piątek, 10 lipca 2015

Najlepsze albumy czerwca 2015

Po genialnym maju miałem spore oczekiwania co do czerwca. Jednak patrząc na zapowiadane na czerwiec albumy byłem spokojny. Na szósty miesiąc 2015 roku swoje nowe wydawnictwa zapowiadały takie muzyczne marki jak August Burns Red, The Darkness, Luca Turilli's Rhapsody, Dagoba, Jungle Rot, Till Lindemann, Pro-Pain, iwrestleabearonce, Gorgoroth, czy Thy Art Is Murder. A to i tak tylko jakaś połowa kapel tych ważniejszych formacji, których nowe płyty miały się pojawić właśnie w czerwcu. Szykował się miesiąc jeszcze lepszy niż maj.


Oczywiście nawet jeśli miesiąc całościowo wypada świetnie, to nie brakuje rozczarowań. Było ich kilka w czerwcu i zacznę tym razem od tych mniejszych i na koniec dam te największe niewypały. To może na początek The Darkness ze swoim "Last of Our Kind". Nie jest to zły materiał, ale ta brytyjska kapela to prawdziwa petarda i spodziewam się po nich samych rewelacyjnych wydawnictw. Tymczasem "Last of Our Kind" to zaledwie dobry rockowy materiał, który wypada słabiej od "Hot Cakes", którego po jakimś czasie bardzo polubiłem. Na nowej płycie brakuje mi przede wszystkim hitów. Całe wydawnictwo jest jakieś takie płaskie. Drugie miejsce w mniejszych rozczarowaniach zajmuje Dagoba z albumem "Tales Of The Black Dawn". Na tę płytę nastawiałem się jeszcze bardziej, bo Francuzi wiedzą jak grać groove metal, łączyć go z industrialem podlać to trochę death metalowym i power metalowym sosem. Tym razem coś poszło nie tak i panowie z Dagoba zaserwowali nudnawy materiał, który został ze mną na jakieś dwa obroty. Rozczarowałem się też kapelą, którą można nazywać "Vomitory 2.0", czyli niedawno powstałą kapelą Cut Up, w której skład wchodzi trzech muzyków znanych wcześniej z Vomitory. I można by się spodziewać jakiejś totalnej miazgi po ich debiutanckim albumie, a tu wyszedł standardowy death metal, który nie wyróżnia się kompletnie niczym. "Forensic Nightmares" to zaledwie przyzwoity materiał, który raczej death metalowej sceny nie zawojuje. I na tym kończę te mniejsze rozczarowania i przechodzę płynnie do tych większych. W tej kwestii absolutnym numerem jeden jest nowy album Rhapsody kierowanym przez Lucę Turilli. Wydany w 2012 roku "Ascending to Infinity" zapowiadał naprawdę ciekawy projekt i dlatego z niecierpliwością czekałem na "Prometheus, Symphonia Ignis Divinus". Niestety tym razem Luca ze swoją gromadą zanudzili mnie niemalże na śmierć. Nowy album trwa 70 minut, ale ja już przy trzecim kawałku byłem zmęczony. Coś ewidentnie poszło nie tak. Jak dla mnie słabo wypadli też muzycy z Unleash The Archers, których nowy materiał to taki stereotypowy melodyjny power metal. I takie wydawnictwa są teraz w cenie, ale pod warunkiem, że kapela ma do siebie dystans, a mam wrażenie, że Kanadyjczycy strasznie się spinają i nie wychodzi na dobre muzyce. A już wokal prezentowany przez Brittney Hayes jest dla mnie nie do wytrzymania. Sporym rozczarowaniem był dla mnie też nowy album iwrestleabearonce. I w przypadku "Hail Mary" można mówić tylko i wyłącznie o wszechobecnej nudzie. Na tym wydawnictwie nic się nie dzieje. Nuda, nuda i jeszcze raz nuda.

To by było tyle, jeśli chodzi o rozczarowania. W czerwcu było też kilka dobrych albumów, które z różnych względów nie załapały się do mojego top 10. Przede wszystkim wspólny projekt Tilla Lindemanna z Peterem Tägtgrenem. Może zawartość "Skills in Pills" brzmi jak najsłabsze wydawnictwo Rammstein, ale i tak wypada zdecydowanie lepiej niż drugi solowy materiał od Richarda Kruspe, w którym szaleją huragany nudy. Till szokuje na siłę i chyba nikt nie spodziewał się po nim grzecznej płyty, pełnej kulturalnych tekstów o głębokim filozoficznym przekazie. Album "Skills in Pills" to taki Rammstein po angielsku i trochę szkoda, że kompletnie nie słychać tutaj muzycznych wpływów Tägtgrena (jakieś elementy z Pain by się przydały). Najbardziej żałuje, że do mojego topu nie wszedł nowy materiał od Wisdom In Chains. To jedna z ciekawiej prezentujących się kapel na scenie hardcore/punk i każde kolejne wydawnictwo tej formacji to prawdziwa petarda. I tym razem nie jest inaczej, bo "The God Rhythm" to masa core'owej energii zamknięta w 38 minutach. A numer "When We Were Young" pewnie jeszcze bardzo długo będzie mi siedział w głowie. Pewnie w każdym innym miesiącu nowy album Wisdom In Chains zająłby wysokie miejsce w topie, ale w czerwcu konkurencja była naprawdę silna. Z tych ciekawszych wydawnictw mógłbym jeszcze polecić trzy - Nekrogolikon "Heavy Meta" (świetna mieszanka mdm, folk metalu i power metalu, a wszystko to upstrzone humorystycznymi tekstami), Pro-Pain "Voice Of Rebellion" (kolejny bardzo dobry hardcore/groove metal od tych weteranów, jednak zauważalny jest spadek formy po wydaniu rewelacyjnego "The Final Revolution") i Hyades "The Wolves Are Getting Hungry" (nowa szkoła thrashu, której co prawda nie lubię, ale jest kilka kapel, które grają tak jak trzeba i do nich bym zaliczył Hyades). Do tego grona mógłbym dopisać jeszcze KEN Mode, którzy swoim noise rockiem może nie skruszyli tym razem murów, ale naruszyli ich konstrukcję. Dobry materiał, ale tylko dobry.

Jak zwykle kilku albumów nie udało mi się jeszcze przesłuchać, ale na wszystko przyjdzie pora, pewnie zapoznam się z nimi jeszcze w trakcie roku, żeby móc z nich skorzystać w momencie zabawy w podsumowywanie 2015 roku.

A teraz czas na finałową dziesiątkę czerwca:

01. Rest Among Ruins - Fugue

Na ten album czekałem 7 lat, w sumie przez ten czas żyłem w nieświadomości, że "The Depths" było zaledwie epką. Czyli pełnoprawny debiut kapeli Rest Among Ruins pojawił się na rynku dopiero 10 lat po powstaniu zespołu. Długo, ale było warto. "Fugue" to bardzo długi materiał, bo trwający 67 minut. Ale tego czasu się nie zauważa, bo materiał składający się na pełnowymiarowy debiut Rest Among Ruins po prostu płynie, nie ma tutaj przestojów, wypełniaczy, czy chociażby przebłysków nudy. Z drugiej strony to nie jest album dla każdego - niby jest to progresywny metalcore ze sporą dawką djentu, ale też ze sporą porcją czystych wokali. Jednak to właśnie wokale są jedną z najważniejszych elementów tego wydawnictwa. Za te odpowiada niesamowity Mike Semesky, który po prostu czaruje na "Fugue".

