Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2004. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2004. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 lutego 2016

Prosto z półki: Cipher System - Central Tunnel Eight (2004)

Cipher System - Central Tunnel Eight

Data wydania: 02.11.2004
Gatunek: mdm
Kraj: Szwecja

Tracklista:
01. In Perfection
02. 24 Hours Left
03. What If
04. State Unknown
05. Central Tunnel Eight
06. Life Surrounds
07. C.S.I.
08. Sufferstream
09. Receive, Retrieve & Escalate
10. Complete
11. Slow Chemical-Controle H (Outro)

Skład:
Daniel Schöldström - wokal
Johan Eskilsson - gitara, wokal (czysty)
Magnus Öhlander - gitara
Henric Carlsson - gitara basowa
Pontus Andersson - perkusja
Peter Engström - klawisze, chórki

Miałem taki dość krótki okres w swoim życiu, kiedy kupowałem co popadnie ze sklepu niemieckiej wytwórni Lifeforce Records. Tak się akurat złożyło, że był to chyba jeden z pierwszych zagranicznych sklepów internetowych, w którym zdecydowałem się zaryzykować i zamówić kilka płyt. "Central Tunnel Eight" na pewno nie znajdował się w mojej pierwszej paczce, ale raczej w którejś z kolejnych (zresztą nigdy nie trafiłem na słabą płytę od tej wytwórni). O ile dobrze pamiętam, to to konkretne wydawnictwo zakupiłem przy okazji jakiejś sporej promocji w sklepie Lifeforce Records. No dobra, ale cóż to za kapela ten cały Cipher System? To szwedzka formacja grająca melodic death metal. Zespół powstał w 1995 roku, ale pod nazwą Eternal Grief, dopiero w 2001 roku szyld został zmieniony na Cipher System. Po tą nazwą grupa podpisała umowę z Lifeforce Records i zaczęła karierę od nagrania splitu z metalcore'ową kapelą By Night (o splicie napiszę w najbliższym "Na skróty"). Zaledwie kilka miesięcy później Szwedzi wydali omawiany "Central Tunnel Eight", który był ich debiutanckim materiałem.

czwartek, 23 października 2014

Drugie Spojrzenie: Gene Simmons - Asshole (2004)

Gene Simmons - Asshole

Data wydania: 2004
Gatunek: hard rock/rock
Kraj: USA

Tracklista:
01. Sweet and Dirty Love
02. Firestarter (The Prodigy cover)
03. Weapons of Mass Destruction
04. Waiting for the Morning Light
05. Beautiful
06. Asshole
07. Now That You're Gone
08. Whatever Turns You on
09. Dog
10. Black Tongue
11. Carnival of Souls
12. If I Had a Gun
13. 1,000 Dreams

O tej płycie już pisałem na Crossroads Of Metal, nawet z czystego lenistwa chciałem skopiować recenzję i wkleić ją tutaj (co już mi się zdarzało). Ale wpadłem na pewien pomysł - co prawda jest masa albumów, które chciałbym zrecenzować, ale są też takie, którym mogę dać drugą szansę. Tak też postanowiłem zrobić z solowym albumem Gene'a Simmonsa. Takie recenzje będą się pojawiały sporadycznie, ale mam nadzieję na rozwinięcie się tego cyklu.

Gene'a Simmonsa znają chyba wszyscy fani ostrzejszego grania, w końcu to najbardziej znany muzyk wchodzący w skład legendarnej grupy KISS. Nie jest chyba dla nikogo niespodzianką, że członkowie KISS działali również solowo. Swoje płyty mają Paul Stanley, Peter Criss i Ace Frehley (ten niedawno wydał naprawdę dobry album "Space Invader"), więc dlaczego swojego solowego krążka nie mógł nagrać Gene? Oczywiście, że mógł, a skoro mógł to to zrobił.

sobota, 22 stycznia 2011

HeavyDance - HeavyDance (2004)

HeavyDance - HeavyDance

Data wydania: 2004
Gatunek: heavy metal/dance
Kraj: ?

Tracklista:
01. Livin' On A Prayer
02. Jump
03. The Trooper
04. Up Around The Bend
05. Aces High
06. You Give Love A Bad Name
07. We Rock
08. Thunderstruck
09. Lick It Up
10. You Shook Me All Night
11. Out In The Fields
12. Bark At The Moon
13. Ace Of Spades
14. We're Not Gonna Take It
15. The Final Countdown

Macie znajomych, którzy uważają, że metal jest wyłącznie dla satanistów? Za to ta sama grupa waszych kumpli jara się najnowszymi hitami lansowanymi przez MTv czy Vivę? Jeśli tak to w 2004 roku powstał album, którym miał za zadanie połączyć wielbicieli disco i metalu. Niestety wielu metalheadów nie doceniło tej inicjatywy i album "HeavyDance" został uznany za jedną z największych profanacji minionej dekady.

czwartek, 12 sierpnia 2010

Mictlantecuhtli - Pillars of Silence (2004)



Mictlantecuhtli - Pillars of Silence

Mictlantecuhtli na myspace

Rok wydania: 2004
Gatunek: black metal/thrash metal
Kraj: USA


Tracklista:
01. Blood of Kings
02. Pillars of Silence
03. One Last Battle
04. Return of the Black Feathered Serpent
05. Eternal
06. Broken Shields
07. My Darkest Empire
08. Heart of the Sun
09. Solar Snake

Krążek otwierają bojowe bębny z nieco brudnym riffem. Zresztą miałem na początku wrażenie, że będzie to garażowe granie, na szczęście to tylko mylne wrażenie towarzyszące pierwszym dźwiękom. Już w "Blood Of Kings" da się zauważyć, że Mictlantecuhtli to nie tylko black metal, ale mieszanka z thrashem - tak jak wspominałem wcześniej obydwaj gitarzyści są ewidentnie thrashowi. Ale nie można narzekać na brak black metalu, bo tego przede wszystkim dostarczają wokalista i perkusista. Co ciekawe na krążku fragmenty instrumentalne, bo chyba nie wszystkie można nazwać solówkami - są zagrane bardzo technicznie, tzn. nie mamy np. 20 sekundowej łupaniny, po której wchodzi wokalista. Wszystkie te wstawki instrumentalne są jakby stonowane. Na MA wyczytałem, że wokal przypomina trochę Abbatha z Immortal - i rzeczywiście. Jak włączyłem losowy utwór Immortal to ciężko się oprzeć wrażeniu, że wokalnie Abbath i Cuauhtemoc są do siebie podobni. Na krążku znajduje się jeden numer całkowicie instrumentalny - "Eternal" - czuć w nim epickość, ale stanowi on tylko wprowadzenie do kawałka "Broken Shields". Ogólnie rzecz biorąc jest to solidny krążek, ale niestety nic więcej - może drugi będzie zdecydowanie lepszy. Tutaj wystawiam ocenę 7,5/10 - bo 7 to za mało, a 8 to za dużo.
Najlepsze utwory to "Blood Of Kings", "One Last Battle", "My Darkest Empire" i "Broken Shields".

Jest nawet klip promujący debiut Mictlantecuhtli:
Mictlantecuhtli - One Last Battle

Ocena: 7,5/10

sobota, 8 maja 2010

Dionysus - Anima Mundi (2006)



Dionysus - Anima Mundi

Dionysus na myspace

Data wydania: 2006
Gatunek: power metal
Kraj: Szwecja


Tracklista:
01. Divine 04:08
02. Bringer of War 05:01
03. Anima Mundi 03:29
04. Heart Is Crying 04:56
05. What 05:13
06. Eyes of the World 05:35
07. March for Freedom 05:58
08. Closer to the Sun 03:14
09. Forever More 04:48
10. Paradise Land 04:53
11. March for Freedom (radio edit) 05:02


Jest to drugi krążek szwedzkiej grupy Dionysus, poprzedni wydali dwa lata wcześniej - tamtym albumem bardzo wysoko postawili sobie poprzeczkę. Czy drugi album chociaż w połowie jest tak dobry jak debiut? To wymaga przeniesienia się w czasie...albo po prostu zapuszczenia krążka i przypomnienia sobie co też przygotowali nam Szwedzi, którzy nazwę zespołu pożyczyli sobie od imienia greckiego boga wina.

A teraz przejdźmy do samego albumu. Pierwszy utwór zaczyna krótka potyczka gitary z klawiszami, które w końcu łączą swoje siły i atakują wokalistę, który odpiera atak i wysuwa się na prowadzenie. "Divine" to dobry utwór, melodyjny...chyba, aż za bardzo. Ale taki już styl prezentuje Dionysus. Nie ma co wydziwiać, kawałka numer 1 słuchałem z przyjemnością, aż chce się zaśpiewać z Olafem "cause I am the maker of miracles ". To tylko potwierdza, że pan Hayer to człowiek na odpowiednim stanowisku i lepszy do Dionysus trafić nie mógł.

"Bringer Of War" zaczyna się ciężko, wolno, jedzie niczym walec - w porównaniu z innymi kawałkami Dionysus ten wyróżnia się jednak ciężarem. Gitary grają w jednym tempie, perkusja im wtóruje, a Hayer daje z siebie wszystko. Utwór dobry, potrzebny jak najbardziej, ale ja bym go wrzucił nieco dalej, bo na drugi kawałek wybrałbym raczej kawałek tytułowy. "Anima Mundi" zaczyna się tak jakby od środka, bo dźwięki się nie zaczynają, ale słuchając tego miałem wrażenie jakbym został wrzucony w coś co już wcześniej zaczęło trwać, a ja mam możliwość usłyszenia wyrwanego kawałka (nie, nie jest to sampel). Ale to jest cały czar tego kawałka, niezwykle chwytliwego, przepełnionego energią. Jeśli ktoś słucha tego utworu i podczas refrenu nie ma ochoty otworzyć paszczy i zawtórować Hayerowi to znaczy, że coś jest nie tak. Albo słuchacz nie lubi melodyjnego power metalu, albo...sam nie wiem. Ja przy "Anima Mundi" zawsze muszę chociaż nucić sobie podczas refrenu. Czy to jest najlepszy kawałek na płycie? Jeszcze przyjdzie mi to osądzić, wolę poczekać do końca i dopiero ostatecznie podjąć decyzję, lepsze to niż wycofywać się w nieskończoność ze swoich typów. Na pewno w utworze tytułowym jest pewna magia.

Dalej znajduje się utwór - "Heart Is Crying". Co może nosić taki tytuł? Łzawa ballada, miałem tylko nadzieję, że nie będzie to powtórka z "Don't Forget". No i doczekałem się przyjemnego zaskoczenia, bo ten kawałek to ballada z iście wybuchowym refrenem, podczas którego gitary zaczynają grać szybciej, a Hayer mimo, że trochę płaczliwym głosem wyje niczym syrena. Przyszła pora na "What" - zaczyna się ciężkawo, ale intro bardzo przyjemne. Wokal Hayera też jakiś taki niestandardowy, muzyka też jakaś dziwna, i do tego jeszcze chóralne zaśpiewy w refrenie. Ale wyczaiłem fragment wyjęty z "Walk On Fire". Jakoś mi średnio ten kawałek pasuje do tej płyty. "Eyes Of The World" - i znowu ciekawe intro - tym razem klawisze na pierwszym planie. Ten numer ma potencjał stania się killerem, ale Hayer śpiewa na nim tak jakby był znudzony, tak jakby nie mógł się doczekać aż to nagranie dojdzie już do końca. Nie wiem, jakoś "Eyes Of The World" nudzi, może to właśnie przez wokal.

W końcu przyszedł czas na 100% balladę - "March For Freedom", chociaż nie - to nie jest ballada, to jest jak hymn. Silne, wolne (prawie, że tempo marszowe) i znowu pełne magii. A Hayer śpiewa zupełnie nie jak Hayer - to nie znaczy, że gorzej. Jego delikatny głos nagle nabiera chrypki i pazura, żeby doczekać do porywającego chóralnego refrenu. Killer absolutny, który powinien zaistnieć na scenie power metalowej. Po wolnym kawałku przyszedł czas na niesamowicie szybkie i energetyczne "Closer To The Sun". I już wiem, że killera numer jeden na tej płycie nie wybiorę, bo za ciężko się zrobiło. "Closer To The Sun" to utwór podobny trochę do tytułowego, ale to raczej pod względem kompozycji i chwytliwości, bo znowu dostaliśmy refren, przy którym nie można nie wspomóc Hayera. No, ale widocznie kawałek ten nie zalicza się do najlepszych Dionysus'a, bo nie znalazł się na kompilacji "The Best Of..." - jestem ciekaw co o tym przesądziło, czy jest zbyt chwytliwy? Zbyt energetyczny? No nieważne, nie znalazł się to trudno. Fani będą musieli sobie kupić wszystkie płyty (chociaż tą ostatnią mogą sobie odpuścić), żeby samemu sobie złożyć prawdziwe "The Best Of...".

Wracając do "Anima Mundi" - myślałem, że zespół zapomniał o obowiązkowej balladzie, ależ skąd. Następnym numer - "Forever More" - to ballada z prawdziwego zdarzenia. Nie jest utrzymany w standardowych klimatach - bo mamy ładnie wybijany rytm przez perkusję i wtórujące gitary, a do tego dochodzi najwyższej klasy wokal Hayera - tutaj już daje z siebie wszystko nie tak jak na jednym z wcześniejszych kawałków. I całe szczęście, bo podczas tej ballady nie mają lecieć łzy, nikt ma nie popełnić samobójstwa użalając się nad sobą - wręcz przeciwnie, ten utwór mimo tego, że to ballada ma w sobie mnóstwo energii. I jak to zwykle bywa dla kontrastu po wolnym kawałku nie może nastąpić nic innego jak szybki kawałek - widocznie muzycy się troszczą o to, żeby słuchacz nie zasnął podczas słuchania ich muzyki.

"Paradise Land" to bardzo mocny punkt tej płyty. Mocno się zaczyna i mocny jest przez cały czas trwania. Mamy dziką galopadę i znowu wojnę gitar z klawiszami, którą przerywa wkroczenie Hayera. Szkoda, że wokalista ta nie wysilał się na ostatnim krążku. Bo tutaj słychać, że daje z siebie wszystko, albo nawet więcej. Lubię ten numer, jest niby standardowy, niby takie p2p2, ale czasami lubię posłuchać takich galopad - zwłaszcza, że wokalista śpiewa w zupełnie innym tempie, on jest tak jakby wyłączony z muzyki, śpiewa sobie we własnym tempie - i co najlepsze wcale to nie przeszkadza, wszystko ładnie się komponuje w jedną składną całość. Jak przez cały album nie wyhaczyłem żadnej ładnej solówki to tutaj ją znalazłem bez większych problemów, no i ta króciutka solówka na basie. O bonusowym kawałku wypowiadać się nie będę, bo to nic innego jak skrócony o minutę kawałek "March For Freedom".

Album bardzo równy z zaledwie jedną wpadką, ale jej się praktycznie nie zauważa skoro na horyzoncie tyle killerów. Teraz już mogę sobie odpowiedzieć na postawione na początku recenzji pytanie - czy zespołowi udało się chociażby doskoczyć do poprzeczki ustawionej przez "Sign Of Truth"? I śmiało mogę odpowiedzieć, że tak i nawet udało im się ją przeskoczyć. Na albumie mamy wiele przebojów, które jednak nie znalazły się na kompilacji składającej się z najlepszych utworów Dionysus. Nie wiem dlaczego się tam nie znalazły, może to kwestia ograniczonego miejsca na płycie...ale dlaczego taki "Eyes Of The World" się tam dostał? Tego pewnie nigdy się nie dowiem. Po przesłuchaniu "Anima Mundi" upewniłem się tylko, że forma Dionysus po 2004 roku zanotowała bardzo duży spadek.W każdym razie przyszedł czas na wystawienie oceny Dionysus za drugi w ich historii album. Kompletu dać nie mogę, bo jednak było małe potknięcie.

Ocena: 9/10

Rammstein - Reise, Reise (2004)



Rammstein - Reise, Reise

Rammstein na myspace

Data wydania: 2004
Gatunek: industrial metal
Kraj: Niemcy


Tracklista:
01. Reise, Reise 04:11
02. Mein Teil 04:32
03. Dalai Lama 05:38
04. Keine Lust 03:42
05. Los 04:24
06. Amerika 03:46
07. Moskau 04:161
08. Morgenstern 03:59
09. Stein Um Stein 03:56
10. Ohne Dich 04:32
11. Amour 04:50


3 lata trzeba było czekać nowy album Rammstein. I niestety po mocarnym "Mutter" muszę powiedzieć, że muzycy średnio się przyłożyli do nagrania nowego materiału.

"Reise, Reise" to już czwarty studyjny album niemieckiej formacji Rammstein - skład personalny się przez ten czas nie zmienił i w tym samy składzie muzycy przysiedli do tworzenia nowego albumu. Ciężkie mieli przed sobą zadanie, bo przebić tak genialny materiał jaki zawierał "Mutter" było niezwykle ciężko. I według mnie nie przebili. Co prawda "Reise, Reise" to bardzo dobry album, ale rozpoczyna póki co krótką erę Rammsteina, którą nazywam "to co po Mutter", można to nazywać różnie, ale jest to pewnego rodzaju kryzys.

Czwarty album jest zdecydowanie mniej elektroniczny niż każdy z poprzednich krążków - czy to minus? Nie wiem, ale od tego zespołu wymagam wiele. I na pierwszy odsłuch może się wydawać, że "Reise, Reise" niewiele ustępuje produkcjom wcześniejszym, ale czy na pewno? Ten album co prawda wylansował kilka hitów takich jak "Mein Teil", "Keine Lust", "Ohne Dich" czy chyba najbardziej rozpoznawalny "Amerika". Według mnie ten ostatni jest bardzo przeciętny i zamiast niego panowie z Rammstein mogli się zająć większym promowaniem numeru "Moskau", który jak głosiła plotka został nagrany razem z rosyjskim Tatu, ale z tego co wiem Viktoria Fersch nigdy z Tatu nie miała nic wspólnego. Ale ten numer na fali popularności rosyjskiego zespołu mógł wypłynąć bardzo wysoko w listach przebojów. Co do pozostałych hitów to muszę przyznać, że są naprawdę na wysokim poziomie - moim zdecydowanym faworytem jest "Keine Lust", które zostało opatrzone bardzo dobrym riffem. Z całego wydawnictwa wyróżniają się jeszcze "Dalai Lama" i "Amour" - głównie z uwagi na ciężar. Pozostałe to zaledwie średnie jak na Rammstein numery, których na którymkolwiek z poprzednich albumów nawet bym nie zauważył.

Podsumowując - mimo tego, że na "Reise, Reise" trzeba było czekać 3 lata to nie wiem czy było warto. Muzyka zespołu została okrojona o elektronikę - co prawda nie całkowicie, ale jej udział został bardzo zminimalizowany. Kilka hitów z tej płyty udało się panom z Rammstein wylansować, ale żaden nie był na tyle wyraźny co te z poprzedniego albumu. Ciężko mi ocenić jakoś ten album, bo tragiczny nie jest, ale jest za to spadkiem formy - stawiam go niżej niż 3 wcześniejsze wydawnictwa.

Ocena: 7,5/10

środa, 11 listopada 2009

Daath - Futility (2004)


Daath - Futility

Rok wydania: 2004
Gatunek: industrial death metal/experimental
Kraj: USA

Tracklista:
01. The One
02. Placenta
03. Filter
04. Child Says
05. Infestation
06. Concentrate Living
07. Blender for the Baby
08. Slow
09. Just for a Second
10. Crystasis

Przyznam, że byłem zaskoczony, że ten zespół nagrał coś przed "The Hinderers" - po prostu nie przypuszczałem, żeby ten zespół mógł mieć inny początek. Jak się jednak okazuje w roku 2004 amerykański zespół Daath (który z muzyką z USA w ogóle mi się nie kojarzy) wydał własnymi środkami album "Futility", który poniżej postaram się w kilku słowach scharakteryzować.

Ten album jest inny, mniej ułożony, bardziej dziki. Już sam otwieracz zwrócił moją uwagę - skojarzył mi się jednym z kawałków Toma Waitsa z albumu "Rain Dogs". Natomiast "Placenta" to już jakiś mocno eksperymentalny kawałek - ani do końca death, ani industrial. Dla mnie te riffy nie brzmią do końca jak death metalowe. Dalsze kawałki to ewidentne eksperymenty - po prostu słychać, że zespół na tym albumie szukał własnego stylu, który pozwoliłby im zaistnieć. To co trzeba przyznać to bardzo dobra współpraca wokalisty z perkusją - zwłaszcza w kawałku "Child Says". Zespół nawet trochę otarł się o nu-metalowe dźwięki w numerze "Blender For The Baby", ale jakbym się nie wsłuchał to bym tego pewnie nie zauważył. Ale i tak najdziwniejszym kawałkiem na tym albumie jest numer "Slow" - lekki, miękki z akustycznym brzmieniem i czystym wokalem. Brzmi to tak jakby ten numer był wrzucony tutaj z innego albumu. Zresztą podobnie brzmi "Just For A Second"...ale mniej więcej od połowy zaczyna się właściwe granie...tyle, że znowu z nu-metalową nutą. A zamykający album "Crystasis" to znowu eksperyment - brzmieniowy, kompozycyjny i raczej średnio udany.

Podsumowując ten album to jeden wielki eksperyment, który powinien przypaść do gustu głównie wielbicielom awangardy metalowej niż zagorzałym fanom industrialnego death metalu. Ewidentnie od samego początku do ostatniej sekundy "Futility" to poszukiwanie własnego stylu, pomysłu na muzykę. Słucha się tego przyjemnie, ale znając już "The Concealers" i "The Hinderers" ciężko mi się podchodzi do muzyki zawartej na "Futility". Z drugiej strony nie dziwię się osobom, które zaczęły psioczyć na ten band po tym jak wydał "The Hinderers" - z awangardy death metalowej stał się industrialnym death metalem. Dla mnie to oczywiście lepiej, ale jako awangarda death metalowa też nie wypadają źle.

Ocena: 7/10

piątek, 16 października 2009

Book Of Reflections - Book Of Reflections (2004)


Book Of Reflections - Book Of Reflections

Book Of Reflections na myspace

Rok wydania: 2004
Gatunek: power metal
Kraj: Szwecja

Tracklista:
01. Phoenix
02. Guardian Of Time
03. Going Through The Motions
04. Tearing Down
05. Slippin' Away
06. Only One Truth
07. Child Of The Rainbow
08. You're Not Alone
09. Book Of Reflections
10. Let It Go
11. Blood From A Stone

Skład zespołu:
Andy Engberg - wokal
Hubi Meisel - wokal
Mikael Holm - wokal
Lars Eric Mattsson – gitara, gitara basowa
Rusty Cooley - gitara
Eddie Sledgehammer - perkusja
Vitalij Kuprij – klawisze

Book Of Reflections to projekt Larsa Erica Mattssona, który napisał wszystkie kawałki (na obydwa krążki) i zajął stanowisko za gitarą, basem i klawiszami. Jednocześnie ten zespół jest takim all-starem ze stajni Lion Music. Do tej pory pod szyldem zostały wydane dwa krążki - "Book Of Reflections" i "Chapter II - Unfold The Future".

Krążek otwiera bardzo energetyczny numer w postaci "Phoenix" - szybkie tempo i dobre klawisze to chyba największe atuty tego kawałka - warto też wspomnieć o dobrych wokalizach. Kolejny numer już nie jest taki porywający - nieco mdła muzyka. "Going Trough The Motions" jeszcze nieco ciekawy ze względu dobrej współpracy klawiszy z gitarami i całkiem chwytliwym refrenem. Niestety im dalej tym gorzej - muzycznie nie ma się do czego przyczepić (poza klawiszami), ale same kompozycje są nudnawe i partie wokalne też nie zachwycają. W każdym razie z dalszych utworów należy wyłowić bardzo dobrą balladę (wg mnie najlepszy numer na krążku) "Slippin' Away". Ten kawałek poza tym, że jest najdłuższy na krążku to zawiera całkiem niezłe solówki - gitarowe, jak i klawiszowe - ciekawy klimat, który kojarzy mi się z egipską orientalistyką. Pozostałe kawałki krążą w oklicach "słaby" i "średniak". Klawisze w końcu zaczynają być irytujące - jak np. w numerze "Only One Truth". Co najgorsze w każdym kolejnym kawałku klawisze odgrywają coraz większą rolę. I o ile prawie każdy numer zawiera chwytliwy refren to muzycznie jest niszczony przez idiotyczne klawisze. I tak gdyby nie mnogość partii parapetowych na "You're Not Alone" to mógłbym go dodać do ciekawych utworów, a tak gnije przez bezsensowne plumkanie.

Oj dawno nie słuchałem tej płyty - widać pozostało mi mylne zdanie o tym krążku, na szczęście go sobie przypomniałem i w sumie zauważyłem, że nie jest to żadna rewelacja (poza kilkoma utworami), a szkoda. Klawisze całkowicie niszczą ten album.

Ocena: 5/10

sobota, 10 października 2009

Lordi - The Monsterican Dream (2004)

Lordi - The Monsterican Dream

Rok wydania: 2004
Gatunek: heavy metal
Kraj: Finlandia

Tracklista:
01. Threatical Trailer
02. Bring It On (The Raging Hounds Return)
03. Blood Red Sandman
04. My Heaven Is Your Hell
05. Pet The Destroyer
06. The Children Of The Night
07. Wake The Snake
08. Shotgun Divorce
09. Forsaken Fashion Dolls
10. Haunted Town
11. Fire In The Hole
12. Magistra Nocte
13. Kalmageddon

Skład:
Mr. Lordi - wokal
Amen - gitara
Kalma - gitara basowa
Enary - klawisze
Kita - perkusja

Fani potworów musieli czekać dwa lata na drugi krążek Mr. Lordi i jego wesołej gromadki. I po bardzo dobrym debiucie dostaliśmy jeszcze lepszy drugi LP. Jest pewna prawidłowość w wydawnictwach tego zespołu - na każdej LP znajduje się 13 utworów. Jedynym albumem, który nie utrzymał tej tradycji jest "The Arockalypse". Ale pozostawiając wątek tradycji przejdę do zawartości albumu "The Monsterican Dream".

Raunchy - Confusion Bay (2004)



Raunchy - Confusion Bay

Raunchy na myspace


Rok wydania: 2004
Gatunek: industrial metal/thrash metal/metalcore
Kraj: Dania

Tracklista:
01. Join The Scene
02. Get What I See
03. Summer Of Overload
04. Watch Out
05. 9-5
06. Show Me Your Real Darkness
07. Confusion Bay
08. The Devil
09. Insane
10. Morning Rise And A Friday Night
11. Bleeding #2

Skład:
Lars Vognstrup - wokal
Lars Christensen - gitara
Jesper Andreas Tilsted - gitara
Morten Toft Hansen - perkusja
Jeppe Christensen - klawisze

"Confusion Bay" to numer dwa w dyskografii Raunchy. Przede wszystkim słychać tutaj zaledwie jakiś zalążek metalcore'a - więcej thrashu i industrialu. Zresztą album jest dużo łagodniejszy niż "Wateland Discotheque", słychać to już w pierwszym kawałku, który co prawda jest bardzo przebojowy i szybko wpada w ucho, ale jest bardzo lekki. Zresztą właśnie przebojowość tutaj jest słowem kluczowym - bo tego w muzyce Raunchy nie brakuje. Do tego muszę też wspomnieć, że Raunchy grają bardzo wyważoną muzykę - jest ciężko, ale i lekko - nie zatracając przy tym przebojowości.

Zaczyna się od "Join The Scene" - numer lekki (refren nawet bardzo lekki), przebojowy i tylko z lekkimi naleciałościami thrashu czy groove metalu - ciężko jednoznacznie ocenić. W każdym razie początek bardzo obiecujący i właśnie o to chodzi - tajemnica dobrych albumów kryje się w otwieraczu. Jeśli ten jest dobry to wiadomo, że zachęci do odsłuchania dalszej części płyty. Tutaj jak najbardziej mamy spełniony ten warunek. I dalej wcale nie jest gorzej - "Get What I See" to lekki utwór w nieco gotyckim klimacie i wpadającym ucho refrenem. Zresztą sam klimat, tempo i moc zostały w tym utworze nieźle przemieszane, dlatego nie a tu mowy o stosowaniu szablonów. Już nieco ostrzejszy jest "Summer Of Overload" - ostrzejszy, ale jakże rock'n'rollowy i nie mam na myśli refrenu, bo ten już tradycyjnie jest lekki, łatwy do przyswojenia i przyjemny. Oczywiście w każdym z utworów znajdujących się na tym albumie bardzo dużą rolę odgrywa elektronika. Ten inudstrialny klimat momentami przypominał mi nieco Deathstars z ostrzejszym wokalem. Właśnie tak zaczyna się "Watch Out", który mogę pochwalić za fajny riff. W sumie jest to znowu numery typowy dla Raunchy, o ile można powiedzieć, że coś jest typowego dla tego raczej nietypowego zespołu. Album "Confusion Bay" jest pożegnalnym dla wokalisty Lars Vognstrup, którego na kolejnym wydawnictwie zastąpił Kasper Thomsen. Ale przyznam, że ja wielkiej różnicy pomiędzy tymi wokalistami nie widzę, obydwaj idealnie wpasowują się muzykę graną przez Raunchy. Jest z killerów znajdujących się na drugim LP tego bandu jest "9 - 5". Zaczyna się nieco metalcore'owo, ale dalej jest już industrialny metal z dużą dawką modernowego grania i zajebiście chwytliwym refrenem (to chyba najlepszy refren na tym albumie). Zresztą podoba mi się różnica stylistyk zachowana pomiędz zwrotkami a refrenem. Nieco ociężałe i szybkie zwrotki, kontra lekkie, melodyjne i przyjemne refreny. I tak jak to już gdzieś pisałem - melodyjne zaśpiewy w refrenach przestają mi przeszkadzać, jeśli muzyka nie jest zbyt agresywna, a zespół nie pozuje na nie wiadomo jak ostry. Następnym kiellerem jest "Show Me Your Real Darkness" z ciekawym zabiegiem dwóch refrenów - jeden śpiewany przez przester (taki gotycki), natomiast drugi melodyjny z industrialną muzyką w tle. I po raz kolejny utwierdziłem się w tym, że Raunchy to głównie ekipa potrafiąca niszczyć chwytliwymi i przebojowymi refrenami, bo ciężko jest niezapamiętać tego z "Show Me Your Real Darkness". Kawałek tytułowy natomiast niespecjalnie się wyróżnia - poza nadającymi rytm partiami wokalnymi Larsa w zwrotkach, które przecinane są ostrzejszymi elementami. "The Devil" to ballada, która kompletnie nie pasuje mi do tego przebojowego albumu, wokalista śpiewa jakby zaraz miał umrzeć, ale znowu muszę przyznać, że refren mistrzowski (taki nieco w stylu Type O Negative). Po tym mocny zastrzyk energii w postaci "Insane", który znowu posiada dobry groove metalowy riff :-) Ten kawałek to już coś w stylu industrialnego thrashu zmieszanego z metalcorem i z melodyjnymi wokalami w refrenach. Brakuje właśnie jakiegoś elementu, który można z tego utworu zapamiętać - minus za refren, który jest jakiś taki nijaki. Dwa ostatnie kawałki są co najwyżej średnie - nic ich specjalnie nie wyróżnia, ani refren, ani jakieś zagranie. No są takie sobie, nie bardzo pasują na zamknięcie albumu. "Bleeding #2" jeszcze jako tako się broni, natomiast "Morning Rise And A Friday Night" to prawdziwy średniak wypełniony chaosem. Za to ostatni numer nosi znamiona industrialnego gotyku.

Podsumowując napiszę, że "Confusion Bay" to w ogólnym rozrachunku bardzo dobry album. Pełen chwytliwych melodii, jeszcze łatwiej wpadających w ucho refrenów i niesamowitego nieszablonowego grania, a przecież właśnie o to tutaj chodzi. Brawa za partie wokalne, które są podane w odpowiednich proporcjach. No i za umiejętne używanie elektroniki.

Ocena: 8/10

Undercover Slut - Communism Is Fascism (2004)


Undercover Slut - Communism Is Fascism

Undercover Slut na myspace

Rok wydania: 2004
Gatunek: industrial metal
Kraj: Francja

Tracklista:
01. Mental Or Menstrual
02. Darling Darling
03. narOtics cOsmetics
04. Ecstasia In Our Enema
05. JumJonesWasSoFuckingRight
06. Evil Star Virus
07. Copycat Suicide
08. Legalize Homicide
09. Sixty Silent Seconds To Repent For Your Animal Genocide
10. Dogs Are Gods
11. Legalize Suicide
12. Sinister Introduction Ecstasia In Our Enema (live)
13. Assassination Is Salvation (live)
14. Redneck Racism
15. Daddy's Little Cunt

Undercover Slut to francuski zespół powstały w 1995 roku, album "Communism Is Facism" można uznać za ich debiutancki LP - wcześniej nagrali stos epek. W każdym razie zespół jest co najmniej dziwny - nie da się chyba ustalić do końca składu tego zespołu, ponieważ jest on co i rusz wymieniany. Jedyne stałe miejsce, które jest w zespole zajmuje 'O' - wokalista i jednocześnie autor wszystkich tekstów. Sam image zespołu też wydaje się nieco (już tylko nieco, kiedyś byłby wręcz skandaliczny) dziwny - ale to zespół z Francji ;-)

Przechodząc do muzyki. Muzycznie jest to podobne do tego co prezentuje Marilyn Manson (może nie tak skoczne, ale Manson też nie wszystkie numery ma skoczne) - i przyznam, że muzyka trochę mnie zaskoczyła. Ale to kolejny powód, żeby nie oceniać muzyki po wyglądzie muzyków ;-) W tym przypadku śmiało można powiedzieć, żeby nie oceniać płyty po okładce. W każdym liczyłem jakiś gotycki industrial, łatwy w odbiorze, przyjemny, skoczny - coś w stylu Deathstars. Dostałem industrial z elementami metalu, który nie do końca wydaje mi się być ułożony. Jest tutaj pierwiastek chaosu, który w niektórych momentach wysuwa się nieco do przodu, a w innych stoi z boku podpierając ścianę. Może zastanawiać "Sixty Silent Seconds To Repent For Your Animal Genocide", który rzeczywiście jest 60 sekundową ciszą. 'O' jest zaprzysiężonym wegetarianinem i walczy o prawa zwierząt - o czym możemy się przekonać w nieco przewrotnym klipie do numeru "Shadow Song" (ostrzegam ludzi o słabszych nerwach). W każdym razie sam album raczej należy do bardziej industrialnych niż metalowych. Dlatego też bardziej powinien podejść wielbicielom industrialu niż industrialnego metalu - mi średnio podszedł, chociaż muzyka w większości przednia. Tyle, że tych ozdobników trochę za dużo.

W każdym razie jeśli ktoś ma nadzieję, że za tą okładką kryje się industrial gothic to może się rozczarować. Jeśli ktoś obawia się, że za tą okładką kryje się industrial gothic też się rozczaruje, ale raczej pozytywnie :-) Dla mnie minusem tego albumu jest w większości kawałków brak wyraźnych melodii, czy chociażby utworów wpadających w ucho.

Ocena: 6,5/10

Panzer AG - This Is My Battlefield (2004)


Panzer AG - This Is My Battlefield

Panzer AG na myspace

Rok wydania: 2004
Gatunek: industrial/electro/rock/metal
Kraj: USA

Tracklista:
01. Introduction Of The Damned
02. Filth God
03. Battlefield
04. Chemical Breed
05. When Death Embrace Me
06. Bereit (feat. Aleksandra Skrzypczak)
07. Totale Luftherrschaft
08. Sick Is The One Who Adores Me
09. Panzer
10. Tides That Kill
11. God Eats God
12. It Is All In Your Head
13. Behind A Gasmask
14. Pure Tension
15. Drukne I Taarer

Wydawało mi się początkowo, że Met mi wspominał o tym albumie w temacie o Godflesh, ale okazało się, że nie - to jest po prostu poboczny projekt gościa nazwiskiem Andy LaPlegua, który normalnie udziela się w Combichrist. Zespół Panzer AG istnieje od 2004 roku - ich debiutem jest właśnie "This Is My Battlefield", w 2006 roku wydali swój drugi LP "Your World is Burning", którego jeszcze nie słyszałem (ale po tym co usłyszałem na ich pierwszym LP muszę obadać ten drugi).

Zacznę od tego, że album włączyłem z ciekawości - w sumie przemówiła do mnie okładka. Włączyłem pierwszy kawałek i już wiedziałem, że to jest to co lubię :-) Ten album to dosłownie destrukcja - od początku do końca. To co wydaje się tutaj zwykłe zaraz zamienia się w niezwykłe - przykładem niech będzie "Sick Is The One Who Adores Me". Kawałek zaczyna się wręcz jak jakaś ballada...a jak wchodzi elektronika to znowu kopara opada i głowa zaczyna ruszać się do rytmu. Co prawda nie wszystko jest tutaj zabójcze - np. w ogóle nie przemawia do mnie kawałek "Panzer", który składa się ze zbyt wielu powtórzeń. I jeśli mam być szczery to pierwsza połowa tego albumu jest zdecydowanie ciekawsza - z tej drugiej wybrałem sobie kilka kawałków - np. "Behind A Gas Mask", "Drukne I Taarger" czy "God Eats God". Tak naprawdę z końcem utworu "Sick Is The One Who Adores Me" zaczyna się robić nieco smętnie - a w niektórych kawałkach nawet bardzo smętnie. Dlatego dużo ciekawiej jest do numeru "Panzer" - później muzyka nagle traci dynamizm i energię na rzecz...melancholii? Nie wiem, w każdym razie jest wolno, ciężko i nieenergicznie. Za to kawałki "Filth God", "Battlefield", "Chemical Breed", "When Death Embraces Me", "Bereit", "Totale Luftherrschaft" czy "Sick Is The One Who Adores Me" dosłownie urywają głowę. I z jednej strony ten album jest naprawdę zajebisty - elektroniczny industrial zmieszany z rockiem i metalem daje naprawdę bardzo dobry efekt - zresztą już nie pierwszy raz. Do tego trzeba dodać, że to cholernie nakręcająca muzyka - taki "Filth God" wydaje się dość spokojny, ale jak pierdolnie to aż miło :-)

Ciężko mi powiedzieć komu polecam ten album, może osobom, które szukają zgrabnego połączenia ciężaru z elektroniką? Pewnie tak. Ode mnie w każdym razie ten album otrzymuje ocenę 8,5/10 - dlaczego? Bo mimo tego, że od połowy jest trochę za spokojnie to początek płyty jest naprawdę godny obadania.

Ocena: 8,5/10

niedziela, 20 września 2009

Maroon - Endorsed By Hate (2004)


Maroon - Endorsed By Hate

Rok wydania: 2004
Gatunek: hardcore/metalcore/post-thrash
Kraj: Niemcy

Tracklista:
01. Catharsis
02. The World's Havoc
03. Endorsed By Hate
04. Watch It All Come Down
05. Without A Face
06. At The Gates Of Demise
07. Chosen Fate
08. The Omega Suite
09. Human Waste
10. Suffer Or Endure
11. Götterdämmerung

Ten krążek posiada jeszcze dwie okładki, ale nie chce mi się ich szukać ;-) W każdym razie limitowana edycja miała inną okładkę i inną okładkę miała reedycja z 2005 roku, która trafiła na rynek amerykański i japoński.

Maroon w 2003 roku zmienili wydawcę, którym wcześniej był Catalyst Records. Nowym wydawcą został Alveran Records, który w 2003 roku zafundował fanom reedycję pierwszego krążka. Po nagraniu materiału na album "Endorsed By Hate" zespół opuścił gitarzysta Marc Zech, a jego miejsce zajął Sebastian Rieche. I jest to jak na razie jedyna zmiana personalna jaka zaszła w tym zespole.

Co do samej zawartości - album przelatuje jak...powiedzmy bardzo szybko ;-) Mimo tego, że czas jego trwania to około 45 minut, czyli tak naprawdę standard. "Endorsed By Hate" rozpoczyna się od spokojnego intro, a później przechodzi już w naparzanie jakie lubię. Szybka perkusja, dudniące riffy i ryki wokalisty sprawiają, że z przyjemnością zapuszczam ten album po raz kolejny. W ogóle na uwagę zasługuje bardzo dobra praca gitar, którą można zauważyć już w "Two Worlds Havoc". Jedyne co mi w tym krążku nie za bardzo pasuje to te wolne rytmy, które dominują w niektórych kawałkach - np. przez ponad 50% trwania "Watch It All Come Down" - wynagradza to później nieco chaotyczna gitarowa gra i napieprzanie po słowach wokalisty "Let's Go!". Ale te mielizny muszą być, bo inaczej Maroon by grał po prostu jakąś hardcore'ową odmianę łupanego death metalu ;-) Nieco bezsensowny wydaje mi się instrumental "The Omega Suit" - jasne, napierdzielanie, napierdzielaniem, ale chyba w instrumentalach powinno się pokazywać jakieś super zajebiste umiejętności muzyków, a tutaj żadnych wielkich zagrań nie słychać. W każdym razie "Human Waste" to wszystko rekompensuje. I album w bardzo dobrym stylu kończy "Götterdämmerung".

Materiał zawarty na "Endorsed By Hate" jest na pewno ciekawszy niż ten z debiutu. Jest tutaj zdecydowanie mniej hardcore'a, a więcej metalu, a raczej metalcore'a. I w przeciwieństwie do debiutu nie ma tutaj wyznaczonej jakiejś granicy, po której kawałki ewidentnie byłyby słabsze bądź lepsze - krążek wydaje się być bardzo równy, co jest na pewno plusem.

Ocena: 8/10

Walls Of Jericho - All Hail The Dead (2004)


Walls Of Jericho - All Hail The Dead

Rok wydania: 2004 
Gatunek: metalcore 
Kraj: USA 

Tracklista: 
01. All Hail The Dead 
02. There's No "I" In Fuck You 
03. A Little Piece Of Me 
04. Another Anthem For The Hopeless 
05. Revival Never Goes Out Of Style 
06. Day And A Thousand Years 
07. Through The Eyes Of A Dreamer 
08. 1:43 AM 
09. Thanks For The Memories 
10. More Life In The Monitors 
11. Fixing Broken Hearts 
12. To Be Continued… 

Jest to pierwszy album nagrany po przerwie jaka nastąpiła w działalności Walls Of Jericho. Przesłuchałem tego albumu niezliczoną liczbę razy i kurwa nie wiem co mogę o nie napisać. Dlaczego? Bo mimo tego, że zespół miał przerwę, muzycy trochę podrośli, być może zdobyli nowe doświadczenia itp. Niestety nie słychać tego na tym albumie. Jest on jak najbardziej zwykły, do słuchania, ale nie przeżywania. Wszystko jest tutaj na miejscu, ale przeciętniactwo niestety atakuje z każdej strony. Jeszcze trochę i zacznę się zastanawiać nad fenomenem tego bandu (chociaż wystarczy, że przypomnę sobie "The American Dream" i będę wiedział o co chodzi). W każdym razie "All Hail The Dead" to maksymalnie przeciętny album, zupełnie pozbawiony czegoś co mogłoby go wyróżniać spośród innych albumów z gatunku metalcore. Umówmy się, że kobieta na wokalu w zespole metalcore'owym to żadne novum. Jeśli tak brzmiałby Walls Of Jericho teraz to pewnie mało kto by o nich teraz słyszał. Przeciętny album.

Ocena: 6/10

Bring Me The Horizon - This Is What The Edge Of Your Seat Was Made For (EP) (2004)


Bring Me The Horizon - This Is What The Edge Of Your Seat Was Made For (EP)

Rok wydania: 2004
Gatunek: metalcore/deathcore
Kraj: UK

Tracklista:
01. RE: They Have No Reflections
02. Who Wants Flowers When You're Dead? Nobody
03. Rawwwrr!
04. Traitors Never Play Hangman

Nie wspomniałem o tym wcześniej, że ten młody brytyjski zespół zaczął swoją karierę właśnie od wydania epki "This Is What The Edge Of Your Seat Was Made For" w 2004 roku.
Nie jest co prawda długi materiał, ale przeładowany agresją i dużą dawką energii. Dużo też eksperymentalnych zagrywek, które pojawiają się w każdym kawałku. Jak na początek chłopaki się naprawdę postarali. Profesjonalna produkcja i znowu brak melodyjnych zaśpiewów.

wtorek, 15 września 2009

The Amenta - Occasus (2004)


The Amenta - Occasus


Rok wydania: 2004
Gatunek: black/death/industrial
Kraj: Australia

Tracklista:
01. Erebus
02. Mictlan
03. Zero
04. Senium
05. Nihil
06. Geilt
07. Sekem
08. Occasus
09. Ennea
10. Sangre

Debiutancki krążek zespołu australijskiego, którego muzyka obraca się wokół trzech gatunków - w efekcie dostajemy prawdziwie ekstremalną muzykę z death metalowym wokalem. Cały krążek mogę określić tak -> nuklearna zagłada ziemi, nieliczni używają liczników Gaigera, żeby sprawdzić poziom skażenia, zamykane są śluzy, które odcinają pozostałości ludzkiej rasy od zniszczeń jakie pozostawiła po sobie wojna nuklearna. Jak zacząłem słuchać tego krążka to od razu do głowy wpadło mi słuchowisko o wojnie nuklearnej, które jeszcze nie tak dawno przesłuchałem. Klimat tej produkcji jest bardzo podobny. Muzycznie nie ma się do czego przyczepić - ciężkie granie, jakiego pełno, ale jednak wyróżniające ten zespół z tłumu podobnych mieszanek. Po prostu masakra od pierwszych sekund (nawet nie ma żadnego intro wprowadzającego, to chłopaki od razu zaczynają łupać) do ostatnich sekund. Niesamowity krążek z proporcjonalnie wyważonymi trzema elementami gatunkowymi. Jednocześnie jest to chyba pierwszy zespół z Australii, którego muzykę można określić jako metal. Album pełen wszechobecnego brudu i zły do szpiku kości. Pozycja obowiązkowa dla ludzi lubujących ekstremalne dźwięki w metalu połączone z post-apokaliptycznym klimatem.

Klip promujący album:
The Amenta - Erebus

Ocena: 9/10.

poniedziałek, 14 września 2009

The 69 Eyes - Devils (2004)

The 69 Eyes - Devils

Rok wydania: 2004
Gatunek: goth'n'roll
Kraj: Finlandia

Tracklista:
01. Devils
02. Feel Berlin
03. Nothing On You
04. Sister Of Charity
05. Lost Boys
06. Jimmy
07. August Moon
08. Beneath The Blue
09. Christina Death
10. Deviso
11. Only You Can Save Me

Od tego krążka żywo zainteresowałem się tą fińską kapelą - praktycznie to złowili mnie na kawałek "Lost Boys" (taki tribute dla filmu "Lost Boys", które zresztą uwielbiam). I ten krążek wręcz ocieka goth'n'rollem, którego początki sięgają albumu "Blessed Be". Jakoś niedawno przeczytałem reckę "Devils", w której to płyta została oceniona na 5/10 i zarzucone jej zostało, że zawiera za mało rock'n'rolla - jest to oczywista bzdura i kompletnie dla mnie niezrozumiałe podejście.

Krążek otwiera numer tytułowy i nie ma co narzekać, otwieracze The 69 Eyes mieli przeważnie porywające, nie usypiacze, a żywe numery. Nie będę się rozpływał nad każdym z utworów - pierwsza piątka to utwory wspaniałe, porywające i pełne życia - no może poza klimatycznym "Sister Of Charity". Najlepszy oczywiście na maksa goth'n'rollowy - najbardziej porywający i chwytliwy utwór The 69 Eyes, prawdziwy hicior. Dalej jest zdecydowanie spokojniej, co nie znaczy, że gorzej. Bo dalej są kolejne świetne utwory takie jak "Jimmy", spokojny "August Moon" (ale w żadnym razie nie usypiający), "Beneath The Blue" czy w końcu zajebisty "Christina Death" - refren momentalnie wpada w ucho. Ostatnie dwa numery tylko dobre.

Najlepszy album The 69 Eyes - praktycznie słabych kawałków tutaj nie ma, podczas jego odsłuchu nie zasypiamy jak w przypadku "Paris Kills". Tutaj hicior goni hicior. Materiał podobny do tego z "Blessed Be" - dopracowany, nie nudzący i przede wszystkim żywy.

Ocena: 9,5/10 - pół punktu odejmuję za kilka mielizn.

Jungle Rot - Fueled By Hate (2004)

Jungle Rot - Fueled By Hate

Rok wydania: 2004
Gatunek: death metal
Kraj: USA

Tracklista:
01. Intro
02. Face Down
03. Let Them Die
04. Fractured
05. Gain Control
06. Gasping for Air
07. Low Life
08. Scars of the Suffering
09. Symbols of Hate
10. No Surrender
11. Habit Fulfilled
12. More Demon Souls

Jeśli ktoś słyszał poprzedni album Jungle Rot może odczuć deja vu jeśli chodzi o intro otwierające "Fueled By Hate". Tak, znowu są to "plemienne" bębenki. Nie jest to jednak nic złego - jedynie jest to podkreślenie hipnotycznego charakteru muzyki Jungle Rot. A jak już się rozpocznie właściwa część albumu to jak zwykle zabija :-) I to właśnie na "Fueled By Hate" znajduje się póki co największy zabijacz tej kapeli - mam na myśli masakryczny "Let The Die". Tak jak Bolt Thrower ma "Cenotaph", tak właśnie Jungle Rot ma "Let The Die". Pięknie wybijająca rytm perkusja, wtórujące mu gitary i jakże pasujący do tego wokal - ten numer to prawdziwa perła ukryta pośród złota. Każdy kawałek na tym albumie niszczy - myślałem, że ich najlepszym dokonaniem jest "Dead And Buried", ale jak się okazuje "Fueled By Hate" to jeszcze wyższy poziom. Przede wszystkim kompozycje są jeszcze bardziej łupane i transowe - hipnotyczne riffy z równo uderzającą perkusją dominują ten album. Partie wokalne Dave'a Matrise'a to klasa sama w sobie - ale ten gość od pierwszych nagrań Jungle Rot po prostu niszczył. I można by się pokusić, że to nie on śpiewa w rytm muzyki, ale muzyka jest grana pod jego wokal. Ale wracając do samej płyty chciałbym jeszcze wyróżnić numer "Low Life", który po prostu wpada w ucho. Za każdym razem jak tego słucham to chce mi się wtórować fragment "In the eyes of the world you are a low life " - strasznie chwytliwe, zwłaszcza jak na death metal.

Podsumowując - ten album jest jeszcze bardziej niszczący niż poprzednie. Jungle Rot to band, który każdym kolejnym albumem coraz wyżej podnosi sobie poprzeczkę. Tutaj osiągnęli już chyba maksymalny poziom.

Ocena: 10/10

Unearth - The Oncoming Storm (2004)


Unearth - The Oncoming Storm

Rok wydania: 2004
Gatunek: metalcore
Kraj: USA

Tracklista:
01. The Great Dividers
02. Failure
03. This Lying World
04. Black Hearts Now Reign
05. Zombie Autopilot
06. Bloodlust of the Human Condition
07. Lie to Purify
08. Endless
09. Aries
10. Predetermines Sky
11. False Idols

Drugi LP Unearth, na który trzeba było czekać 3 lata, bo ciężko powiedzieć, żeby ten czas "osłodziła" epka "Endless", która jest co najwyżej średnia (a i to za dużo powiedziane). Reedycja albumu została wzbogacona o dwa kawałki z wcześniejszych wydawnictw - "The Charm" pochodzi z epki "Endless", a "One Step Away" z debiutanckiego LP. Oczywiście obydwa kawałki nagrane na nowo.

Ten album ma pewien mankament - kiedy słucha się go cicho (obojętnie czy to na słuchawkach, czy na głośnikach) to wypada bardzo mdło, bo do ucha wpadają tylko melodie, za to nie czuć w tym agresji. Dopiero jak się podkręci gałkę podpisaną "volume" to agresja zaczyna wypływać w każdej sekundy tej płyty. I jest to wydawnictwo lepsze od debiutu i obydwu epek. Nie jest to jeszcze Unearth, który znam z rewelacyjnego "The March", ale już tutaj uczynili krok naprzód. Jedna rzecz, która przeszkadza mi w tym albumie to te czyste wokale, które co prawda pojawiają się gdzieś w tle, ale jednak się pojawiają. I gitary momentami nieco za bardzo "thrashują". Ale poza tym nie ma do czego się przyczepić. Nawet utwór "Endless" wypada zdecydowanie lepiej niż na epce - chociaż gdyby nie to "Fight! Fight!" to ten kawałek znowu stałby na straconej pozycji z racji zbyt dużej ilości czystego wokalu. Prawdziwymi ozdobami tego albumu są "Bloodlust of the Human Condition", "This Lying World", "Lie To Purify" (z nieco stonerowo grającymi gitarami), "Endless" (do połowy) czy "The Great Dividers". I gdyby nie wesołe melodyjki wygrywane na gitarach to dorzuciłbym tutaj jeszcze "Zombie Autopilot" (chociaż solówka fajna).

Podsumowując - album lepszy niż debiut i obydwie epki. Kilka wpadek w zagrywkach gitarowych, na zasadzie - ma być agresja, a momentami jest słodko i to właśnie za sprawą gitar, a nie wokalu. Pojawiające się te "szeptane" czyste wokale też nie sprawiają dobrego wrażenia. Ale mimo wszystko jest tutaj dużo bardzo dobrych kawałków. Polecam podkręcić dźwięk i zasiąść do słuchania "The Oncoming Storm".

Ocena: 8/10

środa, 2 września 2009

The Showdown - A Chorus Of Obliteration (2004)

The Showdown - A Chorus Of Obliteration

Rok wydania: 2004

Tracklista:
01. A Monument Encased in Ash
02. Hell Can't Stop Us Now
03. Epic: A Chorus of Obliteration
04. From the Mouth of Gath Comes Terror
05. A Proclamation of Evil's Fate
06. Dagon Undone (The Reckoning)
07. Iscariot
08. Dolor Per Proelium (Your Name is Defeat)
09. Deus Invictus (Your Name is Victory)
10. Laid to Rest
11. Give Us This Day

Jako, że paczuszka z debiutanckim albumem Showdown została mi dostarczona kilka dni temu, to mogę się wreszcie zabrać za napisanie notki o "A Chorus Of Obliteration". Przyznam, że trochę się tego albumu obawiałem - głównie z tego względu, że nie chciałem usłyszeć powtórki z "Temptation Come My Way".