Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1999. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1999. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 lipca 2015

Prosto z półki: Crazy Town - The Gift Of Game (1999)

Crazy Town - The Gift Of Game

Data wydania: 09.11.1999
Gatunek: rap rock/nu-metal
Kraj: USA

Tracklista:
01. Intro
02. Toxic
03. Think Fast
04. Darkside
05. Black Cloud
06. Butterfly
07. Only When I'm Drunk
08. Hollywood Babylon
09. Stick 'Em
10. Lollipop Porn
11. Revolving Door
12. Players (Only Love You When They're Playing)
13. B-Boy 2000
14. Outro: www.crazytown.com

Skład:
Bret Mazur – wokal, klawisze
Shifty Shellshock – wokal
Rust Epique – gitara
Anthony Valli – gitara
Doug Miller – gitara basowa
James Bradley Jr. – perkusja
DJ AM – turntables

Crazy Town to amerykańska kapela, która w 1999 roku atakowała praktycznie non stop z telewizyjnych kanałów muzycznych. Jako nastolatek niezliczoną ilość razy widziałem klip do numeru "Butterfly" czy "Revolving Door". W każdym z tych numerów czuć było przebojową nutę, wpadający w ucho refren, jakąś taką nowoczesność bijącą z każdego dźwięku. Do tego kawałki zostały opatrzone bardzo kolorowymi obrazami, które pokazywały muzyków Crazy Town, okrążonych przez atrakcyjne kobiety. Zdecydowanie działało to na wyobraźnię nastolatka. Dlatego wówczas nie miałem oporów, żeby sięgnąć po debiutancki album Crazy Town wydany w 1999 roku.

środa, 1 grudnia 2010

ChthoniC - Where the Ancestors' Souls Gathered (1999)


ChthoniC - Where the Ancestors' Souls Gathered

ChthoniC na myspace

Rok wydania: 1999
Gatunek: melodic black metal
Kraj: Tajwan 


Tracklista:
01. Drift Out to Mystery
02. Across the Sea
03. Breath of Ocean
04. Mother Isle Disingrated, Aboriginal Gods Enthroned
05. Deep Rising
06. Yen Geh Shin
07. Bloody Cloud
08. Holy War
09. Nightmare

Debiutancki album tajwańskiego ChthoniC jest conajmniej dziwny. Czystego black metalu, a nawet melodyjnego jest tutaj raczej niewiele. Więcej tutaj po prostu ciężkiego grania z lekką dozą chaosu. Niektóre kawałki brzmią niemalże jak gotyckie granie z żeńskim wokalem i okazjonalnie pojawiającym się growlem i czystym wokalem męskim. Widać od razu, że zespół nie do końca był ukierunkowany na melodyjną odmianę black metalu. Raczej szukali swojego stylu gdzieś pomiędzy nieco melancholijnym gotykiem, a lekkim black metalem z symfonicznymi zagrywkami. I taki właśnie jest ten album - momentami wręcz nie wiadomo o co chodzi, bo słychać, że muzycy mieli również progresywne ciągoty, co wprowadza trochę chaosu. A miało być melodyjnie, ale i ostro. Zakończeniem albumu jest połączonenie dwóch utworów dających razem tasiemca o długości 13 minut (bo "Holy War" i "Nightmare" są połączone). Z tymże bez problemu da się zauważyć gdzie zaczyna się garażowy wręcz "Nightmare".

ChthoniC to nie jest zespół, który wiedział na początku co chcę grać - co słychać na "Where the Ancestors' Souls Gathered". Mam tylko nadzieję, że kolejne albumy będą bliższe "Mirror Of Retribution". Chociaż produkcja jest tutaj dobra, to niezdecydowanie trochę odrzuca.


Ocena: 6/10

wtorek, 21 września 2010

Danko Jones - My Love Is Bold EP (1999)



Danko Jones - My Love Is Bold EP

Danko Jones na myspace

Rok wydania: 1999
Gatunek: hard rock
Kraj: Kanada

Tracklista:
01. Samuel Sin
02. Bounce
03. Sex Change Shake
04. The Mango Kid
05. If I Were You
06. My Love Is Bold

Skład zespołu:
Danko Jones - wokal, gitara
John Calabrese - gitara basowa
Dan Cornelius - perkusja


Druga epka w historii zespołu i jednocześnie wydawnictwo przełomowe, które otworzyło kapeli wrota do sławy i pieniędzy...no można tak powiedzieć, bo jak podaje wikipedia większość z kawałków, jakie się tutaj znajdują były puszczane w kanadyjskim radio CFNY. Epka dłuższa niż poprzednia, lepiej wyprodukowana, ale posiadająca utwory na podobnym poziomie.

"My Mama raised a devil child..." - takimi słowami rozpoczyna się epka. Utwór króciutki, bo trwa niecałe 2 minuty, ale kasuje całą poprzednią epkę - oczywiście chodzi wyłącznie o jakość miksu. Brzmienie jest już profesjonalne, wokal nie zanika gdzieś w oddali, a gitary nie pierdzą i nie dudnią jak poprzednio. Sam kawałek może nie jest genialny, ale mniej więcej nakierowuje czego można się spodziewać dalej. A kolejne numery są już tylko lepsze. "Bounce" to chyba największy hicior na tym wydawnictwie. Już sam początek rozwala, bynajmniej nie chodzi o ten rwany riff, ale o dudniącą gitarę i żywiołowe wejście + wokal Danko. To czego mi w tym numerze brakuje to jakiegoś naprawdę chwytliwego refrenu. Wówczas kawałek byłby niemalże idealny. "Sex Change Shake" to znowu szybkie granie wypakowane dobrą energią. Dobry, wpadający w ucho riff i równo bijąca perkusja. Może kawałek nie zachwyca, ale wpada w ucho, a przecież o to chodzi. I w końcu kawałek, który ciągnie się za Danko Jones aż do dzisiaj - "Mango Kid". Numer wolny, nawet nieco mulący, bo ten riff niezbyt powalający i mocno usypiający. Może i jest ciekawy, ale jakby tak dołożyć tutaj trochę więcej życia to byłoby zdecydowanie lepiej. Najzwyczajniej w świecie brakuje kopa. Ale to jeszcze nie jest najdziwniejszy numer na tym albumie, to zaszczytne miejsce należy się bez dwóch zdań "If I Were You", gdzie Danko śpiewa miękkim, wręcz nienaturalnym głosem przy akompaniamencie plumkającej gitary. No nie wiem co to jest, dopiero pod koniec kawałek się nieco ożywia, ale to zdecydowanie za mało. Ostatni kawałek jest już nieco żywszy, ale przy bliższym zapoznaniu też niczym nie zaskakuje, ot taki sobie numer hard rockowy bez specjalnej przebojowości. Ta pierdząca gitara dodaje trochę uroku numerowi "My Love Is Bold", ale to tylko tyle.

Epka "My Love Is Bold" początkowo wydawała mi się rewelacyjna, nawet po kilku odsłuchach chciałem jej dać ocenę wyższą niż "Below The Belt", ale przy bliższym zapoznaniu, wsłuchaniu się w ten materiał już wiem, że jakościowo jest to materiał porównywalny do epki "Danko Jones". Zasadnicza różnica dzieląca te dwa wydawnictwa to produkcja. Na epce z 1999 roku ta już jest w pełni profesjonalna, ale jednocześnie kapela jakby straciła nieco na swojej świeżości i straciła pomysł na ciekawe kawałki. Największy hicior na tym wydawnictwie to "Bouncer", ale brak chwytliwego refrenu jednak nieco boli.

Ocena: 6,5/10

czwartek, 4 marca 2010

Jesus Chrysler Suicide - Eso Es

Jesus Chrysler Suicide - Eso Es

Rok wydania: 1999
Gatunek: industrial rock/punk/nu metal
Kraj: Polska

Tracklista:
01. Silikon Disco 04:13
02. Lola Wita Was 03:17
03. Maradon 03:13
04. Transsocean 03:45
05. Zły 03:24
06. El Dorado 03:06
07. Do Nie Do Zo Ba Cze Nia 03:38
08. Grunwald 14:10 04:48
09. Kosovo 03:34
10. Zapalony 04:03
11. Autostrada Na Księżyc 04:14
12. Transsocean (GB) 05:23
13. Jama Weringa 27:16

Skład zespołu:
Tomasz Rzeszutek - wokal, gitara, gitara basowa
Sławomir Leniart - gitara, klawisze, wokal
Robert Grubman - gitara
Maciej Owczarek gitara basowa, gitara
Krzysztof Żurad - perkusja

sobota, 26 września 2009

Throwdown - Beyond Repair (1999)


Throwdown - Beyond Repair

Rok wydania: 1999
Gatunek: hardcore/metalcore
Kraj: USA

Tracklista:
01. No One
02. Falling Forward
03. Don't Lose Sight
04. Slip
05. Power Figure
06. Standing Tall
07. Sellout
08. Never Too Old
09. The Enemy
10. Laid to Rest
11. I Will Stand
12. As We Choke
13. Get Sick

Każdy kto słyszał chociażby kilka debiutanckich metalcore'owych albumów wie czego może się spodziewać po kolejnym - są oczywiście wyjątki takie jak Betrayal, czy Pilgrimz. Ale nie takie zespoły mam na myśli - raczej chodzi mi o bandy, które łączą w swojej muzyce w prostej linii hardcore z metalem. Spoglądając na okładkę, tym bardziej byłem przekonany o tym, że nie dostanę tutaj niczego specjalnego.

A jednak Throwdown zafundował mi skromne (ale jednak) zaskoczenie. Może i jest to standard, może i słuchając gitar rozpoczynających "No One" miałem wrażenie deja vu. Z tymże można grać jak wszyscy i jednocześnie sprawiać, że muzyka brzmi oryginalnie - tak właśnie gra ten amerykański zespół na swoim debiutanckim albumie. Ważne jest tutaj brudne brzmienie, które dodaje uroku materiałowi składającemu się na "Beyond Repair". Jedno co mnie denerwuje na tym albumie to perkusja "stuku-puku" - to jest coś co potrafi zepsuć nawet najlepszy materiał. I chociaż album jako całość mi się bardzo podoba - zrobił kilka okrążeń pod rząd, to jednak ta raczej niewysokich lotów perkusja wpływa na ostateczne brzmienie całości. No to na perkusję sobie ponarzekałem, teraz trzeba wyciągnąć z gąszczu kilka numerów wyróżniających się - na pewno otwieracz, czyli "No One" z początku pełen energii, a ostatecznie dość walcowaty. "Power Figure" z dobrymi chórkami i chwytliwym riffem, który bardzo dobrze zgrywa się z okrzykami. "The Enemy" za ogólny feeling - walcowatość pełna energii, takie kawałki rzadko się trafiają. "Laid To Rest" z zapadającym w pamięć refrenem - tak, wiem, że nie jest on niczym niezwykłym, ale jednak w pamięci pozostaje (zwłaszcza jak się przypomni ten charakterystyczny riff). I na koniec "As We Choke" - wkurwiający początek, ale w końcu porządna praca perkusji (jest oczywiście "stuku-puku", ale mnie denerwujące). A końcówka to już piękna galopada na perkusji - która przechodzi na kawałek zamykający ten album, ale w końcu staje się tak kwadratowa, że aż odrzuca. Do wokalu nie mogę się przyczepić, ten jest na wysokim poziomie od samego początku aż do końca i bardzo dobrze, w końcu ktoś trzymać poziom musi ;-)

Podsumowując powiem, że jest to bardzo dobry debiut. Nic wielkiego, nic odkrywczego, szczególnie wyróżniającego się, ale jednak chce się tego słuchać. Coś w tym musi być, jakaś moc przyciągania. Dużo brudu i jakby nie patrzeć energii. Wielbicielom metalcore'a chyba polecać nie muszę, a pozostałym polecam jak najbardziej.

Ocena: 7,5/10

Narnia - Long Live The King (1999)


Narnia - Long Live The King

Rok wydania: 1999
Gatunek: power metal
Kraj: Szwecja

Tracklista:
01. Gates Of Cair Paravel
02. Living Water
03. Shelter Through The Pain
04. The Mission
05. What You Give Is What You Get
06. The Lost Son
07. Long Live The King
08. Dangerous Game
09. Star Over Bethlehem
10. Shadowlands

Skład muzyków, którzy tworzyli ten krążek wygląda następująco:
Christian Liljegren - wokal
Carljohan Grimmark - gitara, gitara basowa, klawisze, chórki wokal
Jakob Persson - gitara basowa
Martin Claesson - klawisze
Andreas Johansson - perkusja

Także widać, że zespół personalnie się rozrósł - przypomnę, że na pierwszym albumie w skład zespołu wchodzili tylko Christian i Carljohan, pozostali muzycy wystąpili jako goście specjalni. Tutaj już jako prawowici członkowie zespołu - tak naprawdę z gości specjalnych z "Awakening" do zespołu na stałe wkroczył tylko Persson.

Przechodząc do samego materiału zawartego na krążku - ci, którzy myśleli, że po tym jak Narnia w końcu stanie się pełnowymiarowym zespołem (w sensie wszystkie stanowiska zostaną obsadzone) to zmieni styl musieli się srogo zawieść, bo zespół jak grał na pierwszym albumie podobnie gra na drugim. Mimo tego drugi LP Narni nieco bardziej mi się podoba, chociażby ze względu na łatwą przyswajalność niektórych utworów - np. "Living Water" czy "What You Give Is What You Get" (z bardzo ładną solówką). Bardzo dobrym kawałkiem mógłby się stać "The Lost Son", gdyby nie to, że wokal Christiana jest na początku jakiś stłumiony - później już jest na szczęście dobrze. Kawałek tytułowy wydaje mi się jakiś taki bez jaj...refren jest ok, ale pozostała część utworu w ogóle mi nie pasuje. A za zabijacza numer jeden na tym albumie uznaję zdominowany przez klawisze (tylko w intro i refrenie) i szybki riff kawałek "Dangerous Game" - zresztą jest to jeden z pierwszych numerów Narni jakie usłyszałem i jednocześnie jeden z najlepszych tego bandu, chociażby z tego względu, że bardzo dużo w nim życia, nawet chórki są jakieś lepsze. I jeśli ktoś myśli, że kawałek tytułowy jest tutaj jedynym nagranym "bez jaj", to niestety się myli, bo jest jeszcze "Star Over Bethlehem" - z tymże tutaj nie ma nawet dobrego refrenu, a szkoda, bo pozostała część krążka jest naprawdę dobra i chwytliwa. Jakby spojrzeć na ten album nieco z ogólnego punktu widzenia to tylko dwa utwory psują obraz całości - te dwa nagrane jakby pod przymusem, bez życia, czyli "Long Live The King" i "Star Over Bethlehem". I niestety to bardzo rzutuje na końcową ocenę - chciałem dać na początku 8,5/10 (ba, nawet zastanawiałem się nad 9/10), ale w takim przypadku daję 8/10 - z tymże zaznaczam, że drugi LP cenię bardziej niż pierwszy.

Ocena: 8/10

niedziela, 20 września 2009

Walls Of Jericho - Bound Feed The Gagged (1999)


Walls Of Jericho - Bound Feed The Gagged

Rok wydania: 1999
Gatunek: metalcore
Kraj: USA

Tracklista:
01. Playing Soldier Again
02. Home Is Where The Heart Is
03. Changing Times
04. Unwanted Ressistance
05. Misanthropy
06. Beneath The Exterior
07. Full Disclosure
08. Family Values
09. Why Father
10. Angel
11. Inevitable Repercussions

Pierwszy pełny LP studyjny zespołu został wydany w tym samym roku, w którym została wydana epka "A Day And A Thousand Years". Na "The Bound Feed The Gagged" znajduje się 11 krótkich kompozycji - tzn. średni czas trwania utworu to lekko ponad 2 minuty. Niestety materiał zgromadzony na ten album niczym rewelacyjnym nie jest - chociaż kilka perełek da się wyłowić, z czego jedną jest na pewno "Misanthropy", innym nieco mniej udanym jest "Full Disclosure", otwieracz też należy zaliczyć do grupy tych udanych. Trafił się tutaj również utwór całkowicie chybiony, kompletnie nie pasujący do całości. Chodzi o balladę "Angel". Gitarka fajnie sobie w niej pomyka i jako ballada nie jest to zły utwór, ale tutaj miało być ostro, agresywnie, a tutaj taki klops. Każdy kto spodziewa się po "Bound Feed The Gagged" muzyki szybkiej, agresywnej, ale nie pozbawionej melodii i dobrych partii perkusyjnych na pewno się nie zawiedzie (oczywiście musi przeskoczyć kawałek "Angel"). Ja jednak wymagam jeszcze trochę mocy, która tutaj pojawia się sporadycznie.

Ocena: 6,5/10

Walls Of Jericho - A Day And A Thousand Years (EP) (1999)


Walls Of Jericho - A Day And A Thousand Years (EP)

Rok wydania: 1999
Gatunek: metalcore
Kraj: USA

Tracklista:
01. A Day And A Thousand Years
02. Our Tale End
03. Athenian
04. Moment Of Thought
05. Why Father
06. Overpower
07. Collecting On A Debt

Jak to często bywa z debiutami mamy materiał średnio dopracowany. Można mieć zastrzeżenia do brzmienia (raczej nie najlepszy miks). Same kawałki też nie są specjalnie porywające - mimo tego przesłuchałem tej epki kilka razy, czyli jednak coś w sobie ma. Candace od czasu do czasu poza darciem się do mikrofonu coś powie normalnym głosem, ale czy można to uznać za urozmaicenie? Chyba nie. W każdym razie niczego specjalnego na tej epce nie ma, ale jednak wciąga. Ocena to jakieś 6/10 - bo niby ok, ale brzmienie trochę odstręcza, chociaż zaznaczam, że jest dużo lepsze niż w większości podobnych debiutów.

Soul Embraced - Fleshless (EP) (1999)

Soul Embraced - Fleshless EP

Rok wydania: 1999
Gatunek: mdm/christian metalcore
Kraj: USA


Tracklista:
01. Sacrificium: Suffer No More
02. Cleansed
03. Seperation
04. Fleshless
05. Without Sight

Jest to pierwsze wydawnictwo Soul Embraced - praktycznie ciężko mówić, żeby tutaj był obecny metalcore, bo ten wtedy jeszcze nie był nawet w powijakach, dlatego przeważa tutaj death metal, w którym główną rolę ogrywają ciężkie gitary (rwane riffy) i szybka perkusja. Chad drze mordę, że aż miło - w sumie jego wokal jakiejś wielkiej ewolucji przez lata nie przeszedł. Momentami da się tutaj usłyszeć black metalową perkusję (zwłaszcza w "Withouth Sight"), a także elementy brutalnego death metalu. W każdym razie jak na początki to jest to dobra epka oczywiście z dużą dawką chrześcijańskiego przesłania. Ale kto by zwracał na to uwagę? I tak najważniejsze jest to, że gitary grają, perkusja zapieprza, a Chad zdziera gardło.

Ocena: 7/10

poniedziałek, 14 września 2009

The 69 Eyes - Wasting The Dawn (1999)

The 69 Eyes - Wasting The Dawn

Rok wydania: 1999
Gatunek: gothic metal/glam metal
Kraj: Finlandia

Skład zespołu:
Jyrki 69 - wokal
Bazie - gitara
Timo-Timo - gitara
Archzie - gitara basowa
Jussi 69 - perkusja

Tracklista:
01. Truck On
02. Lay Down Your Arms, Girl
03. Wasting The Dawn
04. You Ain't The Reason
05. Lazarus Heart
06. Who's Gonna Pay The Bail?
07. All-American Dream
08. Be My Speed
09. Hand Of Gd
10. Next Stop Paradise
11. Starshine

Od razu przyznaję, że ten album jest bardziej reprezentatywny dla wcześniejszej muzyki The 69 Eyes. Dużo więcej tutaj agresywnych dźwięków, dużo chaosu i wokale Jyrki nie są takie niskie - za to są krzykliwe i bardziej...punkowe? W każdym razie album jest dość ciekawy - trzyma słuchacza w ryzach od pierwszej do ostatniej minuty, chociaż jednego mu brakuje - późniejszej przebojowości, która tak naprawdę otworzyła bramy do sławy dla tego zespołu. Tzn. jeśli chodzi o melodie to też jak najbardziej znajdują się na tym krążku - ale są przykryte grubą warstwą kurzu, czy brudu (kto o woli). Brzmienie do najczystszych nie należy, ale co z tego? Krążka słucha się dobrze...ale tylko dobrze. Kilka bardzo dobrych utworów jeszcze nie robi z tego krążka wydawnictwa wybitnego. Tak naprawdę jedynym utworem, który jako tako nakierowuje słuchacza na to co będzie na kolejnych albumach jest "Hand Of God" - no może jeszcze "Next Stop Paradise". W sumie jak nigdzie nie drażnią mnie przestery wokalu tak tutaj kompletnie mi nie pasują, a są praktycznie obecne na każdym kroku. Oczywiście największym zabijaczem na krążku "Wasting The Dawn" jest utwór tytułowy.

Ocena: 6,5/10.

Unearth - Above The Fall Of Man (EP) (1999)


Unearth - Above The Fall Of Man (EP)

Rok wydania: 1999
Gatunek: metalcore
Kraj: USA

Tracklista:
01. Call To Judgement
02. Canvictions
03. Lefty
04. Shattered By The Sun

Można powiedzieć, że to taka "przed-debiutancka" epka, która ukazała się nakładem wydawnictwa Endless Fight Records. W tym samym składzie Unearth nagrał zresztą swój debiutancki album.

A słychać tutaj jeszcze więcej surowości niż na "The Stings of Conscience" - jest też wina produkcji, a ta niestety do najlepszych nie należy. Nie ma się czemu dziwić, bo sam wydawca nie był w pełni profesjonalny. Cała epka pojawiła się też na składaku Unearth "Our Days Of Eulogy", który został wydany w 2005 roku przez Eulogy Records. Wracając do samej epki - cztery numery, które się na niej znajdują to w większości taki hardcore zabarwiony nieco metalem, ale chyba jeszcze nie metalcore. Trevor po prostu się drze, ani nie do końca wpada w rytm, ani nie próbuje tego robić - chociaż w niektórych momentach w chaotycznym "Lefty" może się wydawać inaczej ;-) "Shattered By The Sun" brzmi bardzo słabo - dla porównania zapuściłem sobie ten sam numer nagrany profesjonalnie na pierwszym LP, różnica jest duża (nawet jest spora różnica czasowa - ten z epki trwa ponad 5 minuta, natomiast ten z LP trwa niecałe 4). Ale to cały czas wina tej słabej produkcji, która odbiła swoje piętno na tej epce. Mimo tego świdrujący riff jest całkiem nieźle słyszalny. Beatdown'ów nie ma prawie wcale.

Tą epkę można sobie spokojnie odpuścić, jeśli się nie jest fanem Unearth. Co prawda jest to pewnego rodzaju ciekawostka, ale niestety nic więcej. Można sobie też porównać "Shattered By The Sun", żeby dojść do wniosku, że to niemalże dwa różne kawałki ;-) W każdym razie dla mnie ta epka to ciekawostka, która pokazała mi jak może brzmieć Unearth ze sławą produkcją.

Ocena: 4,5/10

piątek, 11 września 2009

Rammstein - Live Aus Berlin (1999)


Rammstein - Live Aus Berlin

Data wydania: 1999
Gatunek: industrial metal
Kraj: Niemcy

Tracklista:
01. Spiel Mit Mir
02. Herzeleid
03. Bestrafe Mich
04. Weisses Fleisch
05. Sehnsucht
06. Asche Zu Asche
07. Wilder Wein
08. Klavier
09. Heirate Mich
10. Du Rriechst So Gut
11. Du Hast
12. Engel
13. Rammstein
14. Tier
15. Laichzeit
16. Wollt Ihr das Bett in Flammen sehen
17. Seemann

Nie będę się zajmował koncertowym krążkiem, bo koncert w formie audio wypadł wyśmienicie, ale jak wiadomo głównym atutem Rammstein jest oprawa wizualna ich koncertów - to taka wizytówka tego zespołu.

Po nagraniu dwóch krążków studyjnych zespół postanowił nagrać album koncertowy - najlepszym miejscem do tego celu okazał się Berlin, a dokładnie Parkbuhne Wuhlheide. Zarejestrowany materiał pochodzi z koncertu, który odbył się 23 sierpnia 1998 roku.

Intro do "Spiel Mit Mir" posłużyło jako intro do koncertu - nadało się do tego idealnie - w trakcie jego trwania pojawiają się kolejni członkowie zespołu - po kolei byli podświetlani. Oczywiście nie mogło też zabraknąć fikuśnych strojów - najciekawszym chyba odznaczał się basista Oliver Riedel :lol: Za to obydwaj gitarzyści kiwali się jak manekiny - do tego każdy z nich odpowiedni ucharakteryzowany. Przez pierwsze kawałki zespół nie musiał specjalnie rozgrzewać publiczności - zresztą nic dziwnego, początek naprawdę wspaniały. Nawet niezbyt lubiane przeze mnie "Herzeleid" wypadło bardzo dobrze. Na "Bestrafe Mich" pojawiają się już pierwsze oznaki prawdziwego show - co prawda bicz w ręku Tilla jest ściśle związany z tematem utworu. No i popisowa solówka Christiana, czemu towarzyszą taneczne podrygi ;-) Prawdziwe show, przez duże "S" - a to jak zwykle zasługa pirotechniki - a za początek posłużył numer "Weisses Fleisch". I gwódź programu taniec Christiana :lol: I pomyśleć, że ten koleś był sceptycznie nastawiony co do grania w Rammstein. I tak naprawdę ten utwór rozgrzał zgromadzoną widownię do czerwoności. Zresztą nic dziwnego, bo po "Weisses Fleisch" jest jeszcze lepiej. Po dwóch niesamowitych kawałkach - "Sehnsucht" i "Asche Zu Asche" (w którym to nastąpiła solówka Oliviera) zespół postanowił, że fani powinni nieco ochłonąć i zaserwował im dwa spokojne utwory - "Wilder Wein" i "Klavier". Przy czym nawet średni "Wilder Wein" wyszedł tutaj jak rasowy zabijacz - warto zwrócić uwagę na to jak Till przeżywa ten kawałek. Pod koniec tego kawałka Till staje w płomieniach i pojawiają się trzej "amigos" w sombrero i przygrywają mu na akustycznych gitarach. Później bardzo ładne wykonanie ballady z mocnym kopem w ryj - czyli "Klavier". I tyle by było tego spokoju - bo następuje łańcuch czterech niezwykle żywiołowych kawałków, który rozpoczyna "Heirate Mich", a kończy "Engel". Oczywiście najważniejsze kawałki to te, w których może uczestniczyć publiczność - tak też się dzieje przy okazji utworu "Heirate Mich". Ich największemu zabijaczowi z pierwszej płyty (czyli "Du Riechst So Gut") towarzyszy pokaz pirotechniczny - a raczej strzelanie z ognistego łuku przez Tilla i rozwalanie przez niego statywu do mikrofonu, czemu towarzyszą wybuchy iskier. I na sam koniec symboliczne zejście Tilla do publiczności. Jeśli ktoś jeszcze nie wpadł w jakiś amok to może to zrobić przy okazji utworu "Du Hast". Utworowi "Engel" towarzyszy przedstawienie, które ma po części oddać klimat wideoklipu nagranego do tego kawałka (obowiązkowa dziewczyna w płonącej klatce ;-) ). Ten numer jest bardzo bogaty w dodatki pirotechniczne - a to buchające płomienie, a to znowu iskrząca się perkusja. I zespół schodzi ze sceny...żeby zaraz powrócić :-) Niby to na bis, ale przecież nie zagrali jeszcze utworu programowego, czyli "Rammstein". Po długaśnym wstępie w końcu na scenie powtórnie pojawia się zespół z płonącym Tillem i odgrywa największy walec w swojej dyskografii. Jak ktoś myślał, że na tym się skończy to był w błędzie, bo przed nami jeszcze cztery wyśmienite numery - a łańcuch rozpoczyna "Tier" pochodzący z albumu "Sehnsucht". Gościnnie występuje tutaj dziewczynka i dwuznaczne gesty Tilla ;-) Tematyka kawałka bardzo ważna. I wreszcie jeden z moich faworytów - "Laichzeit", któremu towarzyszą wybuchy białego dymu i mnóstwo błyszczącego konfetti. I w końcu pojawia się otwieracz z albumu "Herzeleid", czyli "Wollt Ihr Das Bett In Flammen Sehen" - któremu znowu towarzyszą bogate pokazy pirotechniczne i okrzyki "Rammstein". Na sam koniec Till serwuje publice pokaz miotacza ognia. I na bis zespół gra balladę "Seeman" - i tutaj znajduje się znana scena z Christianem umiejscowionym w pontonie, przemierzającym po wznoszącej go publiczności. Chyba jedna z lepszych scen koncertu i zakańczająca koncertowy album "Live Aus Berlin".

Z koncertowego dvd został wycięty utwór "Buck Dich" - był zbyt obsceniczny i uniemożliwiał wydanie krążka w wielu krajach. Podczas trasy koncertowej po USA Till i Christian zostali aresztowani za przedstawienie seksu analnego (używając dildo wypełnionego wodą), które to przedstawienie zawsze towarzyszyło temu utworowi. Kawałek "Buck Dich" znalazł się tylko na niecenzurowanym wydaniu VHS koncertu "Live Aus Berlin".

Jeśli ktoś nie ma swojego typu co do najlepszego koncertowego dvd to w "Live Aus Berlin" ma 100% kandydata na to miejsce. U mnie jest to zdecydowany numer jeden - idealna setlista, mnóstwo pirotechniki, widowiskowość show i wszystko co poza tym - czyli np. zgranie publiczności, na szczęście ta nie zawiodła. Ocena może być tylko jedna - 10/10. Najlepsza koncertówka jaką widziałem, kto nie widział powinien szybko to nadrobić.

piątek, 28 sierpnia 2009

Danzig - 6:66 Satan's Child (1999)

Danzig - 6:66 Satan's Child

Rok wydania: 1999
Gatunek: heavy metal/industrial metal/experimental
Kraj: USA

Tracklista:
01. Five Finger Crawl
02. Belly Of The Beast
03. Lilin
04. Unspeakable
05. Cult Without A Name
06. East Indian Devil
07. Firemass
08. Cold Eternal
09. Satans Child
10. Into The Mouth Of Abandonement
11. Apokalips
12. Thirtreen

Skład zespołu:
Glenn Danzig - wokal
Jeff Chambers - gitara
Josh Lazie - gitara basowa
Joey Castillo - perkusja

Po walce z Def America i Rickiem Rubinem Glenn w końcu uzyskał pełne prawa do niewyadanych materiałów nagranych pod skrzydłami Def America. W związku z tym pełen zapału wszedł do studia w listopadzie 1999 roku, żeby nagrać nowy materiał na szósty już krążek, który miał się ukazać pod szyldem Danzig. Nowy materiał był połączeniem nowego stylu (tego z "Blackacidevil") ze starym stylem (znanym z trzech pierwszych krążków). Oczywiście wszystkich fanów nie sposób zadowolić - część przyjęła nowy materiał pozytywnie, a część zarzucała Glennowi, że nagrał materiał z pogranicza nu-metalu. Jak dla mnie zarzuty o ciągoty Glenna do nu-metalu są jak najbardziej bezpodstawne - no chyba, że ktoś za nu-metal uważa używanie przesterów w wokalu.