02. August Burns Red - Found In Far Away Places

Tej kapeli chyba nikomu nie trzeba przedstawiać, a raczej nikomu kto słucha metalcore'a. Jeżeli August Burns Red zapowiadają nowy album, to od razu można założyć, że będzie to absolutny top. Ta formacja po prostu nie zawodzi, no może raz zawiodła wydając płytę z metalcore'owymi wersjami bożonarodzeniowych piosenek, ale to był taki jednorazowy żarcik. Podobnie jak na poprzednich wydawnictwach, tak i na "Found In Far Away Places" muzycy z August Burns Red udowadniają, że gatunek, w którego ramach się poruszają nie jest hermetyczny. Nie jest tworem zamkniętym, z otwartymi rękami przyjmuje mariaże z innymi gatunkami, tymi ciężkimi, jak i lekkimi. Oczywiście jak przystało na weteranów metalcore'a panowie z August Burns Red prezentują te mieszanki w iście mistrzowski sposób. "Found In Far Away Places" to taka skrzynia pełna skarbów, każdy znajdzie w niej coś dla siebie.

03. Jungle Rot - Order Shall Prevail

Pewnie gdyby nie Bolt Thrower, to nie byłoby w tym zestawieniu Jungle Rot. Pewnie w ogóle bym o tej amerykańskiej kapeli nie usłyszał (nawet biorąc pod uwagę fakt niedawny koncert tej formacji w towarzystwie Cryptopsy). Byłaby to ogromna strata, bo Jungle Rot to kapela, która podobnie jak wcześniej wspominany Bolt Thrower miażdży na death metalowym poletku. "Order Shall Prevail" to kontynuacja bitewnej sagi, jaką muzycy Jungle Rot podjęli 20 lat temu wydając w 1995 roku "Skin The Living". Co prawda ich styl przeszedł lekką ewolucję od początkowego siermiężnego oldschool death metalu w nieco nowocześniejszą formę, ale nadal jest to ta sama kapela. Tak samo mocno kopiąca dupę jak 10, 15, czy 20 lat temu. Jeżeli lubicie bitewny death metal to Jungle Rot z miejsca stanie się jedną z Waszych ulubionych kapel.

04. Hundredth - Free

Do twórczości Hundredth zawsze podchodziłem z dystansem. Chłopaki nagrywali fajne hardcore'owe albumy, ich kawałki wpadały w ucho, ale swoją pełną siłę okazywali dopiero podczas koncertów. I przyznam, że trochę niepewnie się czułem sięgając po "Free" spodziewając się po prostu kolejnego core'owego albumu, którego posłucham i więcej nie będę do niego wracał. W przypadku "Free" czekała mnie bardzo przyjemna niespodzianka, bo na nowym materiale panowie z Hundredth jakby zerwali się z łańcucha i energię, którą prezentowali na koncertach tym razem przelali na album. Ten album buja i uzależnia. Póki co "Free" to najlepsze wydawnictwo jakie wyszło pod szyldem Hundredth.

05. Dew-Scented - Intermination

Kiedyś, dawno temu zasłuchiwałem się kolejnymi death/thrasowymi projektami, które przychodziły i odchodziły. Niektóre zmieniały stylistykę na czysty death metal, a inne kierowały się w stronę szybkiego thrashu. A Dew-Scented pozostali niezmienni. Wierni nie tylko swojemu gatunkowi, ale też nazewnictwu płyt (tytuł każdego albumu tej formacji zaczyna się na literkę "i"). No dobra, kapelę znam, lubię i szanuję, ale "Intremination" to prawdziwa death/thrashowa miazga, której się nie spodziewałem, tym bardziej po zaledwie przyzwoitych ostatnich dokonaniach Niemców. Ten album to dowód na to, że niegdyś bardzo szeroka i bogata w różnorodne projekty scena death/thrashowa jeszcze nie umarła.

06. High On Fire - Luminiferous

High On Fire zawsze kojarzyli mi się z...fajnymi okładkami. Muzyka tej kapeli nigdy do mnie nie trafiała, przeważnie dawałem im jeden odsłuch i na tym kończyłem. I nie wiem, czy po prostu bardziej otworzyłem się na sludge/stoner, czy to muzyka High On Fire ewoluowała, ale ich nowy materiał to prawdziwa miazga. Owszem trafiają się tutaj walcowate numery, od których ta kapela nigdy nie stroniła, ale sporą część zawartości "Luminiferous" stanowią szybkie kompozycje utrzymane w rock'n'rollowym stylu (oczywiście nie odbiegające nadto od sludge metalu). Brudu na nowym wydawnictwie High On Fire nie brakuje, więc starsi fani też powinni być zadowoleni, a dzięki szybszym kompozycjom pewnie znajdą się i nowi, którzy chętnie sprawdzą starsze płyty Amerykanów.

07. Thy Art Is Murder - Holy War

Thy Art Is Murder to kapela, która jest kilka lat temu była dla mnie kwintesencją brutalnego deathcore'a. I mam tu na myśli nie tylko album "The Adversary" wydany w 2010 roku, ale też dwie epki "This Hole Is Not Deep Enough" i "Infinite Death". Przy okazji płyty "Hate" formacja jakby trochę zluzowała i dorzuciła do swojego repertuaru trochę więcej death metalu i wyszło jej to na dobre. "Holy War" to kontynuacja obranej na "Hate" drogi. Australijczycy oczywiście nie odżegnują się od swojej przeszłości i nadal łupią ostry deathcore, ale jednak z dużą ilością pierwiastków death metalowych. Czy to jest najostrzejszy deathcore tego roku? Chyba nie, ale zdecydowanie jeden z najlepszych w 2015.

08. Paradise Lost - The Plague Within

O tej kapeli zbyt wiele nie wiem. Nigdy do tej pory nie przesłuchałem żadnej ich płyty w całości (no dobra, poza "Believe In Nothing", ale to było daaawno temu). Może dlatego, że to mieszanka doom metalu z gothic metalem, a może po prostu wolałem szukać mniej znanych formacji. Raczej skłaniam się w stronę tego pierwszego powodu. I "The Plague Within" mnie zaskoczyło, bo po jednym pełnym obrocie płyty nie czułem się znudzony. Wręcz zostałem zachęcony do kolejnych odsłuchów. Wiele o tym wydawnictwie napisać nie mogę, bo naprawdę z twórczością Paradise Lost jestem na bakier i nie wiem nawet jak ten album wypada w porównaniu z poprzednimi. Ale warto go sprawdzić, bo mimo odstręczającej dla mnie łatki death doom metal/gothic metal wypada nadzwyczaj korzystnie.

09. Gorgoroth - Instinctus Bestialis

Jak jakiś czas temu zobaczyłem Gorgoroth w nowym składzie na żywo, to aż prosiło się o "facepalm". Kapela w ogóle nie miała kontaktu z publicznością, grała jakby na siłę i brakowało jakiegoś charyzmatycznego lidera. A tymczasem Gaahl ze swoim Godseed dawał dobre koncerty i jeszcze nagrał świetny album (zarówno studyjny, jak i koncertowy). A w tym czasie Gorgoroth ponownie nagrali stary album... Już wieściłem koniec tej formacji, kiedy ta zapowiedziała "Instinctus Bestialis". No i co? Wychodzi na to, że chciałem zbyt wcześnie uśmiercić Gorgoroth, bo ich nowe wydawnictwo to naprawdę kawał świetnego black metalu. Teraz czas na ruch Gaahla.

10. Disarmonia Mundi - Cold Inferno

"Cold Inferno" to jedna z najlepszych czerwcowych premier i powinien być zdecydowanie wyżej w moim zestawieniu. Jest tutaj praktycznie wszystko - nowoczesny metal podany w wysmakowany sposób, energia, klimat, dobre pierdolnięcie, świetne melodie, wpadające w ucho refreny. Dlaczego w takim razie najnowsze dzieło Diarmonia Mundi jest dopiero 10? Za wszystkim stoi fatalne brzmienie. Naprawdę nie wiem jak to się stało, że kapela działająca już tyle czasu na scenie muzycznej, a jednak coś poszło nie tak. "Cold Inferno" brzmi po prostu sucho, wokale są gdzieś pochowane za dudniącymi gitarami. Ewidentnie coś tu jest nie tak. Pozostaje mi mieć nadzieję, że kapela zdecyduje się jakoś niedługo na wypuszczenie wersji tego materiału z poprawionym miksem, bo kompozycyjnie jest świetnie.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza