sobota, 21 grudnia 2019

Podsumowanie roku 2019

Tak, wiem, że Dark-Factory nie działa. Powiedzmy, że DF nie jest zamknięte, ale "niedomknięte".  Zostawiam sobie lekko uchylone drzwi, gdybym jednak kiedyś chciał ponownie prowadzić bloga. Nie umiałem sobie odmówić muzycznego podsumowania roku. Jest to pierwsze zestawienie, które zrobiłem bez sumiennego przygotowywania się do niego przez cały rok. Tym razem nie robiłem żadnych tabelek, nie prowadziłem zapisków odnośnie konkretnych płyt, nie zrobiłem sobie też kalendarza premier. Nie bawiłem się w pisanie recenzji, ale też nie sprawdzałem wszystkich możliwych albumów, żeby tylko nie mieć poczucia, że coś mi umknęło. W 2019 roku po raz pierwszy od wielu lat słuchałem faktycznie tego, na co miałem ochotę. Nie musiałem wielokrotnie odsłuchiwać albumów, na które nie do końca mi się podobały, albo które nie mieściły się w kręgu moich zainteresowań tylko po to, żeby później skrobnąć o nich kilka zdań. Dlatego mijający rok uznaję za wyjątkowy i poniższe zestawienie jest dużo bardziej osobiste niż każde wcześniejsze pojawiające się na Dark-Factory.

W podsumowaniu znajdziecie dwa zestawiania: w pierwszym 30 płyt metalowych, rockowych, core'owych. Natomiast drugie to top 10 spoza wspomnianych gatunków. Oczywiście niektóre z albumów znajdujących się w drugim zestawieniu równie dobrze mogłyby trafić do tego pierwszego, ale z jakichś powodów bardziej pasowały mi do tego nie-metalowego. Korzystając z rad podsumowanie ustawiłem od 30 do 1, powoli odsłaniając kolejne coraz wyżej cenione przeze mnie premiery 2019 roku. Zmieniłem też trochę układ podsumowania, co mam nadzieję sprawi, że będzie ono trochę bardziej czytelne i nie tak "rozstrzelone" jak te dotychczasowe. Z uwagi na to, że skupiałem się głównie na albumach, które mi się podobały , to te, które od razu mnie odrzucały odkładałem na bok. W związku z tym nie znajdziecie w podsumowaniu do tej pory stałej rubryczki dotyczącej największych muzycznych rozczarowań mijającego roku.


TOP 30 (metal/core/rock)

(death metal/technical death metal)

Niewiele jest kapel mocno skoncentrowanych tekstowo na tematyce Starożytnego Rzymu. O Ade dowiedziałem się zaledwie kilka lat temu, kiedy szukałem formacji grających w podobnym klimacie do kanadyjskiego Ex Deo. Muzyka pochodzącej z Rzymu kapeli Ade jest zdecydowanie ostrzejsza od twórczości ich kanadyjskich kuzynów. Chociaż ich poprzednie wydawnictwa skupiały się na podobnych wydarzeniach z dziejów Starożytnego Rzymu, czyli konflikcie z Kartaginą. Nowy album Włochów to techniczny death metal wsparty symfonicznymi elementami, które ukierunkowują muzykę w stronę właśnie klimatów Starożytnego Rzymu. "Rise Of The Empire" ma zdecydowanie lepszą produkcję niż dotychczasowe wydawnictwa Ade. Grupa jest niezwykle systematyczna, co pozwala mi przypuszczać, że piąty studyjny album Włochów usłyszymy w 2022 roku, ale już można zacierać ręce, bo na pewno będzie to doskonałe wydawnictwo.


(death/black metal)

Przyznam, że konflikt wewnątrz szeregów Morbid Angel nie sprawiał, że na mojej twarzy pojawiały się wypieki. Wręcz niespecjalnie mnie interesował, a co za tym idzie nie wiem, o co poszło i kto miał rację. Faktem jest, że wygrali słuchacze, bo zamiast jednej death metalowej bestii dostali dwie doskonałe formacje, które najwyraźniej zamierzają walczyć ze sobą o uwagę fanów. Nie tak dawno, bo w 2017 roku już bez Davida Vincenta w składzie, Morbid Angel wydał "Kingdom Disdained", który podzielił fanów. Według mnie wypadł bardzo dobrze, co zaowocowało umieszczeniem go na wysokim miejscu w Top 30 2017 roku. Ale to nie o Morbid Angel chodzi, a o kapelę Vltimas, której liderem jest wspomniany wcześniej David Vincent. Formacja założona w 2015 roku w końcu po czterech latach wydała debiutancki materiał. I warto było czekać, bo "Something Wicked Marches In" to doskonały death metal z domieszką black metalowego klimatu. Mam wrażenie, że dużo bliżej temu wydawnictwu do wcześniejszych dokonań Morbid Angel niż "Kingdom Disdained", a już na pewno "Illud Divinum Insanus" (które swoją drogą uwielbiam). Nie ma tutaj wirtuozerskich popisów, nie ma zapierających dech w piersiach solówek, ale jest świetny klimat, gitary tnące przy samej ziemi i dudniące brzmienie. Jeżeli jesteście fanami Morbid Angel to pewnie już znacie album Vltimas i katujecie go tak samo, jak ja. Teraz czas na ruch Trey'a Azagthotha.


(hardcore/metalcore)

Kanadyjczyków z Obey The Brave uwielbiam za ich debiutancki album i doskonałe koncerty. Ta formacja ma niezwykły dar tworzenia utworów, które słuchane z płyty mogą budzić uśmiech politowania, ale na żywo te same kawałki zamieniają się w prawdziwe bestie. Już kilka razy miałem okazję je przetestować i za każdym razem obiecywałem sobie, że postoję sobie spokojnie z tyłu i posłucham na spokojnie. Zawsze kończyło się w młynie pod sceną. W tym roku Obey The Brave wydali swój czwarty studyjny album i ciężko mi powiedzieć, czego się po nim spodziewałem. Na pewno chciałem, żeby stylistycznie wrócili do klimatów "Young Blood". Ale gdyby była lepsza niż "Salvation" i "Mad Season" to byłbym zadowolony. I tak się też stało. "Balance" to hardcore'owa jazda bez trzymanki ze świetnymi chórkami, dobrymi beatdownami i wpadającymi w ucho kawałkami. Już podczas pierwszego odsłuchu chce się dołączyć do chórków i razem z nimi śpiewać refreny.


(heavy metal)

Rok 2019 to był dobry czas dla oldschoolowego heavy metalu...granego przez młode formacje. Jedną z nich jest powołane do życia w 2011 roku Riot City. "Burn The Night" to debiutancki materiał Kanadyjczyków. Zawarta na tym albumie muzyka do złudzenia może przypominać dokonania Judas Priest i innych wielkich heavy metalu. Już oldschoolowa okładka tego wydawnictwa zdradza, czego można się spodziewać po zawartości "Burn The Night". I tak, materiał zgromadzony na tym albumie to nic innego jak heavy metal rodem z lat 80-tych grany w roku 2019. Na płycie zaskakuje przede wszystkim niezwykła melodyjność kawałków i łatwość z jaką zagnieżdżają się one w głowie. Po pierwszym odsłuchu "Burn The Night" nawet po sięgnięciu po inny album ciągle w głowie grały mi kawałki z repertuaru Riot City.


(metalcore)

W ubiegłym roku ponownie odkryłem "Disarm The Descent", który to album stał się moim ulubionym wydawnictwem Killswitch Engage. Na tym wydawnictwie było wszystko - pasja, energia, tęsknota, ciężar, melodie, świetne refreny, które zapadają w pamięć. Niestety później przyszło "Incarnate", które nie było nawet cieniem swojego doskonałego poprzednika. Wówczas mój wzrok skierował się w kierunku wówczas jeszcze Devil You Know z Howardem Jonesem na wokalu, a w głowie pojawiło się pytanie - czy powrót Jesseego Leacha był dobrym krokiem? Na szczęście Killswitch Engange w 2019 wydali album "Atonement". Materiał może nie tak doskonały jak "Disarm The Descent", ale mający spory potencjał. Nowe wydawnictwo sprawiło, że kompletnie zapomniałem o istnieniu "Incarnate" i znowu uwierzyłem w powrót Jesseego Leacha. Kawałki zawarte na nowym albumie błyskawicznie wpadają w ucho, mają w sobie odpowiednie pokłady mocy i nie brakuje w nich zgrabnych melodii. I pełen nadziei wybrałem się na koncert Killswitch Engage w stołecznym klubie Stodoła. Niestety uśmiech z mojej twarzy szybko zszedł, nowe kawałki doskonale sprawdzają się do słuchania z płyty, ale na żywo się rozmywają, sprawiają wrażenie ugrzecznionych i zbyt spokojnych. Początkowo stawiałem "Atonement" zdecydowanie wyżej w tym zestawieniu, ale po zweryfikowaniu numerów z tej płyty na żywo zdecydowałem się obniżyć pozycję nowego wydawnictwa Killswitch Engage w tegorocznym podsumowaniu.


(thrash/heavy/power metal)

Flotsam and Jetsam to jedna z thrash metalowych żywych legend. Kapela, która debiutowała w 1986 roku, a w tym roku dorobiła się trzynastego studyjnego albumu w swojej dyskografii. Z ich bogatego dorobku słyszałem zaledwie kilka albumów, a baczniej przyglądam im się od czasu wydania płyty "The Cold" (2010). Praktycznie każdy z ich kolejnych albumów to thrash metal z domieszką innego gatunku. Na "The End Of Chaos" grupa thrash metalu i heavy metalu dorzuciła elementy power metalu. Ta mieszanka klasycznych już dla metalu gatunków okazała się być nie tylko świeża, ale niezwykle przyjemna dla ucha. Flotsam and Jetsam doskonale poradzili sobie z wyważeniem charakterystycznych elementów każdego z tych gatunków i przełożyli to na konkretne kawałki. Słychać na tym wydawnictwie echa innych większych i trochę mniejszych kapel, dzięki temu "The End Of Chaos" słucha się doskonale i obcując z tym wydawnictwem miałem wrażenie, jakbym doskonale znał te kompozycje. Jeżeli szukacie niezbyt agresywnego, ale pełnego melodii i łatwych do zapamiętania refrenów to sięgajcie czym prędzej po "The End Of Chaos".


(post-metal)

To dopiero drugi studyjny album chłopaków z Krakowa. Po tym jak miałem okazję kilka razy zobaczyć ich na żywo, a ostatnio (jakieś dwa lata temu) dane mi było usłyszeć kawałki, które miały trafić na drugi pełny album to z niecierpliwością czekałem na następcę "Like We're All Equal Again" (2013). I prawdę mówiąc już straciłem nadzieję, a ta się ponownie zbudziła, kiedy do sieci zawitał singiel "The Map". Znając rozstrzał stylistyczny jaki kapela oferowała do tej pory wiedziałem, że to jedynie przedsmak tego, co dostanę na pełnej płycie. "The Essence Has Changed, But the Details Remain" w końcu pojawił się 11 października 2019 i wpadł mi jednym uchem i wypadł drugim. Fleshworld nie grają prostej i chwytliwej muzyki. Określenie ich stylu mianem "post-metal" to ogromne uproszczenie, gdyż na swoich dotychczasowych płytach mieszali różne gatunki i nigdy nie skupiali się na jednym. Na najnowszym wydawnictwie nie jest inaczej - jest tu obecny black metal, death metal, post-hardcore, ale nie brakuje też elementów post-rockowych, czy progresywnych. Taka mieszanka sprawia też, że "The Essence Has Changed, But the Details Remain" to nie jest album łatwy w odbiorze, nie jest to też album dla każdego. I pewnie, gdyby nie to, że z kapelą Fleshworld miałem już do czynienia, to po pierwszym odsłuchu z uwagi na natłok premier po prostu bym odstawił ten album na bok i sięgnął po coś nowego. Jednak niezrażony i mając w pamięci doskonałe kawałki z tej płyty grane na żywo (jeszcze w surowych wersjach) postanowiłem trochę powalczyć z tym materiałem. I było warto. Kompozycje zawarte na "The Essence Has Changed, But the Details Remain" są wielopłaszczyznowe i przez to numery sprawiają wrażenie dłuższych niż są w rzeczywistości. Ten materiał jest wypełniony całą masą świetnych pomysłów, które najwidoczniej dorastały w głowach muzyków przez te kilka lat i w końcu dały plon. To zdecydowanie jedna z najlepszych polskich płyt metalowych 2019 roku i mam nadzieję, że na jej następcę nie trzeba będzie czekać kilku lat.


(metalcore/groove metal)

Zaraz przed wydaniem albumu "Absolute" Amerykanie z Kublai Khan postanowili dodać do swojej nazwy skrót stanu, z którego pochodzą, żeby odróżnić się od innych kapel o takiej nazwie. Stąd Kublai Khan TX, a nie po prostu Kublai Khan, jak do tej pory. "Absolute" jest czwartym wydawnictwem tego beatdown hardcore'owego zespołu z Teksasu. O ile zacząłem ich słuchać od premiery "New Strength" (2015), tak dopiero wydany w 2017 "Nomad" sprawił, że Kublai Khan często gościł w moim odtwarzaczu. Masywne kompozycje, rwane gitary, sugestywne teksty, masa beatdownów - trzeci album tej formacji zapewniał to wszystko. Byłem oczarowany, a w uwielbieniu tego materiału utwierdził mnie koncert tej kapeli. I w końcu przyszedł "Absolute". Niby dostałem to samo, ale jakoś zabrakło zaskoczenia. Utwory miały w sobie takie same pokłady mocy, jak te z "Nomad", ale miałem wrażenie, że czegoś tu brakuje. I nie chciało mi się wierzyć, żeby Kublai Khan, kapela, którą pokochałem za agresję, nagle zeszła z tonu i nagrała po prostu kolejny album. Nie poddając się katowałem "Absolute"...chociaż nie. Materiał zaskoczył za trzecim podejściem i od tamtej pory, jeżeli słucham Kublai Khan to wrzucam od razu w kolejkę "Absolute" i "Nomad". Nie wyobrażam sobie, żeby mogłoby być inaczej.


(heavy metal)

Już wspominałem, że 2019 był doskonałym rokiem dla klasycznego heavy metalu. Kolejnym tego potwierdzeniem jest najnowsze wydawnictwo szwedzkiej grupy Screamer. I tu podobnie jak w przypadku Riot City zawartość albumu nie jest niespodzianką, ale kawałki wydają się szybciej wpadać w ucho. Andreas Wikström jest też lepszym wokalistą od Jordana Jacobsa (Riot City), dzięki czemu nie drażni przy wchodzeniu w wyższe rejestry. "Highway Heroes" to już czwarty studyjny materiał kapeli Screamer i jak dla mnie również najlepszy. Na poprzednich wydawnictwach muzycy sprawiali wrażenie poszukujących własnego stylu i dopiero na najnowszym materiale doprowadzili go do finalnej wersji. Czuć w muzyce Screamer jakąś frywolność mimo skutej lodem toporności heavy metalu z dawnych lat. Co tu dużo gadać, "Highway Of Heroes" to po prostu niezwykle przebojowy i przyjemny dla ucha album, w którym kawałki już przy pierwszym odsłuchu zagnieżdżają się w głowie i już z niej na długo nie wychodzą.


(stoner rock/progressive rock)

Nie lubię stonera, a raczej lubię stoner łączony z hard rockiem lub innymi żywymi gatunkami, które znacząco przyczyniają się do wzrostu dynamiki stonerowych kompozycji. Długo dawałem się namawiać kumplowi na sięgnięcie po nowy album Mars Red Sky, bo też, po co miałbym słuchać stonerowej kapeli, która na pewno zanudzi mnie na śmierć? Ale w końcu dałem się przekonać i odpaliłem "The Task Eternal". Byłem zaskoczony, że ten nie mający prawa mi się podobać materiał momentalnie u mnie zaskoczył. Mars Red Sky chyba głównie za sprawą warstwy wokalnej kojarzy mi się z twórczością szwedzkiego Ghost. Bo jednak nie ma tutaj tego teatralnego przerysowania, zabawy konwencją, czy wodzenia słuchaczy za nos. Muzycznie Mars Red Sky to już zupełnie inna bajka, to rasowy stoner zagrany z progresywnym zacięciem, co też jest sporym urozmaiceniem. Dudniąca i wolna muzyka doskonale kontrastuje z delikatnym i dźwięcznym wokalem Juliena Prasa. Francuzi stworzyli świetny album, który często gościł w moim odtwarzaczu i na pewno będę chciał zaznajomić się z ich dotychczasowymi dokonaniami.


(black metal/sludge)

This Gift Is A Curse zawsze kojarzyli mi się z jakąś płaczliwą emo-post-hardcore'ową stylistyką. Może to kwestia nazwy kapeli, bo przecież muzycznie nie mają nic wspólnego ze wspomnianym gatunkiem. "A Throne Of Ash" jest trzecim studyjnym wydawnictwem Szwedów. I jest pierwszym albumem, który zyskał spory zasięg. W momencie premiery i chwilę po niej non-stop trafiałem na jakieś recenzje tego wydawnictwa. Ciężko było trafić na serwis zajmujący się muzyką metalową, który by przeszedł obok "A Throne Of Ash" bez większych emocji. I nic w tym dziwnego, bo wszelkie pochwały, które spłynęły na This Gift Is A Curse są w pełni zasłużone. Materiał zawarty na ich najnowszym albumie przygniata pod każdym względem. Drażniąca uszy produkcja z miejsca przypomniała mi o twórczości takich kapel jak australijski Portal, czy szwedzka Terra Tenebrosa. A nawet z pierwszym wydawnictwem The Amenta. "A Throne Of Ash" to nawałnica agresji ubrana w eksremalne szaty, a całość jest jeszcze potęgowana przez przesterowane wokale Jonasa Holmberga. Połączenie dudniącej muzyki z jego krzykiem sprawia, że słuchając tej muzyki mam wrażenie, jakby zewsząd otaczał mnie nienaturalny brud, po ścianach spływała czarna maź, a wszystko dookoła było utytłane w smarze, czy innej smole. This Gift Is A Curse nagrali najbardziej ekstremalny album, jaki słyszałem w 2019 roku, ale nie brzmiący przy tym karykaturalnie.


(metalcore/sludge metal)

Pierwsze, co przychodziło mi do głowy po usłyszeniu sformułowania "Left Behind" był to numer Slipknota o tym tytule. Dopiero później przypomniałem sobie, że swojego czasu trafiłem na album "Blessed By The Burn" nagrany przez amerykańską formację Left Behind. I prawdę mówiąc poza okładką nie byłem sobie w stanie przypomnieć zawartości tego wydawnictwa. Trzeci studyjny materiał Left Behind szpeci nieatrakcyjna grafika na froncie, która bardziej by pasowała do jakiejś black metalowej demówki z początku lat 90-tych. Ale przecież nie oprawa graficzna jest najważniejsza w muzyce (chociaż wiadomo, że atrakcyjnie wyglądająca okładka łatwiej przyciąga). Za tym brzydactwem kryje się niezwykła płyta. "No One Goes To Heaven" to ciężki i ociężały niczym walec drogowy materiał muzycznie orbitujący pomiędzy ekstremalną odmianą metalcore'a i najbrudniejszą wersją sludge metalu. Wolne tempo utworów tylko potęguje ich ciężar. Każda kolejna kompozycja przygniata coraz bardziej. Co by było gdyby formacja Conan zdecydowała się grać metalcore? Pewnie brzmiałaby właśnie jak Left Behind. W "No One Goest To Heaven" kryje się jakaś magia, bo nie jestem fanem wolnego grania, a doom metal i jego pochodne uważam za niesamowite nudy, a jednak zawartość tego wydawnictwa katowałem dopóki głowa nie odpadała mi od headbangingu. I teraz już będę wiedział, że Left Behind to przede wszystkim doskonała kapela z USA, a nie jakiś tam przebój przebierańców ze Slipknot.


(thrash metal)

Pierwszy kontakt z twórczością Suicidal Angels miałem w okolicach premiery albumu "Dead Again". Niedługo później udało mi się załapać na ich koncert i byłem zachwycony tym, jak Grecy siepią gitarami, jak doskonale potrafią grając thrash nie tylko nawiązywać do wielkich tego gatunku, ale też dołożyć swoją cegiełkę. Przy czym nie dało się nie zauważyć, że teksty były proste, refreny przeważnie opierały się na powtarzaniu wielokrotnie tytułu utworu, a partie gitar są jakby robione na zasadzie "kopiuj-wklej". No i co z tego? Zawartość "Dead Again" jarała mnie i jara mnie do dzisiaj. Inna sprawa, że później już było tylko gorzej i dopiero wydane w 2016 roku "Division Of Blood" sprawiało wrażenie czegoś nowszego i lepiej przemyślanego. I końcu nadeszła pora na siódmy studyjny album Suicidal Angels. I przyznam, że nie oczekiwałem tego, że kapela nagle odkryje w sobie takie pokłady energii i przełoży to na muzykę. "Years Of Aggression" to nadal proste thrashowe łupanie, w którym refreny powtarzane są w nieskończoność, ale to zdecydowanie najlepszy album Suicidal Angels od czasu premiery "Dead Again". Kawałki momentalnie wpadają w ucho, nie ma tu miejsca na bylejakość, a same utwory sprawiają wrażenie, jakby kompozycyjnie grupa odnosiła się do twórczości Kreatora...ale takiego znacznie szybszego. Suicidal Angels zawsze grali szybko, ale ich muzyka była bardzo toporna, jakby pochodzili z Niemiec, a nie z Grecji. Na "Years Of Aggression" czuć większą swobodę i kreatywność, zwłaszcza na płaszczyźnie instrumentalnej. Jeżeli po średniakach wydawanych przez Suicidal Angels zraziliście się do ich twórczości to to jest ten moment, żeby dać im ponownie szansę.


(heavy metal/post-punk/gothic metal)

Post-punk niepostrzeżenie od jakiegoś czasu próbuje się przebić do metalowego światka. Udało się to już zrobić Beastmilk, a później Grave Pleasures (czyli kontynuatorom Beastmilk) - oczywiście pomijam Killing Joke, ale o nich też nie można zapominać. Teraz do tego grona dołączyła amerykańska formacja Idle Hands. Dość dziwne wydawało mi się, że nieznana szerzej kapela wyruszyła na europejską trasę z solowym projektem Gaahla. I kierowany ciekawością sprawdziłem debiutancki album Idle Hands. "Mana" to nic innego jak post-punk zagrany z heavy metalowym zacięciem, ale nie stroniący też od gothic metalowych klimatów. W niektórych numerach słuchać wręcz stylisykę, w której niegdyś poruszali się panowie z Moonspell, czy innych gothic metalowych formacji. Ale materiał ma też w sobie charakterystyczną lekkość i przebojowość post-punka. Jak widać da radę zaprzęgnąć razem do współpracy te trzy gatunki, które na pierwszy rzut oka nie mają ze sobą zbyt wiele wspólnego. Idle Hands to świetne dopełnienie sceny metalowej i zachęta dla niezdecydowanych, którzy wabieni czarem post-punka jednak odeszli od metalu w poszukiwaniu czegoś nowego (chociaż przecież post-punk niczym nowym nie jest). Pozostaje mieć nadzieję, że sukces Idle Hands, Beastmilk i Grave Pleasures sprawi, że coraz więcej młodych formacji grających w tym stylu będzie się przebijało do metalowego mainstreamu.


(technical death metal/grindcore)

Od czasu premiery "Monolith", który jest zdecydowanie moim ulubionym albumem Cattle Decapitation i równocześnie przełomem, który przyczynił się do tego, że wkręciłem się w machinę Cattle Decapitation. Trzy lata po premierze "Monolith" kapela wydała "The Anthropocene Extinction", który okazał się być doskonały następcą swojego znakomitego poprzednika. Tym bardziej czekałem na "Death Atlas" i jakoś ten czas mi się dłużył, bo single zapowiadały doskonały materiał. Finalnie ósmy studyjny materiał Cattle Decapitation miał premierę 29 listopada i po pierwszym odsłuchu wiedziałem, że nie zabraknie dla niego miejsca wśród najlepszych płyt 2019 roku. Ten materiał jest doskonałym uzupełnieniem swoich dwóch poprzedniczek. Scott Miller skrzeczy jak zwykle, ale doskonale wypada nie tylko w agresywnych partiach, ale również w momencie, kiedy muzyka zwalnia, gitary się uspokajają, albo w ogóle nikną. To chyba najbardziej różnorodny materiał w dorobku Cattle Decapitation. Kiedyś grupa od pierwszej do ostatniej minuty pędziła na złamanie karku, teraz znajdują również moment na zwolnienie, na wytchnienie, na chwilę zadumy. Tak, grupa, która kiedyś grała bezkompromisowy deathgrind teraz dokłada do swoich kompozycji spokojniejsze elementy. I są one doskonały uzupełnieniem ich kompozycji. "Death Atlas" to po prostu wysmakowany strzał w gębę.


(heavy metal)

Nie miałem do tej pory do czynienia z twórczością kapeli Metal Inquisitor, a może miałem, ale jednym uchem wleciała i drugim wyleciała. Ale jednak podejrzewam, że nie miałem, bo w pamięci zostały by mi na pewno okładki ich wydawnictw, które są dość charakterystyczne. "Panopticon" to już piąty studyjny album tej niemieckiej heavy metalowej kapeli. Odpalając ten materiał praktycznie przy każdym numerze towarzyszyło mi przeświadczenie, że już kiedyś to słyszałem. Przynajmniej do momentu, w którym wchodził wokal. Muzyka Metal Inquisitor to dosłownie kompilacja charakterystycznych elementów Iron Maiden, Judas Priest, Saxon i Manilla Road. Z połączenia tych czterech kapel powstało brzmienie Metal Inquisitor. I mógłbym zacząć narzekać, że na "Panopticon" nie usłyszałem niczego nowego, ale ciężko jest wymagać od heavy metalowej kapeli, żeby próbowała na nowo zdefiniować ten gatunek. Nowy album Metal Inquisitor to materiał wtórny, który jednak sprawa całą masę frajdy, bo jak wszyscy wiedzą inżynier Mamoń miał rację - "Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem". I tak jest właśnie z "Panopticon" ten album jest silny za sprawą zagrywek, które wszyscy już wielokrotnie słyszeli.


(hard rock/stoner rock/space rock)

Nie zawsze bywa tak, że doskonały album zdobi doskonała okładka (co też widać po moim podsumowaniu). Ale zdarza się, że za świetną okładką kryje się taki sam album. Tak jest właśnie w przypadku fińskiej grupy Kaleidobolt, która w maju 2019 wydała swój trzeci studyjny album. "Bitter" zwrócił moją uwagę głównie za sprawą intrygującej grafiki znajdującej się na okładce. Odpowiada za nią Jaime Zuverza, który w swoich pracach używa kontrastujących ze sobą kolorów (często niebieskiego i czerwonego). "Bitter" to jednak coś więcej niż tylko ciekawa okładka. Zawartość wybuchowa mieszanka hard rocka, stoner rocka i space rocka. Kawałki zawarte na tej płycie są niczym wulkan energii, który z każdą kolejną minut sprawa wrażenie, jakby zaraz miała nastąpić jego erupcja. Psychodeliczny klimat muzyki składającej się na trzeci album Kaleidobolt jest niczym narkotyczny trip. Ale nieszkodliwy, po prostu kolorowy, pełen mocnych przeżyć i niezwykłych doznań muzycznych. Fińska scena przyzwyczaiła mnie do tego, że główną rolę odgrywają tam partie klawiszowe, tutaj ich nie ma. Jest za to fuzzująca gitara, hipnotyzujące partie basu i doskonałe wokale. Chcecie usłyszeć jak Finowie grają stoner? To rozsiądźcie się wygodnie, odpalcie "Bitter", zamknijcie oczy i pozwólcie się zabrać w niezapomnianą podróż.


(avantgarde metal/doom metal/industrial metal)

Valborg to z jednej strony dość znana, ale zarówno niszowa niemiecka kapela grająca mieszankę metalu, ale przede wszystkim szlifująca własny charakterystyczny styl. W twórczości Valborg, która włącznie z "Zentrum" liczy łącznie siedem albumów studyjnych słychać sporo doom metalu, death metalu i różnych pochodnych. Kapel w późniejszych latach dorzucała jeszcze elementy industrialu. Jednak najbardziej charakterystycznym elementem, z którym kojarzy mi się muzyka Valborg jest toporność. Wszystkie kawałki tej grupy brzmią jakby były ciosane z wielkiego kamienia zardzewiałymi młotami. Kawałki zawarte na najnowszym albumie Niemców przygniatają prostotą i stałym tempem. Tu nie ma miejsca na zrywy, wszystko jest ustawione jak od linijki. I to jest właśnie piękne w tym wydawnictwie. Do tego należy dołożyć teksty w języku niemieckim, marszowe tempo i niekiedy pojawiające się agresywne partie wokalne. Zawartość "Zentrum" po prostu wbija się do głowy niczym klin i ciężko wyciągnąć z niej takie kompozycje jak chociażby jednostajne i schematyczne "Nahtod". Nie jest to oczywiście album dla każdego, bo wszystko tu dudni, perkusja bije jednostajnie, a muzycy nie silą się na ekwilibrystyczne zagrywki na gitarach.


(black metal)

Nie jestem fanem Mayhem i nigdy nim nie byłem. Widziałem ich dwa razy na żywo i mam wrażenie, że to o te dwa razy za dużo. Z płyt ich muzyka też mi nie leżała. W związku z tym łatwo wywnioskować, że na "Daemon" nie czekałem. Ale po pierwszym odsłuchu doszedłem do wniosku, że to album, którego na pewno w najbliższym czasie posłucham kilka razy. I bawiły mnie te teksty metalowych mędrców, którzy uznali, że "Daemon" to sztuczny twór idealnie skrojony pod oczekiwania słuchacza. Że nie ma tu ani krzty prawdy i śmierdzi od niego plastikiem i taniością. A tak w ogóle to cały album to recykling ich starych riffów. Jeżeli panowie z Mayhem skroili ten materiał pod słuchaczy to są geniuszami, bo w takim razie doskonale wiedzieli, co i jak nagrać, żeby się ludziom podobało. "Daemon" to po prostu bardzo dobry black metal. Nie brzmiący jakby był nagrywany w piwnicy na grzebieniu. W końcu mamy XXI wiek i zespoły pokroju Mayhem mogą sobie pozwolić na korzystanie z drogiego i dobrego sprzętu. Słychać doskonale, że zawartość "Daemon" jest dopieszczona, a mimo tego nie tchnie z niej sztucznością. Obawiam się tylko, że z tego doskonałego brzmienia nic nie zostanie podczas grania tych numerów podczas koncertów, ale to już specyfika Mayhem, więc fani tej grupy są do tego przyzwyczajeni. Dla mnie "Daemon" to jeden z najlepszych black metalowych wydawnictw 2019 roku i nie zmienią tego opinie obrońców czystości black metalu.


(death metal)

Poprzedni album Memoriam bardzo mnie zawiódł, zresztą nie tylko mnie, bo z kim bym nie rozmawiał, to "The Silent Vigil" zawsze był określany mianem wydawnictwa niepotrzebnego. O ile "For The Fallen" wypadał przyzwoicie, a nawet dobrze i mocno pomogło mu to, że jednak w skład Memoriam wchodzą muzycy Bolt Thrower i Benediction. Ale debiut bronił się też dobrymi kompozycjami, czego zabrakło na wydanym w 2018 "The Silent Vigil". Na szczęście grupa niezrażona niezbyt pochlebnymi opiniami, a może właśnie nimi napędzona w trzecim roku od debiutu wydała swój trzeci materiał. Po "Requiem For Mankind" sięgałem raczej od niechcenia, bo jeżeli miałem ochotę na Bolt Thrower to sięgałem po Bolt Thrower, a Memoriam pod odpale z 2018 roku odsunąłem na plan dalszy. Ale w końcu przyszedł ten moment, że zdecydowałem się sprawdzić jego zawartość i momentalnie album zaskoczył. "Requiem For Mankind" słuchałem na przemian z Bolt Thrower i ten nowy twór Memoriam wytrzymywał tę próbę bez większych problemów. Jasne, to nie jest ta sama machina wojenna, ale dobrze odrestaurowany czołg, który po naoliwieniu i odmalowaniu strzela tak samo dobrze, jak za dawnych czasów. O ile na "For The Fallen" znajduje się kilka naprawdę mocnych kompozycji, tak na "Requiem For Mankind" nie ma słabszych momentów. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że "The Silent Vigil" było jednorazową wpadką, a nie, że "Requiem For Mankind" jest chwilą zwyżką formy.


(deathcore/metalcore/alternative metal)

Pomijając dziwaczne ruchy jakie podejmowała kapela Suicide Silence (tee-hee) i ich grundge'ową odsłonę to właśnie Whitechapel jest deathcore'ową grupą, która przeszła chyba największe zmiany. Pamiętam jeszcze jak pierwszy raz słuchałem numeru "Possession" z płyty "This Is Exile" i jakie robił na mnie wrażenie. To był absolutnie najostrzejszy kawałek jaki słyszałem w życiu (później jego miejsce zajął "District Of Misery" Oceano). Ileż w tym było jadu, ileż agresji! I jeszcze te łamańce. Później były beatdowny. A jeszcze później eksperymenty z czystymi wokalami - co trzyma się do dzisiaj. Jeszcze 10 lat temu zastosowanie przez kapelę deathcore'ową czystych wokali momentalnie by ją skreśliło z mojej listy. To jak droga bez powrotu. Teraz chyba zmiękłem, bo uważam, że wprowadzenie na "Mark Of The Blade" czystych partii wokalnych odświeżyło muzykę Whitechapel i popchnęło ją do przodu. Na "The Valley" grupa poszła dalej w tym kierunku, ale nie odżegnała się od swoich deathcore'owych korzeni. Nadal twórczość tej kapeli jest agresywna, nie brakuje tu beatdownów. Ale dobrze usadowiły się też bardziej melodyjne partie i już nie widać tego kontrastu, który jeszcze kilka lat temu sprawiałby, że słuchacze kręciliby nosem i wykrzywiali usta w geście dezaprobaty. Póki Whitechapel potrafią tworzyć utwory w stylu doskonałego "Brimstone" to ja będę z nimi. A przecież obok wspomnianego numeru jest spokojny "Hickory Creek" - czy to przeszkadza? A skąd. Aż chciałoby się zakrzyknąć "Hej! Suicide Silence posłuchajcie jak to się robi!". Czy "The Valley" to najlepsze z dotychczasowych wydawnictw kapeli z Tennessee? Tego nie wiem, ale zdecydowanie czołówka.


(black metal)

Po świetnym "Lunaris" black metalowcy z Arkony zdecydowali się nagrać nowy album całkowicie w języku angielskim. Przyznam, że byłem zawiedziony tą decyzją. Głównie dlatego, że black metal bardzo się lubi z językiem polskim i te teksty wsparte agresywną muzyką wypadają świetnie. Ale decyzja podjęta, jest płyta po angielsku. "Age Of Capricorn" miał swoją premierę całkiem niedawno, bo 13 grudnia, a jednak po jej przesłuchaniu nie miałem wątpliwości, że to jeden z najlepszych albumów, jakie słyszałem w tym roku. Arkona nadal ma w sobie ten pierwiastek szaleństwa, tę surowość i agresję, której brakuje wielu świeżym black metalowym kapelom, a nawet i bardziej doświadczonym. Nawet jeżeli w muzyce Arkony pojawia się elektronika, to jest to doskonale wplecione w kompozycję i nie kaleczy uszu. Na "Age Of Capricorn" znajduje się tylko sześć utworów, ale to zdecydowanie wystarcza, żeby zabrać słuchacza w pełną mroku 45 minutową podróż. Czy jest lepiej niż na "Lunaris"? Chyba nie. Ale jednak jest to nadal tradycyjne podejście do grania black metalu, bez zbędnych ceregieli, przerywników, ludowszczyzny czy odpustowości. Ostro i do przodu, a nawet jeżeli gdzieś pojawia się chwilowy przestój, to ma on swoje uzasadnienie i nie sprawia wrażenia wymuszonego unowocześniania black metalowej sztuki.


(black metal)

Dość krótko trzeba było czekać na następcę "The Synarchy of Molten Bones", bo zaledwie trzy lata. Jednak Francuzi z Deathspell Omega przyzwyczaili mnie do tego, że na ich kolejne płyty trzeba czekać trochę dłużej. Chociaż przez dłuższy czas nie było mi po drodze z twórczością tej kapeli, to absolutnie przepadłem w zawartości albumu wydanego w 2016 roku. I spodziewałem się, że kolejny materiał Francuzów przybierze podobną formę, czyli mała ilość kompleksowych kompozycji. Tymczasem Deathspell Omega zaskoczyli chyba wszystkich. "The Furnaces Of Palingenesia" aż jedenaście utworów. To obok "Si Monvmentvm Reqvires, Circvmspice" zdecydowanie najbardziej rozbudowany album, chociaż zdecydowanie krótszy od wspomnianego. Muzyka Deathspell Omega uważana jest za awangardową w świecie black metalu i nie inaczej jest w przypadku najnowszego wydawnictwa. Grupa momentami na najnowszej płycie serwuje kontrolowany chaos, który z rozrzuconych klocków słuchacz może ułożyć w spójną całość. Chociaż "The Furnaces Of Palingenesia" z początku sprawia wrażenie albumu dość łatwego w odbiorze na dłuższą metę odkrywa przed słuchaczem swoją złożoność. W muzyce Francuzów znajduje się jakiś pierwiastek szaleństwa, który wręcz hipnotyzuje i chociażby słuchanie zawartości ich najnowszego albumu nie sprawiało żadnej przyjemności, to chce się do niego wracać. To wręcz forma pewnego uzależnienia, która trzymała mnie kawałek czasu w tym roku, bo kiedy pomyślałem sobie "posłuchałbym black metalu", to przed oczami jawiła mi się właśnie okładka najnowszej płyty Deathspell Omega.


(atmospheric black metal/progressive metal)

Blut Aus Nord reprezentowało kiedyś szkołę grania, którą lubiłem nazywać "męczeniem buły". Ni to ambient, ni to black metal. A jednak na mojej półce znajduje się komplet płyt składających się na trylogię "777". Niby nie słucham takiej muzyki, bo mnie nudzi, ale na kolejne płyty Blut Aus Nord czekam z wypiekami na twarzy. Tym bardziej po doskonałym "Deus Salutis Meæ", gdzie kapela śmiało łączyła black metal z industrialem i ambientem. Jednak wydany 11 października "Hallucinogen" jest wydawnictwem jeszcze odważniejszym. Tutaj kapela bawi się nie tylko black metalem, ale włącza do niego progresywny metal. Efekt okazuje się piorunujący. Nie sposób oderwać się od tej hipnotyzującej płyty. Partie gitar wżerają się w mózg i zostawiają w nim trwałe ślady. Do tego wszystkiego niesamowite chórki i gdzieś w oddali pojawiające się tajemnicze partie wokalne. Czy Blut Aus Nord gra tutaj jeszcze black metal? Czy jest to już zupełnie inny gatunek przesiąknięty mroczną atmosferą? Ciężko powiedzieć, dla mnie to jednak atmospheric black metal z mocnym progresywnym zacięciem.


(post-black metal/hardcore)

A Pregnant Light to jednoosobowy projekt prowadzony przez Damiana Mastersa. To bardzo płodny muzyk, który ma na swoim koncie całą masę epek, ale "Broken Play" jest dopiero jego drugim pełnym studyjnym wydawnictwem. Zawartość najnowszej płyty Damiana to mieszanka post-black metalu, hardcore'u i post-rocka. Przy czym dominującym gatunkiem jest ten pierwszy, pozostałe dwa służą raczej jako dopełnienia. Cóż takiego niezwykłego jest w tej płycie, że znalazła się tak wysoko w podsumowaniu? Masters przede wszystkim doskonale potrafi wyważyć agresywny black metal, który pędzi na złamanie karku z melodyjnymi elementami i melancholijnym klimatem. Tutaj te wszystkie elementy doskonale się ze sobą łącza i dają wybuchową miksturę, która po pierwszym spożyciu nie tylko uzależnia, ale sprawia, że nie chce się słuchać niczego innego. Te galopady partii gitarowych i perkusji to jest coś niesamowitego. Nikt tak nie gra, a przynajmniej już nikt tak nie gra. Wokal jest gdzieś w tle i chowa się za instrumentalną ścianą dźwięków.


(black metal)

W 2019 roku najlepszy album w gatunku black metal nagrała Mgła. I w sumie na tym mógłbym skończyć. Nikt chyba nie powinien się kłócić, bo mimo mocnej konkurencji to jednak "Age Of Excuse" okazał się być strzałem w dziesiątkę. To właśnie Mgła zaoferowała najbardziej klimatyczne granie. Z tej płyty wręcz wyziera mroźne powietrze zawiewające od skutej lodem północy. Mgła jest doskonałym przykładem na to, że nie trzeba mieć za sobą gigantycznej wytwórni płytowej, nie trzeba uruchamiać drogiej machiny marketingowej, żeby wszyscy rozmawiali o danym albumie. Oczywiście pomijam wszelkie chwyty typu Batushka i inne podobne sposoby wzbudzania zainteresowania poprzez generowanie kontrowersji. "Age Of Excuse" po prostu zostało wydane. Album w Polsce można było zakupić tylko za pośrednictwem oficjalnego profilu No Solace na allegro. A mimo tego nawet długo po premierze wszędzie było pełno Mgły. I w pełni zasłużenie, bo ich jakby nie patrzeć nowoczesny black metal, ale jednocześnie okrojony z tej całej kontrowersyjnej otoczki broni się sam. "Age Of Excuse" to aktualnie dla mnie najlepszy materiał tej formacji, zaraz za nim stoi "With Hearts Toward None", a dopiero potem reszta ich płyt i cały polski black metalowy światek.


(power metal/symphonic metal)

Wiele, wiele lata temu w głowie Tobiasa Sammeta pojawił się pomysł na stworzenie metalowej opery. Takiej, w której poszczególne role zagrają znani muzycy, a całość będzie jedną spójną historią. Ten udało się doprowadzić do końca w 2002 roku, kiedy na rynku pojawił się "Metal Opera, pt. 2", a rok wcześniej swoją premierę miała część pierwsza. Aż dziw bierze, że Avantasia debiutowała 18 lat temu. A ja wtedy jako jarający się power metalem nastolatek chłonąłem wszystkie dostępne mi płyty z tego gatunku. Obok znanych i cenionych formacji zasłuchiwałem się w jakichś trzecioligowych grupach, których nazw nie jestem już w stanie sobie przypomnieć, ale zapewne, gdyby ktoś mi puścił jakiś numer z tamtych czasów to w mojej głowie pojawiła by się nie tylko nazwa kapeli, ale też tytuł płyty. Jednak wracając do Avantasii - to miał być jednorazowy strzał, który jak doskonale wiemy wcale się wtedy nie zakończył, no przynajmniej nie definitywnie. Bo po premierze każdy power metalowiec dałby sobie uciąć wszystkie kończyny, że tylko Sammet kontynuował działalność Avantasii. Ta jednak powróciła dopiero sześć lat później i nikt nie wie, po co. "The Scarecrow" zadowolił tylko nielicznych bezkrytycznie podchodzących do twórczości Sammeta fanów, a tytułów kolejnych płyt nawet nie chce mi się tutaj przytaczać. Avantasia stała się dla mnie kwintesencją obciachu w metalowym światku i dowodem na to, że naprawdę niewiele potrzeba, żeby zepsuć coś dobrego. I tak myślałem aż do premiery "Ghostlights" z 2016 roku. Wówczas coś drgnęło, nie wiem, czy to zaproszeni muzycy byli w lepszej niż dotychczas formie, czy to Sammet nagle sypał doskonałymi pomysłami na lewo i prawo. Ale pojawiła się iskierka nadziei, że jeszcze będzie dobrze. Za "Moonglow" już zabrałem się zaraz po premierze mając ogromną nadzieję. Okazało się, że Avantasia co prawda nie jest już tym przerysowanym projektem, którym była 18 lat temu, ale stała się pełnoprawną supergrupą z momentalnie wpadającym w ucho kompozycjami. "Moonglow" to jeden z najczęściej słuchanych przeze mnie albumów w 2019 roku (oczywiście biorąc pod uwagę tylko tegoroczne premiery). Co prawda nie jestem już nastolatkiem, ale słuchając tego materiału znowu czuję się jakbym był tym dzieciakiem zakochanym bez pamięci w power metalu. Może to właśnie kwestia nostalgii, a może tego, że Sammetowi faktycznie się udało i mimo grzebania swojego doskonałego pomysłu sprzed lat znowu udało mi się go ożywić i wcale nie przypomina potwora Frankensteina, ale jest tworem na miarę doskonałego humanoida.


(alternative rock/funk rock)

Na następcę "Weekend Man" Szwedzi kazali fanom czekać trzy lata. W międzyczasie przenieśli trasę koncertową z początku 2019 roku na jego końcówkę, a wszystko z powodu nagrywania nowej płyty. Mimo tego, że Royal Republic uwielbiam i wielokrotnie na żywo, to na "Club Majesty" nie tyle nie czekałem, co kompletnie zapomniałem o tym, że miał się pojawić. I byłem niezwykle zaskoczony, jak spotkałem się z recenzjami najnowszego albumu Szwedów. Oczywiście musiałem to jak najszybciej nadrobić, bo przecież to Royal Republic, więc na pewno nagrali świetny materiał. I wiecie co? Nie myliłem się. Ta kapela jest z płyty na płytę coraz lepsza. Kiedy słuchałem "We Are The Royal" byłem przekonany, że już nic lepszego nie nagrają, a później pojawił się równie dobry "Save The Nation", a następnie przebili go za sprawą "Weekend Man". Natomiast "Club Majesty" to chyba najlżejszy i zarazem najbardziej melodyjny i chwytliwy album jaki Royal Republic nagrali. Każdy z zawartych tutaj kawałków to prawdziwy hit. I nie, nie są to potencjalne hity, te numery są hitami. Na żywo kapela wypada lepiej niż kiedykolwiek wcześniej, a nowe utwory nie muszą się bronić, to zgromadzona pod sceną publiczność musi ze sobą walczyć, żeby nie podrygiwać do rytmu. Przy czym warto zauważyć, że garażowy rock odszedł gdzieś w odstawkę. Jasne, słychać tutaj nadal echa dawnego grania Szwedów, ale teraz brzmią zarówno retro, jak i nowocześnie. Ostatnio próbowałem jakoś określić stylistycznie zawartość "Club Majesty" i do głowy wpadł mi tylko taneczny rock. I chyba tak jest. W tych utworach jest zaklęta taka masa energii, że mogliby nią obdzielić całą masę innych formacji. Aż się boję, co następnym razem przygotuje Royal Republic.


(progressive/art rock)

Na żaden inny album tak bardzo nie czekałem, jak na "Pitfalls". Każdy z udostępnianych wcześniej singli katowałem dopóki znajdujące się na nich dźwięki nie wypaliły mi się w głowie. I nagle, jak album się pojawił to uśmiech nie schodził mi z twarzy. "Pitfalls" okazał się być doskonałym albumem, innym niż dotychczasowe wydawnictwa Leprous, ale doskonałym. I tak zajarany zawartością nowego wypieku Norwegów spojrzałem jak wyglądają oceny innych słuchaczy. Wchodzę do internetu, a tam lament - że "to już nie metal", "poszli w pop", "to nie jest już Leprous". Szlochom i wygrażaniom pięścią nie było końca. Owszem, gdzieniegdzie pojawiały się jakieś jednostki, które mówiły, że jest inaczej, że to nadal Leprous. Zdecydowanie bliżej mi było do tej garstki zadowolonych słuchaczy. Przede wszystkim znając Leprous od "Tall Poppy Syndrome" i poznając kolejne płyty w okolicach ich premier, uczestnicząc kilka razy w koncertach Norwegów ciężko było nie zauważyć, że z albumu na album jest im coraz bliżej do lżejszego grania. Przełom pojawił się w momencie wydania płyty "Coal", gdzie kapela znacznie zmiękczyła swoją muzykę idąc w kierunku przebojowości i transowości jednocześnie. Na "Tall Poppy Syndrome" i "Bilateral" grupa nie stroniła od ostrzejszych wokali, muzyka też była mocniejsza, bardziej połamana i jednak mniej melodyjna. Leprous to kapela, która ciągle ewoluuje. A jak wiadomo ewolucja nie dokonuje się na jednej płycie, ale zajmuje lata. I to właśnie stało się w przypadku "Pitfalls". Kapela z ekstremalnego progressive metalu doszła w końcu do progressive/art rocka. I zrobiła to w doskonały sposób. Nowy materiał nie jest ich najlepszym dokonaniem, nadal na samym szczycie stoi niedościgniony "Bilateral". Ale "Pitfalls" znajduje się w ścisłej czołówce twórczości Leprous. Ilość emocji zawartych na tym wydawnictwie jest powalająca. Muzycznie kapela zaczyna przypominać Agent Fresco, zresztą obydwie kapela jakiś czas temu były razem w trasie.


(progressive metal)

Devin Townsend jest muzycznym geniuszem. Czy muszę dodawać coś więcej? No dobra. Po tym jak Devin wraz z Ché Aimee Dorval wydali album "Casualties Of Cool" byłem przekonany, że już nic lepszego sygnowanego nazwiskiem Townsenda nie powstanie. Dwa lata później wychodzi "Transcendence". I znowu muszę powiedzieć, że już na pewno niczego lepszego niż ten album Devin nie nagra. W międzyczasie wracam do "Epicloud" i jestem porażony, bo mój pierwszy kontakt z tym album w okolicy jego premiery zakończył się stwierdzeniem "meh, za miękkie, odpalam coś innego". I będąc teraz totalnie zajarany twórczością Devina Townsenda doczekałem się jego kolejnego wydawnictwa. "Empath" z początku nie zrobił na mnie wrażenia, bo żeby się wciągnąć w ten album trzeba na spokojnie przysiąść i pozwolić się odprężyć dźwiękom płynącym z głośników, czy słuchawek. I tak też zrobiłem jakieś trzy miesiące po premierze. Wsiąkłem doszczętnie w ten materiał. Był odprężający, ale również angażujący i wymagający skupienia. Jest tutaj absolutnie wszystko, jak to bywa na albumach Devina. Jest miejsce dla symfonii, nie brakuje wręcz popowych momentów, ale też ostrego jak brzytwa grania, agresywnych wokali, skomplikowanych partii instrumentalnych, wyciszających ambientów, itp. Zresztą Devin brzmi jak Devin. Nikt nie powinien być zaskoczony zawartością tego albumu, ale jednocześnie słuchając tej płyty miałem wrażenie, jakbym się stykał z twórczością Townsenda po raz pierwszy. Jego muzyka brzmi tak, jakby na początku wysypał wiadro klocków, a później z każdym kolejnym kawałkiem układał z nich budowlę, która finalnie olśniewa swoją epickością i pietyzmem wykonania. Tak było z "Transcendence", tak jest też z "Empath". Jednak mam wrażenie, że najnowszy materiał Devina ma sobie więcej agresji kontrastującej z delikatnością. Devin Townsend jest muzycznym geniuszem i kropka.



-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

TOP 10 (nie-metal)

(psychodelic pop/rock)

"Fishing For Fishies" to czternasty studyjny album grupy King Gizzard & The Lizzard Wizzard, a jednocześnie jeden z dwóch, które grupa wydała w tym roku (thrash metalowy "Infest the Rats' Nest" miał premierę 16 sierpnia). Jeżeli kiedyś spotkaliście się z muzyką tej formacji to wiecie doskonale, że nigdy nie wiadomo, czego się można po nich spodziewać. I tym razem nie było inaczej. Za niezwykle kolorową i wręcz dziecinną okładką kryje się muzyka niezwykła. Dominuje tu psychodeliczny klimat ubrany w popowe i boogie rockowe dźwięki. Najbardziej niepokojącym wydaje się jednak fakt, że łapiąc się za ten album, który stylistycznie kompletnie nie powinien mi pasować kompletnie w niego wsiąkłem i był mi doskonały towarzyszem nie tylko w pracy, ale również podczas remontu, jazdy na rowerze, wygrzewaniu się w słońcu i przy cieszeniu się lekturą.


(soundtrack)

Hildur Guðnadóttir przynajmniej od kilku lat zajmuje się tworzeniem muzyki do filmów. W tym roku pod jej skrzydła dostały się dwie niezwykle przygnębiające produkcje - serial "Czarnobyl" oraz film "Joker". Oglądając produkcję, w której główną rolę odgrywał Joaquin Phoenix nie sposób było przejść obojętnie nie tylko obok obrazu, ale również obok muzyki. Ta zostawała z widzem na długo zakończeniu seansem i dźwięczała w głowie. Hildur stworzyła muzykę, która doskonale wpasowała się w rozchwiany emocjonalnie obraz człowieka upadłego, który nie potrafi się odnaleźć w społeczeństwie. Pełna smutku przygnębiająca ścieżka dźwiękowa momentami niczym główny bohater filmu ociera się o szaleństwo. Soundtrack do "Jokera" jest doskonałym uzupełnieniem obrazu, ale świetnie radzi sobie również jako osobny byt.


(soul/blues/rock)

Po Seratones sięgnąłem, bo gdzieś w sieci wyczytałem, że to stoner rock, więc pomyślałem, że to może być coś żywszego, coś świeższego niż standardowy stoner próbujący się wbić do metalowego światka. Okazało się jednak, że na "Power" stonera nie znalazłem. Nawet tego rocka było w sumie niewiele. Za to muzyka, którą tutaj znalazłem to jakaś mieszanka staroszkolnego soulu z dawnych lat wsparta rockowymi patentami i odrobiną funku. Całość mimo odwołań do dawnych lat brzmi świeżo i jest niezwykle energiczna. Nie brakuje tu przyjemnych dla ucha przebojowych rytmów, które zachęcają do puszczenia tej płyty jeszcze raz po zrobieniu przez nią pełnego obrotu.


(darkwave/post-punk)

Kosmici z Drab Majesty zawładnęli moim odtwarzaczem kilka lat temu, kiedy usłyszałem ich na żywo przed występem King Dude. "Dziwacy" - pomyślałem wówczas. A po ich występie poleciałem czym prędzej na stoisko z merchem wydać niemałe pieniądze na płytę "The Demonstration". Przez cały koncert King Dude zastanawiałem się jak Drab Majesty brzmi z płyty. Czy ta gitara brzmi tak samo doskonale? Oczywiście okazało się, że tak. Wsiąkłem w "The Demonstration" bez reszty. Dlatego z utęsknieniem czekałem na "Modern Mirror". Single nie napawały optymizmem, bo tylko "Ellipsis" sprawiał wrażenie doskonałego numeru. W sumie nie tylko wrażenie, bo to jest doskonały numer. Niestety już pozostała zawartość "Modern Mirror"  nie zachwyciła mnie tak bardzo jak "The Demonstration". Jasne, to nadal świetny post-punk, ale poszło to w jakąś inną stronę niż bym sobie życzył. Jednak nadal uwielbiam Drab Majesty, a ich ostatni album zrobił u mnie masę obrotów i pewnie zrobi jeszcze wiele. Na żywo nowe kawałki niczym nie ustępują tym starszym, więc nie jest tak źle jak początkowo myślałem.


(darkwave/post-punk/gothic rock)

Uwielbiam post-punk i ciągle szukam jakichś nowych kapel grających w tym stylu. Na szczęście jest ich niemało, a sam gatunek jest coraz bardziej eksponowany. "Disko Anksiyete" to trzeci studyjny album tureckiej grupy She Past Away. Przy pierwszym kontakcie z tą płytą miałem mocne skojarzenia z muzyką psychobilly, w której nie brakuje dźwięków podobnych do tych, którymi epatuje muzyka She Past Away. Numery są niezwykle rytmiczne i niesamowicie wciągają. Główną linię melodyczną zapewniają tutaj klawisze, ale bez znaczenia jest również charakterystyczna praca gitara i głęboki wokal, który brzmi jakby wydobywał się z wnętrza grobowca. Absolutne mistrzostwo świata w post-punkowym/darkwave'owym wydaniu.


(blues/soul)

Shawn James to muzyk, który zasłynął kawałkiem "Through The Valley", który został użyty przy promocji gry "The Last Of Us".  Ale kariera tego muzyka rozpoczęła się w 2012 roku kiedy zadebiutował albumem "Shadows", z którego pochodzi wspomniany wyżej utwór. Muzyka Jamesa krąży pomiędzy bluesem, soulem i americaną. W tym roku do sprzedaży trafił jego czwarty studyjny album będący następcą świetnego "On the Shoulders of Giants" (2016). "The Dark & The Light" to chyba najbardziej przebojowy album z dorobku muzyka (nawet biorąc pod uwagę The Shapeshifters). Mamy tutaj sporo spokojnych numerów, ale nie brakuje również żywszych kompozycji. Ale o ile na poprzednich wydawnictwach muzyk ograniczał się do gitary akustycznej tak tutaj usłyszeć można sporo innych instrumentów, które dodatkowo ubogacają brzmienie kawałków Jamesa. "The Dark & The Light" to materiał wyjątkowy dla tego muzyka i jeżeli znacie jego poprzednie wydawnictwa to z tym możecie mieć lekki problem, ale po kilku odsłuchach ten "problem" zaczyna znikać tak, jakby nigdy się nie pojawił.


(soundtrack)

Niewielka wyspa położona gdzieś na ocenie z dala od stałego lądu. Na niej jakiś magazynek, niewielkie domostwo i tunel prowadzący do latarni morskiej. Na wyspie dwóch mężczyzn, którzy przez wiele dni mają kontakt tylko ze sobą i z pełnymi mroku falami uderzającymi ciągle o brzeg. Co chwilę z latarni wydobywa się dźwięk syreny uprzedzający statki, że zbliżają się do punktu oznaczonego na mapie.  W końcu w głowach obydwu mężczyzn zaczyna rodzić się szaleństwo. "Lighthouse" to niezwykle sugestywny i przerażający film wyreżyserowany przez Roberta Eggersa. Za muzykę do tej niesamowicie pokazanej, choć dość prostej historii odpowiadał Mark Korven. Jego dziełem jest również niepokojąca ścieżka dźwiękowa do filmu "The VVitch", który również jest dziełem Eggersa. Muzyka do "Lighthouse" jest absolutnie najlepszym soundtrackiem jaki słyszałem w tym roku. Podobnie jak w przypadku "Jokera" tutaj muzyka również doskonale dopełnia obraz, ona jest wręcz trzecim aktorem, który podobnie jak Pattison i Defoe snuje się po planie i próbuje nie stracić zmysłów. Dudniąca, niepokojąca, mrożąca krew w żyła - to jest właśnie ścieżka dźwiękowa do szaleństwa. Mark Korven dokonał rzeczy niesamowitej, bo nie wyobrażam sobie oglądać "Lighthouse" pozbawionego jego muzyki, to by było jak profanacja.


(dark ambient/noise/industrial)

Do dziś pamiętam, kiedy zasłuchując się albumem "Salvation" kapeli Funeral Mist zastanawiałem się, czy ktoś kiedyś stworzył całą płytę pełną tych niepokojących dźwięków, które stanowią przerywniki, albo wstępniaki do numerów zawartych na wspomnianym wydawnictwie. Przez kilka lat nie trafiłem na taki materiał. Ale w końcu pojawił się Mark Richter ze swoim projektem Black To Comm. Wydany w tym roku album "Seven Horses For Seven Kings" to doskonała ścieżka dźwiękowa do opętania, nawiedzonego domu, cmentarza, itp. Jeżeli jesteście sami w domu, na zewnątrz jest ciemno, wyłączyli prąd i jedynym źródłem światła jest wypalająca się świeca, a wy nadal siedzicie znudzeni na kanapie to odpalcie album Black To Comm. Momentalnie poczujecie na karku nieznośny dreszcz. Serce zacznie wam mocniej bić. Usłyszycie za drzwiami podejrzane kroki, a w oknie zacznie się odbijać przerażająca sylwetka. Tak, zawartość "Seven Horses For Seven Kings" niesamowicie działa na wyobraźnie. Ta muzyka jest lepsza niż niejeden horror.


(minimal techno/drone/neo-psychodelia)

Już nie pamiętam jak to się stało, że trafiłem na koncert Follakzoid. Było to zdaje się podczas jakiegoś festiwalu z muzyką psychodeliczną w klubie Hydrozagadka. Koncert wyglądał zwyczajnie, ale transowość muzyki, którą grali chłopaki z Chile wryła mi się do głowy. W domu przestudiowałem dokładnie ich dyskografię, na którą składały się albumu "Follakzoid", "II" i "III". Na 2019 rok zapowiedziany został album oznaczony rzymską cyferką "I". I podejrzewałem, że jak tylko się pojawi to wszystkie inne płyty pójdą w odstawkę, a ta jedna będzie katowana w nieskończoność. Tak też się stało. Nowemu materiałowi Follakzoid bliżej stylistycznie do minimal techno niż do psychodelicznego rocka, czy do krautrocka, które próbowali grać na pierwszej płycie. Wszystko opiera się tutaj na elektronice, ale nadal jest tak hipnotyzujące jak żaden inny album. Na "I" składają się tylko cztery rozległe kompozycje, ale dające łącznie godzinę muzyki. Godzinę powtarzalnej, nieskomplikowanej, ale zarazem jakże wciągającej muzyki. Naprawdę nie sposób się oderwać od tego albumu. Jeżeli zacznę go słuchać, to nie ma mowy o przerwaniu, musi dolecieć do końca, bo inaczej nie będę mi dawał spokoju. 


(alternative country)

Dość późno zdałem sobie sprawę z istnienia postaci o pseudonimie Orville Peck. Zamaskowany muzyk zwrócił moją uwagę głównie z uwagi na wygląd (kojarzył mi się z luchadorem, który przez przypadek zamiast występować na ringu złapał gitarę do ręki), a drugim powodem był fakt pojawiania się jego kawałków na różnych fanpage'ach skupiających wokół siebie wielbicieli ostrzejszego grania. Pierwszym numerem z repertuaru Orville'a jaki usłyszałem był "Dead Of Night", czyli utwór który otwiera album "Pony". Kawałek trafił do sieci wsparty dziwnym klipem i z miejsca rozbudził moje zainteresowanie muzyką zamaskowanego kowboja. Niby jest to country, ale o bardzo niepokojącym zabarwieniu. Nie tak dawno temu Devin Townsend i Ché Aimee Dorval jako Casualties Of Cool również grali country, ale było to kosmiczne country. Alternatywne country. I to drugie określenie idealnie pasuje również do muzyki zawartej na albumie "Pony". Utwory Pecka są powolne, towarzyszy im niepokojący klimat, tak jakby w powietrzu roznosił się brak nadziei i ogromny smutek. To najbardziej melancholijny album country jaki słyszałem. Tekstowo zamaskowany kowboj również stawia się po zupełnie innej stronie niż tradycyjni muzycy country. "Pony" to wydawnictwo, które momentalnie wpadło mi w ucho i pewnie, gdyby nie fakt, że Orville przyciągnął mnie do tej płyty ciekawą kreacją postaci to nigdy bym po ten album nie sięgnął. Oczywiście gdybym go odkrył po latach bardzo bym żałował, że taki kawał życia przeleciał mi bez obecności tej muzyki. Po pierwszym kontakcie z zawartością tego albumu kompletnie w nim przepadłem. Wydawnictwo biło absolutne rekordy obrotów na moim odtwarzaczu Spotify, zresztą o tym poinformował mnie również wspomniany serwis przygotowując mi personalne podsumowanie roku. Nawet jeżeli nie jesteście wielbicielami country, a wasz jedyny kontakt z tą muzyką to twórczość Johnny'ego Casha, czy jakiś losowy numer Williego Nelsona, to nie bójcie się i odpalajcie czym prędzej "Pony".

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza