środa, 20 kwietnia 2016

Podsumowanie miesiąca - marzec 2016

Marzec nie był prostym miesiące i przyznaję się od razu, że nie udało mi się przesłuchać zbyt wielu płyt. Przede wszystkim zwalam to na spory natłok koncertów i innych zajęć, które odrywały mnie od słuchania albumów. Ale nie mogę narzekać na jakość wydanych w tym miesiącu materiałów. Oczywiście trafiło się jak zwykle kilka zgniłków, które próbowały psuć atmosferę, ale na szczęście stanowiły mniejszość. Patrząc na same zapowiedzi było w marcu sporo albumów, na które czekałem mocno zaciskając kciuki, ale były i takie, po których spodziewałem się dosłownie wszystkiego (od geniuszu, po totalne gówno). Tym razem podsumowanie jest krótsze niż zwykle i wrzucam tylko top 10.



01. Walls Of Jericho - No One Can Save You From Yourself

Różnie to bywa z tymi powrotami, Walls Of Jericho zawiesili swoją działalność w 2011 roku, kiedy to Candace Kucsulain postanowiła poświęcić się swojemu pobocznemu projektowi. Ale przerwa nie trwała długo, bo już w 2012 roku grupa znowu była w komplecie i podobno pracowała nad nowym materiałem. Jak wiadomo nic z tego nie wyszło, ale w 2014 pojawiła się demówka "Relentless". Na szczęście fani po 8 latach od wydania "American Dream" doczekali nowego materiału. I prawdę mówiąc "No One Can Save You From Yourself" przeszedł moje wszelkie oczekiwania. Obawiałem się, że kapela będzie chciała pójść bardziej w stronę zaprezentowaną na epce "Redemption", na szczęście nic takiego nie nastąpiło. Grupa wróciła do korzeni i wydała mocarny materiał będący mieszanką agresywnego metalcore'a i hardcore'a. Mam wrażenie, że to najlepsze wydawnictwo jakie pojawiło się pod szyldem Walls Of Jericho, a już na pewno najbardziej dopracowane i kompletne.

02. Caliban - Gravity

Przed premierą "Gravity" czułem pewną dozę niepewności, bo po dwóch świetnych wydawnictwach ("Say Hello To Tragedy" i "I Am Nemesis") kapela zaliczyła pewne potknięcie w postaci albumu "Ghost Empire". Niby był to dobry materiał, ale czegoś mu brakowało. Najnowsze wydawnictwo Caliban było promowane numerami "Paralyzed" i "Mein schwarzes Herz", o ile ten pierwszy był dobry, ale pozostawiał lekki niedosyt, tak drugi przekonał mnie, że warto w ciemno nabyć "Gravity". I okazało się, że nie może być mowy o rozczarowaniu. Najnowsza płyta Niemców świetnie wpisuje się w klimaty zaprezentowane na "Say Hello To Tragedy" i "I Am Nemesis". Album jest po brzegi wypakowany niesamowitą energią i próżno tu szukać słabych punktów. Oczywiście zanim się sięgnie po "Gravity" warto sobie zadać pytanie, czy lubi się szeroko rozumiany metalcore, bo jednak kapela operuje głównie tym gatunkiem.

03. Mystic Prophecy - War Brigade

"War Brigade" to jeden z tych albumów, których posłuchałem od niechcenia. Po prostu nie chciałem, żeby coś mnie ominęło, a Mystic Prophecy jednak kojarzę, chociaż nigdy nie darzyłem ich muzyki specjalnymi względami. Spróbowałem ich nowego materiału i zaskoczyło. Kapela proponuje mieszankę heavy metalu i power metalu, ale doprawia to thrashem. Naprawdę jest czego słuchać na "War Brigade", to zestaw przebojowych, ale pozbawionych wesołkowatości numerów, które momentalnie wpadają w ucho. Ta płyta to prawdziwa kopalnia hitów.

04. Spiritual Beggars - Sunrise to Sundown

I drugi album, którego posłuchałem, żeby niczego nie ominąć (chociaż z marcowych premier ominąłem sporo pozycji). Od momentu jak Spiritual Beggars opuścił JB Christoffersson miałem jakąś alergię na tę kapelę. Co by nie wydali to mi nie pasowało - "Return To Zero" słabe, "Earth Blues" nudne. I jak miałem podejść do "Sunrise To Sundown"? Płyty zacząłem słuchać z marsową miną i licząc na to, że nie umrę z nudów. Tymczasem okazało się, że najnowszy album Spiritual Beggars to kawał świetnego grania. Przenikający się tutaj hard rock ze stonerem został świetnie wyważony i nie zabrakło skojarzeń z twórczością Deep Purple. Co prawda za tymi ostatnimi jakoś specjalnie nie szaleję, ale jednak warto wspomnieć o tym znaczącym szczególe. Zdaje się, że będę musiał się przeprosić z "Return To Zero" i "Earth Blues", bo może warto dać im jeszcze jedną szansę. A może ostatecznie okażą się być przynajmniej w połowie tak dobre jak "Sunrise To Sundown"? W każdym razie dla mnie Spiritual Beggars wrócili do świata żywych i mam nadzieję, że przy okazji kolejnego wydawnictwa nie zejdą z tej drogi.

05. Church Of Misery - And Then There Were None...

Mimo tego, że stoner lubię w energicznej formie, to zawsze miałem słabość do twórczości Church Of Misery. Może dlatego, że ta formacja parająca się głównie graniem mieszanki stonera i doom metalu ma bardzo ukierunkowaną twórczość. Ich teksty zawsze traktują o seryjnych mordercach, znanych mordercach, bądź gangsterach. Po raz pierwszy natknąłem się na nich przy okazji "Houses Of The Unholy" z 2009 roku, ale przecież ta japońska formacja gra od 1995 roku. "And Then There Were None..." to bardzo dobry materiał utrzymany bardzo w stylu Church Of Misery. Jeżeli mieliście do tej pory okazję słyszeć chociażby jeden ich materiał i Wam pasował, to możecie być pewni, że nowe wydawnictwo też trafi w Wasz gust. Muzycy nie szaleją, nie bawią się w eksperymenty, serwują dokładnie to, do czego przyzwyczaili swoich fanów. Jest ciężko, nie brakuje brudu i oczywiście wolnego tempa. A jednak słucha się tego świetnie - w tym właśnie tkwi magia twórczości Church Of Misery, bo jednak większość albumów utrzymanych w podobnym klimacie momentalnie mnie nudzi.


06. Amon Amarth - Jomsviking

Ech, liczyłem na to, że będę mógł sobie ponarzekać na nowy album Amon Amarth, jak to miało w przypadku "Deceiver of the Gods" i "Surtur Rising". Ale tym razem Szwedom się udało. "Jomsviking" to może nie jest poziom ich najlepszych wydawnictw (czyli według mnie "With Oden On Our Side" i "Fate Of Norns"), ale będące znacznie lepszym materiałem od dwóch poprzednich. Tutaj przynajmniej słychać, że Szwedom się chciało i nie odwalili po prostu kolejnego albumu, żeby fani o nich nie zapomnieli. Muszę się przyznać, że trochę mi się przejadło ich granie, a jednak w "Jomsviking" doszukuję się jakiejś świeżości. Chociaż nie będę oszukiwał, to jest nadal to samo granie, kapela absolutnie niczego nie zmieniła w swoim podejściu do grania, czy do kształtu kompozycji. Jednak tym razem udało im się wydać materiał, w którym nie wieje nudą. Ten ich brodaty melodic death metal tym razem daje radę.

07. Rotten Sound - Abuse To Suffer

Czy jest ktoś komu jeszcze trzeba rekomendować Rotten Sound? To w końcu jedna z tych kapel, która zawsze trzyma odpowiedni poziom i nie bawi się w wydawanie chłamu. Wielbiciele mieszanki grindcore'a i crusta doskonale to wiedzą. Oczywiście teraz nie jest inaczej i "Abuse To Suffer" to kolejny materiał, który rozsadzi głowy słuchaczy. Jedynym i najpoważniejszym minusem każdego z wydawnictw Rotten Sound jest ich czas trwania i tym razem jest tak samo. Nowy album trwa niecałe 30 minut i przez to słucha się go w sposób błyskawiczny. Oczywiście to nie umniejsza miazgi jaką kapela zawarła na "Abuse To Suffer". Dla wielbicieli Rotten Sound pozycja obowiązkowa, reszta niech sprawdza na własną odpowiedzialność.

08. Criminal - Fear Itself

Mam nieodparte wrażenie, że chilijska kapela Criminal jest nadal mało znana. Formacja zaczęła swoją działalność w 1991 roku, a "Fear Itself" jest ich ósmym studyjnym wydawnictwem. Criminal mieli już swoje lepsze i słabsze dni, ale zdecydowanie więcej mieli tych pierwszych. Ale w jakich klimatach gra ta grupa? Ich domeną jest mieszanka death/thrash metalu, ale w ich twórczości nie brakuje też sporej ilości groove metalu. Ich najnowszy materiał to może nie jest ich największe osiągnięcie i powiedziałbym, że nawet trochę ustępuje świetnemu "Akkelare" z 2011, ale jest to kawał bardzo dobrego i ostrego łojenia. I tutaj podobnie jak w przypadku kilku innych pozycji w tym zestawieniu formacja nie sili się na jakieś eksperymenty, gra prosto i do przodu, czyli robią to, co wychodzi im najlepiej. Jeżeli mieliście już okazję zapoznać się chociażby z jedną płytą Criminal, to bez zbędnych ceregieli łapcie się za "Fear Itself".

09. Killswitch Engage - Incarnate

Po tym jak szeregi Killswitch Engage opuścił Howard Jones, którego wokal bardzo lubiłem (i w sumie nadal lubię, ale teraz w Devil You Know), to trochę się obawiałem co będzie dalej z tą kapelą. Na szczęście Jesse Leach godnie zastąpił Jonesa na "Disarm The Descent". Dzięki takiej podmiance wokalisty kapela zyskała jakby na świeżości. W związku z tak udanym materiałem podskoczyły też oczekiwania dotyczące kolejnego wydawnictwa. Praktycznie już przed premierą "Incarnate" wiadomo było, że brzmienie Killswitch Engage mocno zbliża się do tego, które Dutkiewicz z Jessem uzyskali w projekcie Times Of Grace. I jeżeli mieliście podobne skojarzenia, to uniknęliście niespodzianki podczas pierwszego odsłuchu nowej płyty kapeli prowadzonej przez Adama Dutkiewicza. "Incarnate" brzmi jak ciąg dalszy "Hymn Of A Broken Man". I nie jest to zarzut, bo to całkiem dobry kierunek. Jednak wielbiciele tej bardziej metalcore'owej odsłony Killswitch Engage mogą poczuć się rozczarowani, bo jednak nowy materiał jest dość lekki.

10. The Last Vegas - Eat Me

Kto nie lubi od czasu do czasu posłuchać sobie lekkiego hard rocka o glamowym zabarwieniu? Pewnie znalazłoby się całkiem spore grono osób. Ja jednak do nich nie należę i od czasu do czasu lubię sobie zapuścić takie lekkie i melodyjne granie. Nie zawsze mi było po drodze z The Last Vegas, nawet przegapiłem ich dwa ostatnie wydawnictwa, ale postanowiłem sprawdzić "Eat Me" i nie żałuję tej decyzji. I jak jest na nowym albumie The Last Vegas? Tak jak pisałem wcześniej, czyli lekko, przebojowo i przyjemnie. Ta płyta to prawdziwa uczta dla fanów kapel pokroju Motley Crue, czy nawet Steel Panhter (chociaż nie ma co się tutaj doszukiwać tej jajcarskiej otoczki).

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza