszystkim jest to mniej sterylne, ma więcej kopa. Co najlepsze pojawiający się często czysty wokal jest naprawdę dobry i nie przeszkadza w odsłuchu. Można to już przetestować na pierwszym kawałku - "World In My Eyes". A na początku "Misplaced?" można usłyszeć drastycznie przerwaną imprezę Smurfów - to tak jako ciekawostka ;-) Co jest najlepszego w tej płycie? Niesamowicie wciąga i aż się prosi, żeby ją puścić w pętlę. A najbardziej podoba mi się "Pro Patria Mori" - dlaczego? Nie wiem, ale najczęściej wracam właśnie do tego numeru, a tak, refren chwyta za serce.

Płyta nie jest wybitna, ale słuchało mi się jej jeszcze przyjemniej niż dwójki. Połączenie elektroniki z groove/thrashem wypadło znowu bardzo dobrze.

Ocena: 8/10

Black Comedy - Instigator (2008)


Black Comedy - Instigator

Black Comedy na myspace

Data wydania: 18.02.2008
Gatunek: industrial/electro/groove/thrash metal
Kraj: Norwegia

Tracklista:
01. The Emergence (Intro)
02. Favourite Hateobject
03. War Incognito
04. Sum Of All Shit
05. Prime Specimen
06. Civil Paranoia
07. At One With Decadence
08. Lord Of Locust
09. Inhale The Sulphur
10. Crawl To Exceed
11. Subtle Conversion (Sic Transit Gloria Mundi)
12. Story Of The God, The Beast And The Fools Between

Jest to drugi krążek tego norweskiego zespołu - Black Comedy debiutowali w 2001 roku krążkiem "Crawl To Exceed". Ze znanych nazwisk w zespole pojawia się aktualny perkusista Susperia - Kenneth Åkesson.

Jeśli ktoś jest osłuchany z taką muzyką to nie znajdzie na tym krążku niczego nowego, za to to usłyszy bardzo dobre rozwinięcie znanych patentów. Wmieszanie elektroniki pomiędzy ciężkie riffy i thrashowy wokal wyszło na dobre temu krążkowi - co prawda gdzieniegdzie pojawia się też czysty wokal, na szczęście ani on nie przeszkadza, ani nie zdobi zawartości tej płyty - ok, momentami wycie przeszkadza, np. w kawałku "Subtle Conversion". Klawisze w dużej mierze tworzą specyficzną atmosferę - nie znajdzie się tutaj "wiejskich melodyjek", czy solówek na klawiszach, bo nie jest to tego typu granie. Za to możemy się spodziewać ciężkich riffów brzmiących niemalże jak groove metal, które w szybszych momentach wracają do tradycyjnego thrashowego napieprzania. Z kawałków zawartych na tym krążku najbardziej podoba mi się chyba "War Incognito" - bardzo ładne wymieszanie riffów groove z elektroniką.
Krążek godny polecenia, dobre groove metalowe łojenie z dużą ilością industrial/electro dźwięków.

Ocena: 7,5/10