Pokazywanie postów oznaczonych etykietą experimental. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą experimental. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 2 listopada 2021
piątek, 5 czerwca 2015
Prosto z półki: Eerie Von & Mike Morance - Uneasy Listening (1996)
Eerie Von & Mike Morance - Uneasy Listening
Data wydania: 1996
Gatunek: dark ambient/experimental
Kraj: USA
Tracklista:
01. Cinerarium Waltz
02. Nightmare
03. Runnin' Scared
04. Misery's Drag
05. The Witches Lament
06. Half A Gurl (Is Better Than None)
07. The Dark Sleep
08. Into The Light
Skład:
Eerie Von
Mike Morance
Eerie Von to muzyk znany wyłącznie maniakom Samhain i Danziga. A dlaczego? Bo właśnie na tych dwóch kapelach się wybił. I tak naprawdę niczego specjalnego z tym nie zrobił. Niestety, ale wygląda na to, że muzycy, którzy współpracowali z Glennem Danzigiem nie bardzo wiedzą co później ze sobą zrobić (John Christ, Doyle, Jerry Only [hehe]). I nie mogę tutaj jako wyjątku od reguły przywołać Tommy'ego Victora, bo ten ze swoim Prong grał na długo zanim dołączył do ekipy prowadzonej przez Glenna. Eerie Von to muzyk dość dziwny, który na swoich solowych wydawnictwach poszukiwał własnego stylu, ale mam wrażenie, że jednak przede wszystkim miotał się bez celu i próbował pokazać wszystkim, że samodzielnie jest w stanie stworzyć coś niezwykłego.
czwartek, 26 stycznia 2012
Podsumowanie 2011 - metal mix
Ktoś może się złapać za głowę i zapytać "co to jest metal mix?" - już śpieszę tłumaczyć. Podobnie jak podsumowaniu 2010 roku nie jestem w stanie uzbierać zestawienia odnośnie każdego gatunku metalu, w którym znalazłem jakiś niezwykle ciekawy album. Stąd wymyśliłem kategorię, do której trafiają albumy z gatunku modern metal, ale również z innych gatunków, których nie mogłem przypasować do pozostałych kategorii (np. folk metal, avantgarde metal czy viking metal). Jest taki jeden wspólny worek, który zawiera naprawdę różne albumy, których nie byłem w stanie nigdzie podpiąć.
środa, 13 października 2010
Acid Tiger - Acid Tiger (2010)
Acid Tiger - Acid Tiger
Acid Tiger na myspace
Rok wydania: 2010
Gatunek: hardcore/southern rock/experimental
Kraj: USA
Tracklista:
01. The Claw
02. Dark Hands
03. Like Thunder
04. Big Beat
05. Death Wave
06. Feel It
07. Set Sail
Debiutancki materiał młodych Amerykanów, którzy obracają się (upraszczając) w klimatach hardcore/southern rock. Ale czy faktycznie tak jest? No właśnie słuchając tego materiału miałem nieodparte wrażenie, że chłopaki bawią się też trochę w mathcorem, ale w niezbyt agresywnej wersji, dlatego wolę to określić jako experimental. To siedem niepozornych utworów łącznie trwa aż 40 minut - w tym "Death Wave" trwa aż 9 minut. Nie zawsze długość kawałka wiąże się z tym, że jest on wolniejszy od pozostałych numerów, ale przypadku "Death Wave" ta zasada jak najbardziej się potwierdza. Utwór jest wolniejszy, ale wcale nie pozbawiony energii, w ogóle dużo tutaj takiej punkowej energii podlanej southernowym sosem. Całość bardzo przyjemna w odsłuchu i są momenty, że muzyka faktycznie wpada w ucho - świetny jest "The Claw", "Feel It" i porąbany "Like Thunder". W ogóle bardzo ciekawie to wszystko wyszło. Mimo tego, jest to ewidentnie propozycja dla tych, którzy gustują w połamanym graniu, do tego brzmienie jest bardzo specyficzne - takie niby brudne, niby przytłumione. A wokal od początku do końca sprawia wrażenie mocnego przesteru.
Ocena: 7,5/10
wtorek, 12 października 2010
Celan - Halo (2009)
Celan na myspace
Data wydania: 2009
Gatunek: noise rock/experimental/industrial
Kraj: Niemcy
Tracklista:
01. Safety Recall Notice
02. A Thousand Charms
03. All this and Everything
04. One Minute
05. Sinking
06. Weigh Tag
07. Washing Machine
08. Train of Thought
09. It's Low
10. Wait and see
11. Lunchbox
Debiutancki album niemieckiej formacji, która gra...no właśnie, co? Bo wszędzie spotykałem się z tagiem "hardcore/noise rock", albo "hardcore/experimental". Uznajmy, że się nie znam, bo ja tutaj w ogóle hardcore'a nie słyszę, pewnie mi na uszy padło. Co w takim razie fundują nam panowie z Celan? Moje pierwsze skojarzenie to norweskie Shining, ale w dużo łagodniejszej wersji, chociaż nie wiem, czy nie bardziej porąbanej i chaotycznej. Tutaj niektóre kawałki nie mają w ogóle żadnej melodii - np. "Train Of Thought". Jakiś koleś sobie coś tam gada w tle, a co chwilę gadanie przerywa mu praca perkusji i oszczędna gitara, do tego cały czas jakieś piszczenie (jakby ktoś się uczył grać na trąbce?), bzyczenie, itp. Chaos i natłok dźwięków, ale niezbyt nachalny. Z drugiej strony mamy tutaj bardzo industrialne numery takie jak "One Minute", ale również wypakowane dziwnymi piskami i dźwiękami nie do końca pasującymi do kompozycji. Sam wstęp do albumu jest również industrialny, a za elementy hardcore'a można uznać niektóre partie wokalne? Ale przecież tego typu ryki są obecne również w innych gatunkach. Panowie przygotowali też co nieco dla wielbicieli ambientu - "Washing Machine". Coś tam w tle chodzi, ale to na pewno nie pralka. A na przodzie plumkanie na gitarze i od czasu do czasu delikatne uderzenia w talerze. A jakby komuś nie wystarczyło to ma jeszcze kończący album numer "Lunchbox", który trwa niemalże 13 minut i przez połowę jest to ambient, a przez drugą połowę jakiś ambient/industrial. Przyznam, że nie umiem umiejscowić ostatecznie tego kawałka. A z takich faktycznie ciekawszych kawałków to polecam "A Thousand Charms" i "One Minute". Album "Halo" jest naprawdę eksperymentalny i w żaden sposób nie da się go jednoznacznie umiejscowić. Idealna propozycja dla wielbicieli dziwactw w muzyce. Nie umiem jednoznacznie ocenić tego albumu, więc pozostaje bez oceny.
Ocena: ?/10
wtorek, 10 sierpnia 2010
Andrew WK - 55 Cadillac (2009)
Data wydania: 07.09.2010
Gatunek: piano rock/experimental
Kraj: USA
Tracklista:
01. Begin The Engine
02. Seeing The Car
03. Night Driver
04. Central Park Cruiser
05. 5
06. City Time
07. Car Nightmare
08. Cadillac
Andrew to dość dziwny gość, który do tej pory był raczej znany z energicznych i przebojowych kawałków, które znajdowały się na jego przodującym albumie "I Get Wet". Kilka taki hiciorów znalazło się również na "The Wolf", ale tam już słychać było, że Andrew jest myślami gdzieś indziej. Zaczęły się pojawiać jakieś kawałki z użyciem fortepianu, a już na "Close Calls With Brick Walls" tych wybiegów fortepianowych było już naprawdę dużo. Mimo tego, że zapewne wszyscy spodziewali się pójścia dalej w stronę fortepianowego grania Andrew nagrał kawałek "We Want Fun", który nawiązywał do chlubnej tradycji jego pierwszego albumu. Aż tu nagle nadeszło nieoczekiwane...
wtorek, 22 czerwca 2010
Duck Duck Goose - Off Yourself (2010)
Duck Duck Goose - Off Yourself
Duck Duck Goose na myspace
Data wydania: 20.04.2010
Gatunek: post-hardcore/experimental
Kraj: USA
Tracklista:
1. Documenting disappointment
2. Shit storm
3. Hellevator
4. I came, come
5. Cosmic Kidd nappers
6. Dirt freaks
7. Fire trucks on fire
8. Pollution people
Debiutancki album amerykańskiej młodej formacji Duck Duck Goose ukazał się w tym roku, dokładnie 20 kwietnia. Po przesłuchaniu tego materiału zastanawiałem się, czy jest w ogóle sens go prezentować, ale doszedłem do wniosku, że skoro przesłuchałem to napiszę o nim parę słów.
Dlaczego zastanawiałem się, czy warto o tym pisać? Bo to słaby album, który próbuje być czymś na miarę mieszanki między Dioramic, a Dilligers Escape Plan. Problem w tym, że ta mieszanka kompletnie im nie wyszła. Słychać, że band jest niedoświadczony i nie bardzo daje sobie radę z kompozycjami. Numery są przez to nijaki, momentami wręcz przerysowane. Eskperymenty ograniczają się tutaj do łamania melodii, zmian tempa i klimatu - czyli mamy ryk, a za chwilę czysty śpiew, który przypomina najgorsze albumy z gatunku post-hardcore. Plusem tego wydawnictwa jest jego długość - całośc trwa niecałe 28 minut. Minusem jest natomiast jakość tego materiału. Ponadto po kilkukrotnym przesłuchaniu kompletnie nic nie zostaje w głowie. I do tego należy też dodać niespecjalną produkcję.
Patrząc na ten album jako gatunkowo osadzony w klimatach post-hardcore/experimental powiem, że rozczarowuje na całej linii - chyba, że ktoś w ogóle nie słyszał muzyki osadzonej w takich klimatach, wówczas może coś tam z tego wyciągnie. Starym wyjadaczem może nie jestem, ale ten album w ogóle do mnie nie przemawia, wręcz mnie drażni i sprawia, że jak go słuchałem to patrzyłem ile jeszcze zostało do końca. Niestety rozczarowujące.
Ocena: 3/10
niedziela, 9 maja 2010
Dioramic - Technicolor (2010)
Dioramic - Technicolor
Dioramic na myspace
Data wydania: 22.01.2010
Gatunek: post-hardcore/metalcore/experimental/shoegaze/post-rock/progressive rock
Kraj: Niemcy
Tracklista:
01. Ghost In The Machine 03:14
02. Black Screen Goodbye 04:17
03. The Antagonist 04:36
04. Eluding The Focus 05:08
05. Arms Of Poseidon 04:04
06. The Lone Gunman 01:35
07. Lost In Error 03:57
08. Lukewarm Reamins 05:34
09. Doom 04:03
10. Roses & Echoes 04:54
11. Debris 08:31
Skład zespołu:
Arkadi Zaslavski - wokal, gitara
Jochen Muller - wokal, gitara basowa
Anton Zaslavski - perkusja
Dioramic to debiutant z Niemiec, chociaż nazwiska dwójki braci wchodzących w skład tej kapeli według mnie umiejscawia ich zdecydowanie na wschodzie Europy. W każdym razie Dioramic to trzy osobowa kapela, w której skład poza braćmi Zaslavski wchodzi basista Jochen Muller. Band istnieje od 2002 roku, ale dopiero niedawno podpisali kontrakt z LifeForce Recrods, co zaowocowało właśnie albumem "Technicolor".
50 minut mieszanki, muzyki bardzo eksperymentalnej - to gwarantuje debiutancki album Dioramic. Można powiedzieć, że ostatnio często pojawiają się bandy grające eksperymentalny core, w dużej mierze po prostu dodając elektronikę do zwykłej muzyki core'owej. Tymczasem na "Technicolor" mamy zupełnie nową jakość. Mieszanka jest tutaj iście wybuchowa, ale żeby to w pełni dostrzec trzeba trochę czasu poświęcić temu albumowi. Przyznam, że u mnie po początkowej fazie fascynacji przyszło rzucenie tego wydawnictwa w kąt i czekanie, aż coś może z niego wykiełkuje, albo jak zarośnie brudem. Ale postanowiłem do tego wrócić. Powrót w pełni triumfalny. Spodziewałem się, że jednak znowu nic nie zagra i będę mógł znowu wrzucić ten album w kąt. Na szczęście okazało się, że jest zupełnie inaczej. Muzykę, która została zawarta na Dioramic jest ciężko opisać, bo tutaj grają przede wszystkim emocje wyrażane za pomocą dźwięków. Ten album usypia, budzi, denerwuje i jednocześnie uspokaja. Przy czym od razu ostrzegam, że panowie z Doramic nie są żadnym klonem The Dillinger Escape Plan. Momentami wręcz zastanawiałem się, czy ten album to na pewno jeszcze metal, czy już jakaś progresywna odmiana rocka. Za każdym razem jednak dochodzę do wniosku, że nie da się określić gatunku w jakimś obracają się na tym albumie. Mamy tutaj bardzo dużą różnorodność gatunkową - poczynając na progresywnym rocku, poprzez metalcore, post-rock, post-hardcore, shoegaze, a nawet miejscowo występujące elementy doom metalu. Wszystkie te gatunki są wymieszane i podane w różnych proporcjach w różnych numerach. Nie ma tutaj kawałka, którego dało by radę określić jako czysty metalcore, czy post-rock, bo po prostu się nie da. Jednocześnie spokojnie mogę stwierdzić, że kawałki wyjęte z całości również brzmią wybornie, więc nie trzeba tego albumu słuchać w całości, żeby docenić jego wielkość. Mamy tutaj trzy typy wokali - czysty, core'owy i growl (autorstwa Mullera, choć i niektóre czyste partie należy przypisać właśnie jemu), proporcje tych wokali też są różne, bo to zdecydowanie zależy od emocji wyrażanych w muzyce, wokal się do tego dostosowuje. Początkowo największe wrażenie na mnie robił utwór "Doom" i faktycznie nadal robi na mnie ogromne wrażenie, ale jest to zdecydowanie jeden z najostrzejszych utwór zawartych na tym wydawnictwie. Tymczasem do najlepszych utworów dołączam pełen emocji i zarazem melancholii "Eluding The Focus". W ogóle zalew różnorakich emocji mi towarzyszy podczas odsłuchu tego materiału. Jedno jest pewne panowie z Dioramic zadebiutowali w sposób niewyobrażalny, nagrali naprawdę niezwykły album.
Ocena tego albumu zależy w dużej mierze od tego jak odbiera go słuchacz. Według mnie to w pełni matematyczne przedstawienie różnych ludzkich emocji za pomocą muzyki, wszystko brzmi jakby było idealnie ułożone (ale zaznaczam, że muzyka Dioramic nie ogranicza się do chłodnych i odhumanizowanych kalkulacji). Niby spójna całość, ale równie dobrze egzystująca w pojedynkę. Dla mnie to jeden z najlepszych debiutów roku 2010. Nie ma tutaj miejsca na niemiecką toporność, jest za to wszystko to co powinno znajdować się w muzyce. Tak niezwykłe albumy powstają naprawdę rzadko. Ocena niemalże maksymalna, jeden punkt odjąłem za to, że jednak trochę czasu mi zajęło zanim się do niego ostatecznie przekonałem. Polecam wszystkim wielbicielom mieszania w muzyce, a jednocześnie tym, którzy szukają prawdziwych (nie karykaturalnych) emocji wyrażanych za pomocą dźwięków, bo wokal jest tutaj zaledwie dodatkiem.
Ocena: 9/10
Dioramic na myspace
Data wydania: 22.01.2010
Gatunek: post-hardcore/metalcore/experimental/shoegaze/post-rock/progressive rock
Kraj: Niemcy
Tracklista:
01. Ghost In The Machine 03:14
02. Black Screen Goodbye 04:17
03. The Antagonist 04:36
04. Eluding The Focus 05:08
05. Arms Of Poseidon 04:04
06. The Lone Gunman 01:35
07. Lost In Error 03:57
08. Lukewarm Reamins 05:34
09. Doom 04:03
10. Roses & Echoes 04:54
11. Debris 08:31
Skład zespołu:
Arkadi Zaslavski - wokal, gitara
Jochen Muller - wokal, gitara basowa
Anton Zaslavski - perkusja
Dioramic to debiutant z Niemiec, chociaż nazwiska dwójki braci wchodzących w skład tej kapeli według mnie umiejscawia ich zdecydowanie na wschodzie Europy. W każdym razie Dioramic to trzy osobowa kapela, w której skład poza braćmi Zaslavski wchodzi basista Jochen Muller. Band istnieje od 2002 roku, ale dopiero niedawno podpisali kontrakt z LifeForce Recrods, co zaowocowało właśnie albumem "Technicolor".
50 minut mieszanki, muzyki bardzo eksperymentalnej - to gwarantuje debiutancki album Dioramic. Można powiedzieć, że ostatnio często pojawiają się bandy grające eksperymentalny core, w dużej mierze po prostu dodając elektronikę do zwykłej muzyki core'owej. Tymczasem na "Technicolor" mamy zupełnie nową jakość. Mieszanka jest tutaj iście wybuchowa, ale żeby to w pełni dostrzec trzeba trochę czasu poświęcić temu albumowi. Przyznam, że u mnie po początkowej fazie fascynacji przyszło rzucenie tego wydawnictwa w kąt i czekanie, aż coś może z niego wykiełkuje, albo jak zarośnie brudem. Ale postanowiłem do tego wrócić. Powrót w pełni triumfalny. Spodziewałem się, że jednak znowu nic nie zagra i będę mógł znowu wrzucić ten album w kąt. Na szczęście okazało się, że jest zupełnie inaczej. Muzykę, która została zawarta na Dioramic jest ciężko opisać, bo tutaj grają przede wszystkim emocje wyrażane za pomocą dźwięków. Ten album usypia, budzi, denerwuje i jednocześnie uspokaja. Przy czym od razu ostrzegam, że panowie z Doramic nie są żadnym klonem The Dillinger Escape Plan. Momentami wręcz zastanawiałem się, czy ten album to na pewno jeszcze metal, czy już jakaś progresywna odmiana rocka. Za każdym razem jednak dochodzę do wniosku, że nie da się określić gatunku w jakimś obracają się na tym albumie. Mamy tutaj bardzo dużą różnorodność gatunkową - poczynając na progresywnym rocku, poprzez metalcore, post-rock, post-hardcore, shoegaze, a nawet miejscowo występujące elementy doom metalu. Wszystkie te gatunki są wymieszane i podane w różnych proporcjach w różnych numerach. Nie ma tutaj kawałka, którego dało by radę określić jako czysty metalcore, czy post-rock, bo po prostu się nie da. Jednocześnie spokojnie mogę stwierdzić, że kawałki wyjęte z całości również brzmią wybornie, więc nie trzeba tego albumu słuchać w całości, żeby docenić jego wielkość. Mamy tutaj trzy typy wokali - czysty, core'owy i growl (autorstwa Mullera, choć i niektóre czyste partie należy przypisać właśnie jemu), proporcje tych wokali też są różne, bo to zdecydowanie zależy od emocji wyrażanych w muzyce, wokal się do tego dostosowuje. Początkowo największe wrażenie na mnie robił utwór "Doom" i faktycznie nadal robi na mnie ogromne wrażenie, ale jest to zdecydowanie jeden z najostrzejszych utwór zawartych na tym wydawnictwie. Tymczasem do najlepszych utworów dołączam pełen emocji i zarazem melancholii "Eluding The Focus". W ogóle zalew różnorakich emocji mi towarzyszy podczas odsłuchu tego materiału. Jedno jest pewne panowie z Dioramic zadebiutowali w sposób niewyobrażalny, nagrali naprawdę niezwykły album.
Ocena tego albumu zależy w dużej mierze od tego jak odbiera go słuchacz. Według mnie to w pełni matematyczne przedstawienie różnych ludzkich emocji za pomocą muzyki, wszystko brzmi jakby było idealnie ułożone (ale zaznaczam, że muzyka Dioramic nie ogranicza się do chłodnych i odhumanizowanych kalkulacji). Niby spójna całość, ale równie dobrze egzystująca w pojedynkę. Dla mnie to jeden z najlepszych debiutów roku 2010. Nie ma tutaj miejsca na niemiecką toporność, jest za to wszystko to co powinno znajdować się w muzyce. Tak niezwykłe albumy powstają naprawdę rzadko. Ocena niemalże maksymalna, jeden punkt odjąłem za to, że jednak trochę czasu mi zajęło zanim się do niego ostatecznie przekonałem. Polecam wszystkim wielbicielom mieszania w muzyce, a jednocześnie tym, którzy szukają prawdziwych (nie karykaturalnych) emocji wyrażanych za pomocą dźwięków, bo wokal jest tutaj zaledwie dodatkiem.
Ocena: 9/10
sobota, 8 maja 2010
Hearts Fall For Danny Tanner - Unlimited Power:Infinite Brutality (2010)
Hearts Fall For Danny Tanner - Unlimited Power:Infinite Brutality
HFFDT na myspace
Data wydania: 2010
Gatunek: metalcore/deathcore/experimental
Kraj: USA
Tracklista:
01. Unlimited Power: Infinite Brutality 04:01
02. The Manhattan Complex 05:05
03. Teen Dating Violence 04:24
04. Back Alley Prom Night Body Part Roundup 04:16
05. Sucked Off and Eaten Alive 03:40
06. Echoes (Techno Remix) 02:10
07. The Death of Walter Kovaks 04:23
08. Waste of Skin 02:46
09. Axe Got Your Tongue? 03:57
10. Endure and Prevail 04:57
Skład kapeli:
Bobby Stratton - wokal
Bert Connell - gitara
Jeremy Johnson - gitara basowa
Ric Burnett - gitara
Tyran Steedley - perkusja
Lucy Pop - klawisze, żeński wokal
Jest to drugi album tej amerykańskiej formacji. Zadebiutowali w 2009 roku albumem "Dawn Of The Danny", niestety do tej pory nie udało mi się dorwać tamtego albumu. Mam nadzieję, że w najbliższej przyszłości uda mi się nadrobić tą niewielką zaległość. W każdym razie kapela HFFDT jest mieszanką metalcore'a z deathcorem i do tego dorzucają lekkie eksperymenty (głównie zabawy z elektroniką).
Na szczęście "Unlimited Power:Infinite Brutality" do najdłuższych wydawnictw nie należy, więc kilku razowy odsłuch nie jest żadnym wyzwaniem, tym bardziej, że kapela gra w dość ciekawy sposób, ale album raczej za pierwszym odsłuchem nie zaskakuje. Początek tego wydawnictwa jednoznacznie kojarzy mi się ze ścieżką dźwiękową z filmu "Pan Kleks W Kosmosie" - dlaczego? Tutaj zawiniła nieco ta elektronika, bo moje skojarzenie znika w momencie, w którym wchodzi wokal. A album rozpoczyna się od utworu tytułowego. W sumie już tutaj mamy pewne wskazówki jak będzie brzmiała dalsza część tego wydawnictwa. Mniej więcej można powiedzieć, że to najzwyklejszy w świecie mariaż metalcore'a z walcowatym deathcorem, chociaż tych walców nie znajdziemy tutaj w każdym kawałku. Oczywiście nie bez znaczenia jest tutaj elektronika, która w niektórych momentach wychodzi na pierwszy plan. Niespecjalnie mi to przeszkadza, ale po prostu czasami te ataki elektroniki są naprawdę niespodziewane. Z drugiej strony mamy tutaj też trochę klimatu tworzonego przez klawisze - i tak się dzieje chociażby w kawałku "The Manhattan Complex ". Klawisze są tutaj też od czasu do czasu głównym przewodnikiem jeśli chodzi o melodię. Gitary miejscami się gubią, a perkusja mechanicznie poddaje się klawiszom. W niektórych utworach (najbardziej chyba w "Endure and Prevail") objawia się czysty wokal. Dodaje trochę przebojowości i mocno kontrastuje z deathcore'owymi elementami. Ale ten album jest pełen kontrastów - przykładem jest utwór "Teen Dating Violence", który raz jest deathcore'owym walcem, żeby zaraz stać się niemalże melodic metalowym numerem z dużym udziałem klawiszy, tutaj też ma miejsce wtrącanie się czystego wokalu. Jeżeli chodzi o eksperymenty to najwięcej ich można znaleźć w środkowej części albumu - "Back Alley Prom Night Body Part Roundup", "Sucked Off and Eaten Alive" i przede wszystkim "Echoes (Techno Remix)". Przy czym ten ostatni to naprawdę fajna elektroniczna odskocznia. Druga połowa albumu jest zdecydowanie mocniejsza - poza ostatnim kawałkiem, w którym można posłuchać melodyjnych zaśpiewów w refrenie. Wyróżnię jeszcze numer "Axe Got Your Tongue?" - naprawdę fajny klimat.
Album HFFDT nie jest zły, powiedziałbym, że na swój sposób jest bardzo dobry. "Unlimited Power:Infinite Brutality" to obowiązkowa pozycja, ale tylko dla wielbicieli eksperymentów, nie tylko w stylistyce core'owej, ale w ogóle w muzyce. W każdym razie nic tutaj nie odbija się negatywnie na całości, dzięki tym eksperymentom album jest ciekawy, a jak dołączyć do tego czas trwania (niecałe 40 minut) to można dojść do wniosku, że ta młoda kapela nagrała naprawdę dobry materiał. Ta elektronika dobrze się uzupełnia z core'owymi dźwiękami - ale to już nie pierwsza kapela, która próbuje grać w ten sposób. W każdym razie dla mnie ten album jest zdecydowanie dobry, naprawdę fajna mieszanka. Na uwagę zasługują tutaj niemalże wszystkie kawałki, bo w każdym jest coś ciekawego.
Ocena: 7,5/10
HFFDT na myspace
Data wydania: 2010
Gatunek: metalcore/deathcore/experimental
Kraj: USA
Tracklista:
01. Unlimited Power: Infinite Brutality 04:01
02. The Manhattan Complex 05:05
03. Teen Dating Violence 04:24
04. Back Alley Prom Night Body Part Roundup 04:16
05. Sucked Off and Eaten Alive 03:40
06. Echoes (Techno Remix) 02:10
07. The Death of Walter Kovaks 04:23
08. Waste of Skin 02:46
09. Axe Got Your Tongue? 03:57
10. Endure and Prevail 04:57
Skład kapeli:
Bobby Stratton - wokal
Bert Connell - gitara
Jeremy Johnson - gitara basowa
Ric Burnett - gitara
Tyran Steedley - perkusja
Lucy Pop - klawisze, żeński wokal
Jest to drugi album tej amerykańskiej formacji. Zadebiutowali w 2009 roku albumem "Dawn Of The Danny", niestety do tej pory nie udało mi się dorwać tamtego albumu. Mam nadzieję, że w najbliższej przyszłości uda mi się nadrobić tą niewielką zaległość. W każdym razie kapela HFFDT jest mieszanką metalcore'a z deathcorem i do tego dorzucają lekkie eksperymenty (głównie zabawy z elektroniką).
Na szczęście "Unlimited Power:Infinite Brutality" do najdłuższych wydawnictw nie należy, więc kilku razowy odsłuch nie jest żadnym wyzwaniem, tym bardziej, że kapela gra w dość ciekawy sposób, ale album raczej za pierwszym odsłuchem nie zaskakuje. Początek tego wydawnictwa jednoznacznie kojarzy mi się ze ścieżką dźwiękową z filmu "Pan Kleks W Kosmosie" - dlaczego? Tutaj zawiniła nieco ta elektronika, bo moje skojarzenie znika w momencie, w którym wchodzi wokal. A album rozpoczyna się od utworu tytułowego. W sumie już tutaj mamy pewne wskazówki jak będzie brzmiała dalsza część tego wydawnictwa. Mniej więcej można powiedzieć, że to najzwyklejszy w świecie mariaż metalcore'a z walcowatym deathcorem, chociaż tych walców nie znajdziemy tutaj w każdym kawałku. Oczywiście nie bez znaczenia jest tutaj elektronika, która w niektórych momentach wychodzi na pierwszy plan. Niespecjalnie mi to przeszkadza, ale po prostu czasami te ataki elektroniki są naprawdę niespodziewane. Z drugiej strony mamy tutaj też trochę klimatu tworzonego przez klawisze - i tak się dzieje chociażby w kawałku "The Manhattan Complex ". Klawisze są tutaj też od czasu do czasu głównym przewodnikiem jeśli chodzi o melodię. Gitary miejscami się gubią, a perkusja mechanicznie poddaje się klawiszom. W niektórych utworach (najbardziej chyba w "Endure and Prevail") objawia się czysty wokal. Dodaje trochę przebojowości i mocno kontrastuje z deathcore'owymi elementami. Ale ten album jest pełen kontrastów - przykładem jest utwór "Teen Dating Violence", który raz jest deathcore'owym walcem, żeby zaraz stać się niemalże melodic metalowym numerem z dużym udziałem klawiszy, tutaj też ma miejsce wtrącanie się czystego wokalu. Jeżeli chodzi o eksperymenty to najwięcej ich można znaleźć w środkowej części albumu - "Back Alley Prom Night Body Part Roundup", "Sucked Off and Eaten Alive" i przede wszystkim "Echoes (Techno Remix)". Przy czym ten ostatni to naprawdę fajna elektroniczna odskocznia. Druga połowa albumu jest zdecydowanie mocniejsza - poza ostatnim kawałkiem, w którym można posłuchać melodyjnych zaśpiewów w refrenie. Wyróżnię jeszcze numer "Axe Got Your Tongue?" - naprawdę fajny klimat.
Album HFFDT nie jest zły, powiedziałbym, że na swój sposób jest bardzo dobry. "Unlimited Power:Infinite Brutality" to obowiązkowa pozycja, ale tylko dla wielbicieli eksperymentów, nie tylko w stylistyce core'owej, ale w ogóle w muzyce. W każdym razie nic tutaj nie odbija się negatywnie na całości, dzięki tym eksperymentom album jest ciekawy, a jak dołączyć do tego czas trwania (niecałe 40 minut) to można dojść do wniosku, że ta młoda kapela nagrała naprawdę dobry materiał. Ta elektronika dobrze się uzupełnia z core'owymi dźwiękami - ale to już nie pierwsza kapela, która próbuje grać w ten sposób. W każdym razie dla mnie ten album jest zdecydowanie dobry, naprawdę fajna mieszanka. Na uwagę zasługują tutaj niemalże wszystkie kawałki, bo w każdym jest coś ciekawego.
Ocena: 7,5/10
poniedziałek, 26 kwietnia 2010
Name - Internet Killed The Audiostar (2010)
Name - Internet Killed The Audiostar
Name na myspace
Data wydania: 16.04.2010
Gatunek: mathcore/experimental
Kraj: USA
Tracklista:
01. Bee Bee
02. You'll Never Die In This Town Again
03. The Spark Of Divinity
04. Your Sun Machine, Your Space Embracer
05. My Sweetheart, The Whore
06. Hommage To The Hunter
07. Mare
08. Killer Whales, Man
09. How To Murder The Earth
10. Charmer
11. Avaler l'Oc
12. Dave Mustaine
13. The Sycophant, The Saint & The Gamefox
Jest to drugi album amerykańskiej kapeli o nazwie Name (pewnie dużo czasu poświęcili, żeby ją wymyślić). Panowie proponują prawdziwą mieszankę emocji - od płaczliwych kawałków, przy których nastolatki podcinają sobie żyły, aż po prawdziwy core'owy napierdol jaki każdy lubi. Album jest ciężko jednoznacznie sklasyfikować. Pewnie wszystkich najbardziej interesuje kawałek "Dave Mustaine" - i zapewne wszyscy zainteresowani byliby zawiedzeni, tym kawałkiem. Z Mustainem to oczywiście nie ma nic wspólnego. To takie sobie brzdąkanie, bez jakiegokolwiek celu - nudny instrumental. Ogólnie album bardzo przypomina mi dokonania gości z Dillinger Escape Plan, tyle, że w nieco słabszym wydaniu. W każdym razie widać na kim się wzorowali. Album zły nie jest, ale to takie siłowanie się na oryginalność i jednocześnie granie pod znany band. Ta agresja też brzmi jakby była udawana - niestety, ale sam screamo nie jest w stanie zastąpić agresywnej muzyki. Z drugiej strony w połączeniu z klimatycznego grania, które pojawia się w niektórych miejscach z agresywnym wokalem. Tworzenie kontrastów też im nieźle wychodzi...ale to nadal silenie się na oryginalność, której tutaj nie ma. Z jednej strony to dobry album, a z drugiej wtórność pod przykrywką czegoś nowego, innego. Na duży minusa zasługuje czas trwania "Internet Killed The Audiostar" - całość trwa aż 80 minut, co działa na jego niekorzyść. Naprawdę można się zmęczyć odsłuchem.
Ocena: 6,5/10
środa, 24 lutego 2010
Well Behaved Women - Your God Is A Ghost EP (2010)
Well Behaved Women - Your God Is A Ghost
Well Behaved Women na myspace
Data wydania: 23.02.2010
Gatunek: trancecore/metalcore/deathcore/experimental
Kraj: USA
Tracklista:
01. Even Autotune Won't Save You Now, Breath Carolina
02. Seras Victoria
03. Dracula, The Musical
04. As the Earth Stood Motionless
05. An Interlude
06. The Adventures of Sean Connery
07. Behold, A Pale Horse.
08. Of Machines and Men
W dniu dzisiejszym swoją premierę internetową miała epka zespołu Well Behaved Women - całość można ściągnąć z profilu myspace. Materiał jest o tyle dobry, że jest to core jaki bardzo lubię. Czyli mamy ostry wokal z dużą ilością elektroniki, ale i z mocnymi gitarami. Do tego ciekawy jest skład zespołu - tworzy go Dave. I on jest tutaj za wszystko odpowiedzialny. Projekt jest jak najbardziej amatorski, ale tej amatorszczyzny nie słychać - przynajmniej na pierwszych kilku utworach (w sumie to kupowaty jest tylko przedostatni kawałek). Niby jest to materiał, który początkowo mogłem porównać do tego co nagrała kapela Dinosaurs Like Guccipants, ale teraz już nie jestem tego taki pewien. Co prawda występują tutaj właśnie elektroniczne wstawki w stylu Dinozaurów, ale nie stanowią sedna tej muzyki. Najważniejsze jednak jest pierdolnięcie i core'owy ryk, który z kolei bardziej kojarzy mi się z deathcorem niż z metalcorem.
Swoją niezwykłość album odkrywa już w pierwszym kawałku - "Even Autotune Won't Save You Now, Breath Carolina" początkowo wydaje się jedynie sprytnie wydłużonym intro, ale w końcu wchodzi ciężka gitara i wspierająca ją elektronika. Mimo wszystko nie jestem w stanie powiedzieć kiedy mija to niemalże 6 minut - bo tyle trwa ten numer. "Seras Victoria" to już zdecydowanie deathcore wyposażony w elektronikę. Od razu w uszy rzuca się ciężka atmosfera, walcowate tempo z dużą ilością beatdownów. "Dracula, The Musical" to jeden z moich faworytów na tym wydawnictwie - świetnie elektronika zgrywa się z core'ową stylistyką. Niemalże świński wokal jest w pewnym momencie wspierany przez wycie w tle. Kolejny numer jest niewiele słabszy - znowu mamy ostry core'owy ryk (idealny wręcz do deathcore'a) i świetnie uzupełniające się gitary z elektroniką. "Deathcore Isn't Sexy" to lekki przerywnik elektroniczny, zdecydowanie lepiej by się sprawdzał jako intro. Chociaż wówczas mógłby nieco odstraszać - tak jak początkowy kawałek na albumie Attila "Soundtrack To A Party". "The Adventures Of Sean Connery" ma świetny początek - taka niezaangażowana transowa elektronika, ale zostaje dość szybko zamieciona przez agresywne wejście wokalisty i towarzyszącej mu brutalnej nawałnicy dźwięków. Jedyny minus tego kawałka to wciśnięty na nieco na siłę czysty wokal, ale można go przeżyć, bo to zaledwie kilka kwestii mówionych i trochę wycia w tle. "Behold, A Palehorse" byłby świetnym deathcore'owym kawałkiem, gdyby nie kretyńska rapowana wstawka, która psuje cały numer. Nie wiem skąd się wziął ten pomysł, ale jest w każdym razie całkowicie chybiony. Ostatni utwór jest chyba najlżejszy - może to dlatego, że elektronika stanowi tutaj motyw przewodni i milknie tylko na kilka chwil, w których króluje walcowate tempo i ryczący wokal.
Podsumowując - lubisz elektronikę? Lubisz core'ową stylistykę? Walcowate tempa to to co lubisz w deathcorze? Nie stronisz od eksperymentów muzycznych? Jeśli na wszystkie te pytania odpowiedziałeś tak to jak najszybciej wejdź na profil myspace Well Behaved Women i legalnie ściągnij sobie epkę "Your God Is A Ghost". Może ta epka nie jest jakaś wielce rewolucyjna, ale mam wrażenie, że gość, który sprawuje pieczę nad tym projektem zastosował kilka myków, których inne zespoły core'owe boją się stosować. Tutaj mamy deathcore współgrający z elektroniką i transowością. Naprawdę dobry materiał.
Ocena: 7,5/10
czwartek, 26 listopada 2009
Dinosaurs Like Guccipants - You And The City (2009)
Dinosaurs Like Guccipants - You And The City
Dinosaurs Like Guccipants na myspace
Data wydania: 16.04.2009
Gatunek: electro/hardcore/insturmental/trancecore/experimental
Kraj: Niemcy
Tracklista:
01. Clear Air Turbulence
02. Cocktailparty until tomorrow
03. I am the Headline
04. Its raining, now you are alone
05. My shadow tries to fly away
06. Streetcar vs. Spacerocket
07. Yeah! The new Computerstore
08. Morphodrome
09. love me baby, shorter
10. Gone astrey in Los Angeles
11. Cold Mountain Island
12. You should never eat Dextro-Energyy
13. The next Train has been cancled
14. 24/7 Poppers
Dinosaurs Like Guccipants to młody zespół pochodzący z Monachium. Do tej pory wydali jedynie epkę "SweetBoyEffect", która swoją premierę miała w roku 2008. Od tamtej pory band pracował nad materiałem na pełny LP, w marcu 2009 przekazali na swojej stronie najważniejsze informacje dotyczące nadchodzącego wydawnictwa - miało się ukazać 16 kwietnia 2009.
Ten album to dla mnie jedna wielka zagadka. Sięgnąłem po niego głównie dlatego, że wyczytałem w sieci, że muzyka tego bandu to połączenie hardcore'a z muzyką elektroniczną. Przez to, że to bardzo niestandardowy album musiałem do niego podchodzić kilka razy, żeby w końcu przez niego przebrnąć. Jeśli ktoś zna elektroniczne wstępy, które towarzyszą niektórym albumom deathcore’owym to muzyka zawarta na "You And The City" nie będzie dla niego żadnym zaskoczeniem. Bo cały ten album składa się właśnie z takich utworów – oczywiście nie są to 30-sekundówki, ale pełne kawałki trwające nawet po 8 minut. Nie chcę się tutaj bawić w opisywanie tych utworów, bo nawet nie potrafiłbym tego zrobić – są to kawałki elektroniczne z breakdownami. Ale nie jest to elektronika dyskotekowa, nie jest to też industrial. Myślę, że trancecore, czy electrocore to najlepsze określenia tego co dzieje się na tym wydawnictwie. W każdym razie w tym graniu jest naprawdę duża dawka energii i mogę spokojnie powiedzieć, że jest to album wręcz idealny do słuchania go w tle. Nie trzeba się tutaj na niczym skupiać, muzyka sama wciąga. Na myspace zespołu jest tylko jeden utwór z tego albumu – "Yeah! The New Computerstore", z tymże nie jest to utwór reprezentatywny. Dużo bardziej podobają mi się "Clear Air Turbulence", "Cocktailparty Until Tomorrow", "Morpodrom" czy "Cold Mountains Island".
Album polecam wyłącznie tym, którym podobają się elektroniczne wstępniaki do deathcore’owych wydawnictw. Ewentualnie tym, którzy lubią elektroniczne dźwięki zagrane z polotem i z dużą dawką świeżości. Mnie "You And The City" wciągnął, ale idealnie się go słucha w tle podczas innych zajęć.
Ocena: 7/10
środa, 11 listopada 2009
Daath - Futility (2004)
Daath - Futility
Rok wydania: 2004
Gatunek: industrial death metal/experimental
Kraj: USA
Tracklista:
01. The One
02. Placenta
03. Filter
04. Child Says
05. Infestation
06. Concentrate Living
07. Blender for the Baby
08. Slow
09. Just for a Second
10. Crystasis
Przyznam, że byłem zaskoczony, że ten zespół nagrał coś przed "The Hinderers" - po prostu nie przypuszczałem, żeby ten zespół mógł mieć inny początek. Jak się jednak okazuje w roku 2004 amerykański zespół Daath (który z muzyką z USA w ogóle mi się nie kojarzy) wydał własnymi środkami album "Futility", który poniżej postaram się w kilku słowach scharakteryzować.
Ten album jest inny, mniej ułożony, bardziej dziki. Już sam otwieracz zwrócił moją uwagę - skojarzył mi się jednym z kawałków Toma Waitsa z albumu "Rain Dogs". Natomiast "Placenta" to już jakiś mocno eksperymentalny kawałek - ani do końca death, ani industrial. Dla mnie te riffy nie brzmią do końca jak death metalowe. Dalsze kawałki to ewidentne eksperymenty - po prostu słychać, że zespół na tym albumie szukał własnego stylu, który pozwoliłby im zaistnieć. To co trzeba przyznać to bardzo dobra współpraca wokalisty z perkusją - zwłaszcza w kawałku "Child Says". Zespół nawet trochę otarł się o nu-metalowe dźwięki w numerze "Blender For The Baby", ale jakbym się nie wsłuchał to bym tego pewnie nie zauważył. Ale i tak najdziwniejszym kawałkiem na tym albumie jest numer "Slow" - lekki, miękki z akustycznym brzmieniem i czystym wokalem. Brzmi to tak jakby ten numer był wrzucony tutaj z innego albumu. Zresztą podobnie brzmi "Just For A Second"...ale mniej więcej od połowy zaczyna się właściwe granie...tyle, że znowu z nu-metalową nutą. A zamykający album "Crystasis" to znowu eksperyment - brzmieniowy, kompozycyjny i raczej średnio udany.
Podsumowując ten album to jeden wielki eksperyment, który powinien przypaść do gustu głównie wielbicielom awangardy metalowej niż zagorzałym fanom industrialnego death metalu. Ewidentnie od samego początku do ostatniej sekundy "Futility" to poszukiwanie własnego stylu, pomysłu na muzykę. Słucha się tego przyjemnie, ale znając już "The Concealers" i "The Hinderers" ciężko mi się podchodzi do muzyki zawartej na "Futility". Z drugiej strony nie dziwię się osobom, które zaczęły psioczyć na ten band po tym jak wydał "The Hinderers" - z awangardy death metalowej stał się industrialnym death metalem. Dla mnie to oczywiście lepiej, ale jako awangarda death metalowa też nie wypadają źle.
Ocena: 7/10
poniedziałek, 14 września 2009
She Said Destroy - Time Like Vines (2006)
She Said Destroy - Time Like Vines
Rok wydania: 2006
Gatunek: black/death/mdm/deathcore/experimental/thrash
Kraj: Norwegia
Tracklista:
01. Armageddon, Anyone?
02. Times Like Vines
03. Der Untergeher
04. I Sense A Tempest Arising
05. Beyond The Borders Of Our Minds
06. Joy To The World: The Coming Of Kali
07. Shapeshifter
08. Swallow My Tongue
09. Becoming The Morning Star
10. Morituri Te Salutant
Pierwszy album She Said Destroy, po który sięgałem już wiele razy, ale jakoś nie mogłem się zebrać do tego, żeby coś o nim napisać. W końcu mi się udało skupić.
"Time Like Vines" to bardzo dobry początek kariery. Widać, że zespół od samego początku wiedział co chce grać i wprowadzał swoje eksperymentalne zapędy w życie. Na tym albumie jednak mamy trochę nietrafionych zagrywek - jak np. "Morituri Te Salutant". Ten akustyczny zamykacz po prostu nie pasuje do pozostałej części albumu - zresztą podobnie jest z "I Sense A Tempest Arising", ale w tym przypadku można wybaczyć, bo jest to wstęp do numeru "Beyond The Borders Of Our Minds".
Przez cały czas trwania materiału mamy mieszankę gatunkową - tak jak w przypadku drugiego albumu, przewijają się tutaj prawie wszystkie ekstremalne formy metalu. Praktycznie ten zespół powinni sławić wszyscy wielbiciele death metalu i grindu - może nie ma tutaj takiej rozbuchanej i nieukierunkowanej agresji jak w grindzie, ale za to jest bardzo głęboki gardłowy wokal - ofc tylko miejscami. Wokalista w większości ogranicza się do growlu, któremu towarzyszy odpowiednia muzyka (jak się okazuje nawet melodyjna! ). Największą mieszanką jest chyba utwór "Shapeshifter" (jakże trafnie dobrana nazwa ;-) ) - mamy tutaj prawdziwy przekrój. Zaczyna się od mulącego riffu, który brzmi tak jakby gitarzysta miał zaraz zasnąć, a jak wkracza wokal to nagle się budzi i pojawia się ostra perkusja, później znowu usypiający riff i kolejny atak, a po nim...spokojna melodia wygrywana na gitarce i rytmicznie uderzająca perkusja do tego włącza się spokojnie growlujący wokalista. Tutaj zespół pokazał swoje prawdziwe oblicze i można uznać, że to numer najbardziej reprezentatywny.
Ogólnie trochę spokoju jest na tym albumie, ale większość czasu to wymieszana ekstrema, chociaż na "This City Speaks In Tongues" została podana w ciekawszy sposób i jest tam też więcej tej agresji i bezkompromisowego napieprzania. Materiał na "Time Like Vines" jest dużo bardziej zrównoważony i przemyślnie ułożony, dlatego ocena niższa niż w przypadku albumu drugiego. I tradycyjnie polecam - obydwa albumy.
Ocena: 8/10
She Said Destroy - The City Speaks In Tongues (2008)
She Said Destroy na myspace
Data wydania: 17.11.2008
Gatunek: black/death/mdm/deathcore/experimental/thrash
Kraj: Norwegia
Tracklista:
01. This City Speaks in Tongues
02. We Will Never Learn
03. An Age of Leeches
04. Tea and Toast at the Very End of Time
05. No Zen
06. I Love This Place
07. Consider This a Warning
08. Servitude
Nie jest to zespół debiutujący, bo to drugi LP na koncie tego norweskiego zespołu prezentującego bardzo ekstremalną muzykę metalową. Muzyki tego zespołu nie można określić tylko jednym słowem, chociaż jak miałbym jakieś wybierać to na pewno byłoby to "experimental" - dlatego, że wielość gatunków łączonych przez tą kapelę jest naprawdę imponująca. Wiadomo - co za dużo to niezdrowo, ale tutaj działa zasada oryginalności, bo She Said Destroy prezentują naprawdę oryginalną muzykę z dużą ilością black metalu i spokojnych wstawek. Po pierwszym kawałku myślałem, że przerwę odsłuch - przyczynił się do tego wokal, który zaczął bulgotać niczym w jakimś brutal death metalu. Na szczęście dalej już było lepiej - był scream i growling, który dał się spokojnie wysłuchać. Ale najlepsze nastąpiło później - niby ekstremalna muzyka, ale udało im się wcisnąć ciekawe spokojne rytmy - "We Will Never Learn" - i połączył je z ciężkimi riffami. Wszystko to łączy się w muzykę, którą prezentuj She Said Destroy. Jest to pozycja obowiązkowa dla ekstremistów, ale też ludzi, którzy szukają ciekawych mieszanek w muzyce metalowej.
Ocena: 9/10
piątek, 28 sierpnia 2009
Danzig - The Lost Tracks Of Danzig (2007)
Danzig - The Lost Tracks Of Danzig
Rok wydania: 2007
Tracklista CD1:
01. Pain Is Like an Animal
02. When Death Had No Name
03. Angel of the Seventh Dawn
04. You Should Be Dying
05. Cold, Cold Rain
06. Buick McKane (T. Rex cover)
07. When Death Had No Name (European B'Side)
08. Satans Crucifiction
09. The Mandrake's Cry
10. White Devil Rise
11. Come to Silver (Acoustic)
12. Deep
13. Warlok
Tracklista CD2:
01. Lick the Blood Off My Hands
02. Crawl Across Your Killing Floor
03. I Know Your Lie
04. Caught in My Eye (The Germs cover)
05. Cat People (Moroder cover)
06. Bound by Blood
07. Who Claims the Soulless
08. Malefical
09. Soul Eater
10. Dying Seraph
11. Lady Lucifera
12. Under Belly of the Beast
13. Unspeakable Shango Mix
Chociaż na MA album ten figuruje jako "The Best Of" to nie ma on nic wspólnego ze sklejkami "najlepszych" utworów z wydanych już płyt. Glenn nigdy nie wydał żadnego "debestofa" i mam nadzieję, że nigdy tego nie zrobi, bo wtedy by oznaczało, że sam nie wierzy w siebie, a każdy wie, że wszystko co wydał jest zajebiste. Jak sama nazwa tego dwupłytowego albumu wskazuje jest to zbiór utworów, które nie znalazły się na dotychczasowych wydawnictwach. Duża część z nich najzwyczajniej się nie zmieściła, lub Glenn podjął decyzję, że nie bardzo pasują swoim klimatem do pozostałych utworów zawartych na danym albumie. Mimo wszystko można się domyślić, do których albumów poszczególne utwory były przymierzane. Dzięki temu dostajemy prawie dwugodzinny przekrój twórczości Mistrza. Poza kawałkami autorskimi znajdują się tutaj trzy covery. Warto też mieć ten album, bo został bardzo ładnie wydany - można powiedzieć, że w formie książkowej. W książeczce przyklejonej do pudełka nie znajdziemy tekstów do kawałków zawartych na dwóch płytach, za to zawiera ona słów kilka od Glenna na temat 23 wybranych utworów. Danzig zdradza z jakich powodów dany numer nie znalazł się na wcześniejszych wydawnictwach, bądź też z jakiego okresu pochodzi. Ale przejdę teraz na szybko do zawartości. A ta dla fana twórczości Danziga to czysta ekstaza.
Wszystko zaczyna się od lekko samhainowego "Pain Is Like An Animal". I później następuje lawina, której nie da rady powstrzymać. Kolejne kawałki po prostu zabijają i wciskają się do głowy usadawiając się wygodnie. Będę się zatrzymywał na chwilę przy utworach, które szczególnie przypadły mi do gustu. Zacznę od "Cold Cold Rain" - utwór, który na początku bardzo mnie irytował, przy pierwszych odsłuchach najzwyczajniej go "skipowałem". Najbardziej przeszkadzały mi te organo-podobne dźwięki dochodzące z tyłu. Ale kiedy w końcu się przełamałem i zatrzymałem na chwilę przy tym numerze robiłem tak ->
Nagle zaczął mi się kojarzyć z "November Rain" pewnego znanego bandu. A Glenn daje tutaj czadu popisując się swoim niesamowitym wokalem. Kolejnym przystankiem jest "Buick McKane", który jest coverem numeru T.Rex. I moim skromnym zdaniem przewyższa wykonanie oryginalne - u Danziga jest więcej luzu, lepsze brzmienie. Ten numer po prostu zabija. Stop - następny przystanek - "When Dead Had No Name". Co prawda kawałek ten znalazł się wcześniej na singlu o tym samym tytule, to był on wydany w zaledwie 500 kopiach, więc niewiele osób mogło go usłyszeć. Numer jest powolny, bluesowy i idealnie wpisałby się w płytę "Lucifuge", dlaczego się na niej nie znalazł? Nie wiadomo. "White Devil Rise" to niby nic specjalnego, ale jednak jest w tym bardzo dużo mocy - ten kawałek nie pojawił się na żadnej płycie, bo Glenn obawiał się, że zostanie źle zrozumiany i zostanie posądzony o rasizm. "Come To Silver" pojawił się już na płycie "Blackacidevil" - tutaj mamy okazję posłuchać wersji, która była napisana z myślą o Johnnym Cashu. Zdecydowanie jest to najlepsza bluesowa ballada z repertuaru Glenna. "Deep" to również kawałek, który już wcześniej pojawił się na rozszerzonej wersji "Blackacidevil" - tutaj natomiast jest zawarta wersja alternatywna tego numeru, która pojawiła się na ścieżce dźwiękowej do pierwszego filmu "The X-Files". "Warlok" to jeden z ciekawszych kawałków zawartych na pierwszej części tego albumu. Niezwykle klimatyczny, z bardzo dobrymi partiami perkusji i trochę niespotykanym feelingiem jak na twórczość Danziga.
Druga płyta zaczyna się od "nieco perwersyjnego" numeru "Lick The Blood Off My Hands". Kawałek jest powolny, znowu z dobrym riffem w tle i prowadzącą perkusją, a raczej głównie grą na bębnach. Glenn jak zwykle czaruje wokalem. "Crawl Across Your Killing Floor" to kawałek, który odpowiadał za promocję tego wydawnictwa - nakręcono do niego klip (zresztą bardzo klimatyczny). Sam numer jest najdłuższy na tym dwupłytowym albumie, ale też najbardziej zabija. Kawałek pierwotnie miał się pojawić na albumie "Satans Child". Utwór jest bardzo bluesowy, ale jednocześnie utrzymany w mrocznym klimacie - zdecydowanie największy killer z drugiej płyty. "Caught In My Eye" to drugi już cover na tym wydawnictwie. Muszę przyznać, że znowu cover z wyższej półki - już nawet wstęp niszczy, a szepczący głos Glenna - znowu czaruje ;-) I tutaj już jest zdecydowanie lepiej niż oryginał, który krótko mówiąc został wyryczany. "Cat People" to znowu cover - utwór znany przede wszystkim z wykonania Davida Bowie, ale autorem tego numeru jest Giorgio Moroder. W każdym razie Glenn zaprezentował zdecydowanie metalowe podejście do tego kawałka. Chociaż zaczyna się klimatycznie (jak oryginał) to później Danzig dorzucił drew do pieca i dał czadu ;-) Tego po prostu trzeba posłuchać. Ale nie tylko na coverach opiera się drugi krążek - "Who Claims The Soulless" to bardzo dobry numer, który spokojnie mógłby się znaleźć na "I Luciferi". Klimat wręcz identyczny - informujący o powrocie króla. W sumie to można by go nawet wrzucić na bardziej doomowy "Circle Of Snakes". Kawałek bardzo skoncentrowany - trwa zaledwie 3,5 minuty, a daje solidną dawkę energii. Jeśli ktoś szuka u Danziga utworów z prawdziwie szatańskim klimatem to powinien się zatrzymać przy "Malefical". Numer rodem z piekła - nieco psychodeliczna muzyka połączona z wokalem Glenna daje naprawdę dobry efekt. Nieco przesterowaną gitarę można usłyszeć na "Soul Eater" - dzięki temu słychać, że jest ciężej, rytmicznie pracująca perkusja też robi swoje. Do tego bardzo chwytliwy refren i rock'n'rollowy styl. "Lady Lucifera" to bardzo garażowa, a raczej specjalnie na taką stylizowana. Bardzo surowy numer. I gdyby nie to słabe brzmienie to pewnie bym nawet o nim nie wspomniał ;-) "Under The Belly Of The Beast" to utwór, który znalazł się na ścieżce dźwiękowej do filmu "Kruk", ale wersja zawarta na "The Lost Tracks Of Danzig" brzmi inaczej, jest to zupełnie inny miks. Album zamyka miks "Unspeakable" - dużo cięższy niż ten znany z "Satans Child".
Podsumowując - "The Lost Tracks Of Danzig" to przede wszystkim perełka dla fanów. Ale osoby nieznające twórczości Glenna spokojnie mogą sięgnąć po ten album i poznać ją przekrojowo. Dla mnie to bardzo ważne wydawnictwo zawierające nowe wersje znanych utworów, jak i tzw. rary. Ode mnie za ten album 10/10.
I klip promujący album:
Danzig - Crawl Across Your Killing Floor
Danzig - Sacrifice (EP) (1996)
Danzig - Sacrifice (EP)
Rok wydania: 1996
Tracklista:
01. Sacrifice (Rust Mix)
02. Sacrifice (Trust Mix)
03. Sacrifice (Must Mix)
04. Sacrifice (Crust Mix)
05. Sacrifice (Martyr Mix)
06. Sacrifice (Album Version)
07. Deepest (Kennedy Acid Death Mix)
08. Deeper Still ("French Eric" Cadieaux Techno Mix)
09. Serpentia (Winter Mix)
Warto wspomnieć o tej epce - bo singlem bym tego nie nazwał, skoro czas trwania tego materiału wynosi prawie 50 minut. Co prawda składa się na niego w większości jeden numer - "Sacrifice" - który został przez różne osoby zremiksowany, ale dodatkowo można usłyszeć zmiksowaną wersję numeru "Deep" i "Serpentia". Warto się zapoznać głównie z dwoma pierwszymi miksami "Sacrifce" - pozostałe są jakby przekombinowane. Podobnie jest z "Deep", natomiast "Serpentia" to wisienka na torcie. Tą epką Glenn udowodnił, że ma dystans do swojej twórczości i stać go na daleko idące eksperymenty (dużo dalej idące niż na "Blackacidevil"). Polecam głównie fanom twórczości Glenna.
Glenn Danzig - Black Aria II (2006)
Glenn Danzig - Black Aria II
Rok wydania: 2006
Tracklista:
01. Overture: Winged Night Demon
02. Abandonment / Recreation
03. Zemaragad
04. Lamia
05. Bridal Ceremony of the Lilitu
06. Dance of the Succubi
07. Unclean Sephira
08. LCKR
09. The Succubus Feeds
10. Shiddin
11. Demons Reprise
12. Lamenta Lillith
13 lat po wydaniu swojego pierwszego solowego albumu Glenn po raz drugi zaatakował swoich fanów albumem, który w tytule ma "Black Aria" - jest to oczywiście druga część LP wydanego w 1993 roku. I po raz drugi Glenn postanowił znowu dać upust swoim fantazjom i nagrał "Black Aria II", tym razem materiał jest dłuższy o 10 minut - czyli w sumie dostajemy prawie 35 minut muzyki. Klimat tego wydawnictwa jest podobny, ale to w końcu kontynuacja, więc zdziwiłbym się gdyby znacząco odstawał od części pierwszej. Można dojść do wniosku, że Glenn po prostu postanowił trochę zarobić i dlatego wydał drugą część, która była zapowiadana od jakiegoś czasu - i pewnie trochę jest w tym prawdy, ja wolę naiwnie wierzyć, że po prostu chciał uraczyć swoich fanów odmiennymi od danzigowych brzmieniami. Album niemal równie dobry jak pierwsza część - ma trochę słabszych momentów (np. utwór "Unclean Sephira"), ale nadrabia to tymi lepszymi ("Ouverture" czy "Shiddin").
Glenn Danzig - Black Aria (1993)
Glenn Danzig - Black Aria
Rok wydania: 1993
Tracklista:
01. Overture of the Rebel Angels
02. Conspiracy Dirge
03. Battle for Heaven
04. Retreat and Descent
05. Dirge of Defeat
06. And the Angels Weep
07. Shifter
08. The Morrigu
09. Cwn Anwnn
Warto wspomnieć o tym albumie Glenna. Nie jest to co prawda regularny album Danziga i każdy kto myślał inaczej na pewno się srogo zawiódł. Dla mnie jest to pokaz umiejętności kompozytorskich Glenna - a raczej umiejętności komponowania muzyki poza metalowej. I według mnie sprawdził się w tym bardzo dobrze - bo udało się na "Black Arii" otrzymać odpowiedni klimat: mroczny i przytłaczający. Nie ma tutaj mowy o chwytliwości, czy porywających melodiach, bo nie o to w tej muzyce chodzi. Sam materiał zawarty na "Black Arii" nie jest długi, bo to niecałe 25 minut muzyki. Ale płyta obrośnięta już swoistym kultem. Dla mnie jest to bardzo ważne dzieło w dyskografii Glenna. Nie ocenię tego albumu, bo nie czuję się do tego odpowiednią osobą.
Danzig - Circle Of Snakes (2004)
Danzig - Circle Of Snakes
Rok wydania: 2004
Skład zespołu:
Glenn Danzig – wokal, gitara, klawisze
Tommy Victor – gitara
Jerry Montano – gitara basowa
Bevan Davies – peruksja
Tracklista:
01. Wotan's Procession
02. Skin Carver
03. Circle of Snakes
04. 1000 Devils Reign
05. Skull Forest
06. HellMask
07. When We Were Dead
08. Night, BeSodom
09. My Darkness
10. NetherBound
11. Black Angel, White Angel
Dwa lata po wydaniu "I Luciferi" Glenn z nowym składem muzyków wszedł do studia, żeby zarejestrować materiał na ósmy już krążek wydany pod szyldem Danzig. "Circle Of Snakes" został wydany 31 sierpnia 2004 roku. I tak naprawdę już na początku pojawiły się głosy niezadowolenia - dotyczyły one głównie okładki wydawnictwa - chodziło o to, że logo jak i tytuł płyty są słabo czytelne. Ale na szczęście materiał zawarty na tym krążku w większości zmienił te głosy niezadowolenia w pochwalne pieśni ;-) Redaktorzy gazet zajmujących się muzyką metalową ogłaszali triumfalny powrót króla - padały nawet porównania do trzech pierwszych albumów. Najważniejsze, że fani otrzymali kolejny krążek.
Jest to pierwszy krążek wydany pod szyldem Danzig nie opatrzony liczbą - pierwszy LP był różnie oznaczany, przez jednych jako "Danzig - Danzig", a przez innych jako "Danzig - 1".
Subskrybuj:
Posty (Atom)








