wtorek, 18 października 2016

Podsumowanie miesiąca - wrzesień 2016

"Klęska urodzaju" - takim określeniem mógłbym nazwać wrzesień w temacie premier płytowych. Była tego taka masa, że nikt nie jest chyba w stanie tego wszystkiego przerobić. Przeważnie na później zostawiam sobie jakieś 5-6 płyt z danego miesiąca, a tym razem musiałem odpuścić aż 30 pozycji. Przy czym ponad połowę interesujących mnie albumów udało mi się przesłuchać. Jedne bardziej, a inne mniej wnikliwie. Wszak nie ma co się męczyć przy wydawnictwach, gdzie po przesłuchaniu połowy zawartości nadal wieje nudą i co chwilę nerwowo zerkam, ile jeszcze zostało do końca. Na szczęście (albo na nieszczęście) tego typu materiały stanowiły mniejszość. Ale w tym roku wrzesień nie tylko przygniatał ilością premier, ale też ich jakością. Wybranie tej najmocniejszej reprezentacji stanowiło dla mnie nie lada wyzwanie. Zresztą nawet po jej wytypowaniu do samego końca przeprowadzałem roszady wewnątrz dziesiątki (poza podium, bo tutaj nie było mowy o jakichkolwiek zamianach). Tak mocnego miesiąca jeszcze w 2016 roku nie było i najprawdopodobniej już nie będzie.



01. Devin Townsend Project - Transcendence
(progressive metal/symphonic metal)

Jeszcze kilka lat temu nie należałem do grona fanów talentu Devina Townsenda. Prawdę mówiąc nie wiem dlaczego, ale podejrzewam, że wolałem prostszą i bardziej dosadną muzykę. Z ostatnich dokonań Devina sporo słuchałem "Z²" i dużo bardziej odpowiadała mi żartobliwa część "Dark Matters" niż epicka "Sky Blue". Po "Transcendence" nie spodziewałem się niczego specjalnego, bo zamiast kolejnej płyty Devin Townsend Project wolałem dostać kontynuację "Casualties Of Cool". Ale Devin postanowił inaczej. I może trochę mu na złość (na pewno to odczuł) zwlekałem ze sprawdzeniem zawartości "Transcendence". A jak już zacząłem słuchać to nie mogłem się oderwać. Nowy album Devin Townsend Project to materiał bliski "Epicloud" i "Sky Blue". To album pełen epickości, w którym nawet prosta melodia brzmi niczym wzniosły hymn. Zresztą słuchając "Transcendence" mam wrażenie, że Devin wziął masę różnych elementów, wymieszał je ze sobą i dzięki swojemu geniuszowi kompozytorskiemu (którego nie można mu odmówić) uzyskał niesamowity efekt. Swoją drogą muzyka Devina jest tak charakterystyczna, że nie sposób ją komuś innemu. I naprawdę nie wiem, co musiałoby się stać do końca tego roku, żeby "Transcendence" nie zostało najlepszą płytą 2016 roku (oczywiście na DF).

02. Norma Jean - Polar Similar
(metalcore/post-hardcore/mathcore)

Na "Polar Similar" niespecjalnie czekałem. Prawdę mówiąc zdążyłem kompletnie zapomnieć jak dobrą ekipą jest Norma Jean. I pewnie to za sprawą wydanego w 2013 roku "Wrongdoers", któremu dałem chyba za mało szans. Nowy materiał ekipy pochodzącej z Douglasville z miejsca zwalił mnie z nóg. Niby to znowu metalcore ze swoimi różnymi odnogami, ale podany w wyborny sposób. Katując "Polar Similar" zacząłem odnosić wrażenie, że materiał brzmi jakby Cancer Bats (ale ci z okresu "Hail Destroyer") zajęli się graniem mathcore'a. Na płycie trafić można nie tylko na mieszankę metalcore i mathcore'a, pojawiają się też elementy post-hardcore'u (i nie chodzi mi o melodyjne refreny), a nawet można się natknąć na śladowe ilości southern rocka. Oczywiście wszystko to jest w siebie wplecione i stanowi spójną całość. Jak dla mnie to najlepsza płyta Norma Jean, dosłownie wszystko jest tutaj na swoim miejscu. Nawet krótkie, czy dłuższe przerywniki mają swój sens.

03. Almah - E.V.O.
(progressive power metal)

Formację Almah zawsze odbierałem jako biedniejszą wersję Angry. W obydwu kapelach na wokalu występował Edu Falaschi, obydwie ekipy pochodzą z Brazylii i grają w bardzo podobnym klimacie. Zresztą Almah miała być jednorazowym przedsięwzięciem, więc też nie przywiązywałem do niej wielkiej uwagi. I prawdę mówiąc po "E.V.O." sięgnąłem z przeświadczeniem, że przesłucham raz i więcej do niej nie wrócę. Kiedy płyta robiła trzecie okrążenie ogarnęło mnie lekkie zdumienie. Kiedy to nastąpiło? Płyta jest pełna przebojowości i świetnych wokali Edu. Pewnie niejedna melodic, czy power metalowa kapela marzy o tym, żeby mieć w składzie takiego wokalistę. Na "E.V.O." nie tylko Edu, ale również instrumentaliści udowadniają, że potrafią naprawdę wiele. Kiedy trzeba muzyka jest lekka i niemalże wpada w pop, a innym razem riffy wręcz przygniatają do ziemi. Różnorodność to prawdziwa siła tego wydawnictwa. Hitów jest tutaj cała masa, więc jeżeli lubicie power metal w progresywnej odmianie to sięgajcie czym prędzej po "E.V.O.".

04. Breakdown Of Sanity - Coexistence
(metalcore)

Po takiej petardzie, jaką Szwajcarzy zaprezentowali w 2013 roku nie chciało mi się wierzyć, żeby mogli nagrać coś lepszego. Ale z drugiej strony liczyłem na utrzymanie poziomu, który formacja osiągnęła na niesamowitym "Perception". Jak dla mnie Breakdown Of Sanity na wspomnianej płycie jakby na nowo odkryli metalcore. "Coexistence" to bardzo dobry materiał, ale jednak nie jest tak przełomowy jak "Perception". Kapela utrzymała swój styl wypracowany na poprzedniej płycie, co bardzo im się chwali, ale kompozycyjnie jest jakby odrobinę słabiej. I brakuje tego efektu zaskoczenia, który towarzyszył płycie wydanej w 2013 roku. Jednak nie ma co narzekać, bo "Coexistence" to jedno z najlepszych metalcore'owych wydawnictw tego roku, a Breakdown Of Sanity za sprawą tego albumu udowodnili, że są ścisłą czołówką metalcore'owej ekstraklasy.

05. Heaven Shall Burn - Wanderer
(mdm/metalcore)

Mam dużą słabość do twórczości Heaven Shall Burn, ale zdaję sobie sprawę, że nie wszystkie ich wydawnictwa są na równie wysokim poziomie. Zwłaszcza w ostatnim czasie mam wrażenie, że zdarzyło im się wydać kilka płyt-zapychaczy ("Invictus" patrzę w twoją stronę). Ewidentnie ich stylistyka potrzebowała jakiegoś odświeżenia i "Wanderer" taki lekki powiew świeżości przynosi. Przy pierwszym kontakcie z nowym materiałem HSB nie chciało mi się wierzyć, że to ta sama kapela. No przynajmniej tak było do momentu, w którym odezwał się Marcus. Jego wokal się nie zmienił. Ale jakby lekkiej odmianie uległo brzmienie formacji. Wielbiciele Heaven Shall Burn nie mają powodów do kręcenia nosem, a może ktoś nowy przy okazji lekkich zmian na "Wanderer" zainteresuje się twórczością tej grupy.

06. pg.lost - Versus
(post-rock)

Od jakichś dwóch lat stopniowo odkrywam post-rocka i ten gatunek ciągle mnie czymś zaskakuje. Tym razem przyszła pora na pg.lost. Album "Versus" był moim pierwszym kontaktem z twórczością tej formacji. I może nie jest to tak niesamowite wydawnictwo jak tegoroczne If These Trees Could Talk, ale jest to absolutna czołówka tegorocznych post-rockowych albumów. "Versus" jest aż nazbyt energiczne jak na post-rocka. Do tej pory byłem przyzwyczajony do delikatnych i leniwych melodii. Muzyka zawsze gdzieś tam sobie płynęła i zawsze zachowywała bezpieczny dystans. Tymczasem pg.lost owszem potrafią również poruszać się po wspomnianych ścieżkach, ale nie stronią też od bardziej intensywnych dźwięków, wręcz atakują słuchacza, próbują go zaangażować w swoją muzykę. Podejrzewam, że jeszcze wiele razy post-rock mnie zaskoczy, póki co robi to tylko w pozytywnym aspekcie.


07. Evergrey - The Storm Within
(progressive metal)

Evergrey to formacja nie schodząca poniżej pewnego poziomu. No dobra, może nie zawsze, ale tych niechlubnych wyjątków jest naprawdę niewiele. Jednak zawsze mam problem z tą kapelą, bo ich wydawnictwa rzadko zostają ze mną na dłużej. I nie bardzo wiem, czego jest to wina. Nowy materiał nie różni się niczym szczególnym od poprzednich. No może jest jakby cięższy, czego dowodem jest chociażby numer "Disconnect", w którym gościnnie wystąpiła Floor Jansen (tak, ta sama, która aktualnie występuje w Nightwish). Tom Englund wraz ze swoimi kompanami po raz kolejny dali radę. Dlaczego wspominam Toma? Bo jego wokale po prostu czarują. Muzycznie nie ma tutaj specjalnych wodotrysków, ale śpiew Englunda to prawdziwy majstersztyk. To tak, jakby jego partie były po prostu wiodącym instrumentem.

09. Trap Them - Crown Feral
(crust/hardcore/punk)

Kiedy pomyślę o Trap Them od razu w mojej głowie pojawia się prześwietny "Darker Handcraft". Stąd też każde kolejne wydawnictwo tej amerykańskiej grupy porównuję do wspomnianej płyty. O ile "Blissfucker" pozostawiał spory niedosyt, to "Crown Feral" wypada lepiej. Niebezpiecznie zbliża się do "Darker Handraft", ale nie jest w stanie do niego dobić. Trap Them to grupa, która swoją mieszanką crusta i hardcore/punka po prostu niszczy wszelką konkurencję. Nie ma chyba drugiej tak świetnie brzmiącej grupy grającej w takich klimatach. "Crown Feral" to zdecydowanie jedno z ich najlepszych dotychczasowych wydawnictw, chociaż jak wspomniałem "Darker Handcraft" pozostaje na pozycji lidera.

08. Mentor - Guts, Graves and Blasphemy
(black metal/thrash metal)

Mentor to dość świeża kapela, a "Guts, Graves and Blasphemy" to ich debiutancki album. Miałem to szczęście, że jeszcze przed pisaniem tego podsumowania zdążyłem usłyszeć jak formacja brzmi podczas koncertu i muszę przyznać, że moc jest jeszcze większa niż na płycie. Co ciekawe na żywo w muzyce Mentor słychać crustowe odnośniki, których już na płycie raczej się nie uświadczy. Co prawda kapela miesza stylistykę black metalową i thrashową, ale ja bym ich granie nazwał prostym black'n'roll. Skojarzenia z takimi formacjami jak Horned Almighty, czy Destroyer 666 są jak najbardziej na miejscu.

10. Magoa - Imperial
(metalcore/groove metal)

Wrześniowe podsumowanie zamyka kapela, której wcześniej nie znałem. Magoa to młoda francuska formacja poruszająca się w stylistyce mieszającej metalcore z elementami groove metalu. Na "Imperial" jest dosłownie wszystko, czego wymagam od takiej muzyki, albo nawet trochę więcej. Francuzi za sprawą tej płyty zrobili niemal to samo, co Any Given Day przy swoim debiucie. To atak z zaskoczenia i to bardzo celny. Przy tym trzeba zauważyć, że Magoa to jeszcze młoda formacja, która jeszcze może namieszać na metalcore'owej scenie. Energia, pierdolnięcie i przebojowość, to trzy najważniejsze elementy składowe "Imperial".

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza