wtorek, 21 czerwca 2011

Jungle Rot - Kill On Command (2011)

Jungle Rot - Kill On Command

Data wydania: 21.06.2011
Gatunek: death metal
Kraj: USA

Tracklista:
01.     Their Finest Hour     05:25
02.     Blood Ties     03:53
03.     Rise Up & Revolt     03:52
04.     Kill on Command     03:22
05.     Demoralized     03:15
06.     Push Comes to Shove     03:12
07.     I Predict a Riot     02:51
08.     No Mercy (from the Merciless)     03:23
09.     Born of Contagion     04:03
10.     Life Negated     02:36     

Skład zespołu:
Dave Matrise - wokal, gitara
Geoff Bub - gitara
James Genenz - gitara basowa
Jesse Beahler - perkusja

Kapela Jungle Rot to niezawodna firma, która jednak lekko poślizgnęła się na swoim albumie wydanym w 2009 roku - "What Horrors Await" był sporą zmianą względem poprzednich wydawnictw Amerykanów. Dużo nowocześniejsze brzmienie, praktycznie pozbawione dudnienia, które stanowiło bardzo ważny element muzyki Jungle Rot. Panowie zbyt zestandaryzowali swoje granie, mimo tego, że "What Horrors Await" wypadał blado na tle pozostałych dokonań tej formacji, to i tak wypadał dobrze. Dwa lata po premierze wspomnianego materiału kapela wróciła z nowymi nagraniami.

"Kill On Command" został wydany 21 czerwca za sprawą Victory Records, na całość składa się 35 minut death metalowego łojenia w oldschoolowym stylu. Praktycznie na albumie znajduje się wszystko to, za co lubię Jungle Rot. Już kawałek otwierający wiele mówi o tym materiale - równe, wręcz marszowe tempo perkusji, charakterystyczne dudniące gitary - tak to jest ta kapela, którą stawiam niewiele niżej niż Bolt Thrower. I choć mogłoby się wydawać, że "Their Finest Hour" to zbyt długi kawałek jak na otwieracz, to wcale się tego nie zauważa - jest to również najdłuższa kompozycja na tym wydawnictwie. Szybkie tempo, mocno bijąca perkusja i charakterystyczny wokal Dave'a - czego chcieć więcej? Jeśli ktoś słyszał starsze wydawnictwa Jungle Rot to może czuć się trochę zagubiony (oczywiście pod warunkiem, że nie zapoznał się wcześniej z "What Horrors Await") - brzmienie na tym albumie jest zdecydowanie czystsze niż na takim "Dead And Buried" czy "Fueled By Hate", ale też nie tak przejrzyste jak na wydawnictwie z 2009 roku. Panowie dalej eksperymentują z brzmieniem, czego efekt mamy na "Kill On Command". Według mnie jest lepiej niż na poprzedniku, ale słabiej niż wcześniej - ale to tylko w kwestii brzmienia. Same kompozycje masakrują i nie bardzo ciężko jest się oderwać od słuchania nowych numerów Jungle Rot. Ewidentnie muzycy powrócili na dobrą ścieżkę - szybkie i naładowane energią kompozycje takie jak "Rise Up & Revolt", "I Predict A Riot", "Born Of Contagion" czy zamykający stawkę "Life Negated" to prawdziwie niszczycielskie numery, co wcale nie oznacza, że najlepsze na płycie. W moim mniemaniu na czoło wysuwa się utwór "No Mercy (From The Merciless)", który wręcz hipnotyzuje swoją motoryką. Riff, który panowie tutaj zagrali jest tak ograny, że już chyba zaliczyła go każda death metalowa kapela, która porusza się w nurcie oldschoolowego grania - problem w tym, że właśnie tego typu riffy to dla mnie kwintesencja tego konkretnego gatunku. Jednego o tym albumie nie można powiedzieć, że jest utrzymany w jednym tempie. Ci, którzy nie po raz pierwszy spotykają się z Jungle Rot doskonale wiedzą, jak budowane są ich numery - szybkie, wręcz galopujące tempa przenikają się z walcowatymi, ociężałymi i zagrywkami, w których przeważnie pojawiają się również partie wokalne. Muszę przyznać, że wreszcie dostałem album Jungle Rot, na który czekałem od momentu, w którym o nich usłyszałem.

35 minut prawdziwego, niszczycielskiego death metalu w oldschoolowym stylu - kto potrafi podać takie danie lepiej niż formacja, która od takiego grania właśnie zaczynała i przez lata szlifowała swój styl? Jungle Rot zagrali tak, jak powinni - albumem "Kill On Command" udowodnili, że "What Horrors Await" był tylko lekkim wypadkiem przy pracy. W końcu mogłoby się wydawać, że 35 minut to mało, jak na takie granie - a ja mówię, że czas trwania jest wręcz idealny. Pewnie gdyby Amerykanie dorzucili jeszcze jeden, czy dwa kawałki to wcale bym nie narzekał, ale teraz też za bardzo nie mam na co. Świetny album, Dave Matrise w rewelacyjnej formie - album niemalże idealny.

Ocena: 9/10

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza