środa, 19 sierpnia 2015

Błoto, błoto wszędzie! Wacken Open Air XXVI (2015)

Wacken Open Air XXVI - 30.07-01.08.2015

Po męczącym, ale jednak naprawdę dobrym Wacken XXV dałem się namówić na wyprawę na kolejną edycję jednego z największych europejskich metalowych festiwali, który odbywa się na obrzeżach niewielkiego niemieckiego miasteczka niedaleko Hamburga. Może nie wszystkie z największych gwiazd tegorocznej edycji to moja bajka, ale musiałem nadrobić wydarzenia, które przegapiłem wałęsając się wykończony palącym niemiłosiernie słońcem podczas jubileuszowej edycji Wacken w ubiegłym rok.

Tym razem byłem świetnie przygotowany na festiwal już na kilka tygodni przed jego rozpoczęciem. Ale i tak zostałem zaskoczony. Na kilka dni przed rozpoczęciem 26 edycji Wacken organizatorzy zaczęli podawać informacje o koszmarnej pogodzie utrzymującej się od kilku dni nad terenem festiwalu. Ciągle padający deszcz zamieniał drogi dojazdowe w bagna, a pole kempingowe w zdradliwe moczary. Ściskając mocno kalosze liczyłem na to, że jednak się rozpogodzi, błoto zniknie, a organizatorzy doprowadzą teren festiwalu do porządku jeszcze przed rozpoczęciem imprezy. Niestety pogoda potrafi być złośliwa. Padało cały czas, bez przerwy. Prognozy na 3 dni koncertowe były odrobinę lepsze, ale trzeba się było przygotować na najgorsze. I niestety najgorsze nadeszło już w momencie dojazdu do Wacken. Organizatorzy pisali o tym, żeby w miarę możliwości korzystać z komunikacji miejskiej i zostawiać samochody na parkingach oddalonych o dobrych kilkanaście kilometrów od terenu festiwalu. Dramat, zwłaszcza jeśli ma się ze sobą całą masę sprzętu i nie ma się go jak przenieść. Na szczęście z uwagi na złą pogodę zostały otwarte alternatywne miejsca kempingowe, do których dojazd był w miarę przyzwoity, a i sama nawierzchnia nadawała się do rozłożenia namiotu. A to dopiero początek przygody...

Drogi dojazdowe do części kempingowej nie wyglądały najlepiej.
Jako, że dojechałem na miejsce rano pierwszego dnia festiwalu to trzeba było szybko się ogarnąć i ruszyć na jeszcze dłuższą niż w zeszłym roku wycieczkę, która kończyła się na terenie festiwalu. Uzbrojony w kalosze byłem gotów przedzierać się przez największe błota tylko po to, żeby dotrzeć nie tylko do poszczególnych scen Wacken, ale również stoisk z merchem i mojego ulubionego namiotu z płytami sprzedawanymi w okazyjnych cenach (no może nie zawsze). Po drodze musiałem się przedzierać przez niemalże jeziora wody czarnej niczym ropa naftowa, czy zdradzieckie grzęzawiska sprawiające wrażenie nie mających dna. Najważniejsza zasada w takiej sytuacji - nie pozwól, żeby kalosze się zassały, bo wyrżniesz gębą w błoto. Trzymając się tej prostej zasady starałem się nie stać zbyt długo w jednym miejscu. Trzeba było przeć na przód i nie oglądać się za siebie.
Nawet Frodo udając się do Góry Przeznaczenia nie musiał przemierzać takich bagien.


Kolejne nieprzebyte pokłady błota czekały na terenie festiwalu. Chociaż tutaj jeszcze nie było ono tak mocno rozchodzone i rozjeżdżone jak na obszarze kempingu, więc męczarnia była odrobinę mniejsza. Oczywiście popadujący co chwilę deszcz nie ułatwiał sytuacji. W końcu przyszła pora na pierwszy koncert, którym był występ zeszłorocznej pirackiej rewelacji, czyli Ye Banished Privateers. Formacja ponownie wypadła rewelacyjnie i mimo panującego wszędzie chłodu szkoda mi było, że pirackie pieśni trwały tak krótko. Po tym jakże udanym występie musiałem nadrobić występ Megabosch, industrial rockowej kapeli, którą znajomy zachwycał się całą powrotną drogę w zeszłym roku. Można było się wybrać na teren Wastelandu, gdzie można było się natknąć na wojowniczki i wojowników w świetnie zaprojektowanych strojach (na dole postu znajdziecie kilka zdjęć z Wastelandu, na którym spędziłem sporo czasu w tym roku).
Groźnie wymachiwali bronią i pozowali do zdjęć na swoich przerdzewiałych machinach. Sama scena, na której miała pojawić się formacja Megabosch zbudowana została z kilku kontenerów dostawczych. Wyglądało to rewelacyjnie, ale swój pełen potencjał pokazywało dopiero podczas nocnych koncertów, kiedy to ognie buchały i rozgrzewały publiczność, a wokalista niemalże spadał z na publiczność. Występ Megabosch to było prawdziwe show za dnia, a w nocy niesamowity industrialny spektakl. Wrażenie robiła nie tylko sceneria, czy oryginalnie prezentujący się arsenał basisty, ale też świetny kontakt wokalisty i gitarzysty z publicznością. Takiej chemii próżno było szukać na największych scenach Wacken, nie ma jej nawet na koncertach klubowych. Podczas występu Megabosch jesteś niemalże członkiem ich zdziwaczałej ekipy. Na sam koniec mniejszych scen postanowiłem zobaczyć gwiazdę youtube, czyli fińską formację Steve 'n' Seagulls. Jeżeli nie spotkaliście się z twórczością tej niezwykle oryginalnej grupy to polecam ich sprawdzić. Niby grają tylko covery rockowych i metalowych hiciorów, ale robią to w niezwykły sposób. Nic więc dziwnego, że podczas każdego występu scenę, na której
występowali okrążała spora grupa wielbicieli mocnego grania. Ze sceny czuć było luz, a lider Steve 'n' Seagulls każdy numer zapowiadał podając z jakiego kraju pochodzi kapela wykonująca oryginalną wersję. Po pierwszych dźwiękach ludzie szybko podchwytywali o co chodzi i zaczynała się zabawa. Finowie trafili w 10 i idealnie wprowadzili się na mniejsze sceny na Wacken, za każdym razem przyjmowani byli z ogromnym entuzjazmem. To chyba najlepsze formacje, jakie występowały na tych mniejszych scenach (Wackinger Stage, Beer Garden Stage i Wasteland Stage). Pozostałe kapele nie były mnie w stanie zainteresować, czegoś im brakowało.

Ci słabiej przygotowani wielbiciele metalu mogli nabyć kalosze za skandaliczne 30 euro.
Rewelacyjny pokaz świateł podczas koncertu Savatage.
Większe sceny znajdowały się w namiocie opisanym jako Bullhead City Circus. Tutaj podobnie jak w poprzednim roku pomiędzy W:E:T Stage i Headbangers Stage położony był ring wrestlingowy. I mimo tego, że obiecałem sobie, że tym razem zobaczę jakąś walkę, to żadnej nie widziałem. Niestety były one ułożone w taki sposób, że wówczas znajdowałem się gdzieś daleko od tego robiącego wrażenie namiotu cyrkowego. W każdym razie jedną z pierwszych większych kapel jakie widziałem na 26 edycji Wacken była słoweńska formacja Noctiferia, która zagrała na W:E:T Stage. I tutaj ogromne rozczarowanie, co prawda muzycy dawali z siebie wszystko, ale nagłośnienie było tak koszmarne, że słychać było tylko jakiś jeden wielki chaos. Udało mi się rozpoznać zaledwie kilka numer i niestety zabrakło moich ulubionych kawałków "Mara" i "Samsara". Ale Słoweńcy dostali zaledwie 30 minut na scenie, więc nie mogli zagrać takich długich kompozycji. Na domiar złego kapeli nawet nie pozwolono się pożegnać z publicznością, tylko pospiesznie spuszczono kurtynę zasłaniającą scenę. Szybko po Noctiferii musiałem udać się na jedną z głównych scen, ale widząc gigantyczne błoto postanowiłem stanąć na tyle daleko, żeby widzieć wszystko na jednym z telebimów. A na True Metal Stage występował właśnie nie kto inny jak sam Rob Zombie. I tu nastąpiło wielkie rozczarowanie. Naprawdę nie wiem o co chodzi, ale wackenowa setlista składała się w dużej mierze z coverów. Chciałem usłyszeć największe hity Roba, a zamiast tego dostałem kilka przebojów poprzetykanych takimi sobie coverami. Jeden z najsłabszych występów na tej edycji Wacken. Nawet nie bardzo jest o czym pisać. Później chciałem się szybko przemieścić do namiotu cyrkowego, żeby zobaczyć koncert Combichrist, ale okazało się, że nie można się tam dostać. Organizatorzy zamknęli dostęp do Bullhead City Circus, bo w namiocie znajdowało się zbyt wiele osób. Zrezygnowany wróciłem pod główną scenę oczekując na specjalny występ Savatage, które miało być wspierane przez Trans-Siberian Orchestra. Nie jestem fanem żadnej z tych dwóch grup, więc chciałem zobaczyć występ z czystej ciekawości. I faktycznie organizatorzy festiwalu nie oszczędzali na tym występie. Scena wyglądała niesamowicie, było oświetlana masą różnokolorowych świateł i wspierana efektownymi animacjami wyświetlanymi za plecami muzyków. I póki grało Savatage to byłem zadowolony mimo tego, że stałem do połowy łydek w błocie, a z nieba popadywał deszcz. Ale jak wystartowała Trans-Siberian Orchestra to zaczęło się robić nudno. Po kilku numerach tych drugich zawinąłem się do namiotu licząc na spokojny sen. Z opowiadań wiem, że później koncert odbywał się na dwóch scenach jednocześnie, co na pewno musiało wyglądać niesamowicie, ale nie miałem już siły stać w błocie, a później jeszcze iść kilka kilometrów do namiotu.

The Poodles w Bullhead City Circus.
Następny dzień rozpoczął się od grającego w tle Ensiferum, ale ta kapela nie zdobyła mojego zainteresowania, wolałem tępo gapić się na oficjalny merch kapel, który uległ zmianie w porównaniu z poprzednim dniem. Przez noc błoto znajdujące się na terenie festiwalu trochę obeschło co sprawiło, że jeszcze trudniej było się poruszać. Już wolałem tę budyniowatą maź, która nie stawiała oporu. Na Black Stage pojawiła się Sepultura, która dała naprawdę niezły występ. Oczywiście nie mogło zabraknąć numeru "Roots Bloody Roots", który często jest też grany przez Soulfly. Szybko trzeba było się zwijać do Bullhead City Circus, żeby zobaczyć koncert The Poodles. Szwedzi wskoczyli do rozpiski Wacken w ostatniej chwili podmieniając Butcher Babies. Dla mnie to lepiej, bo The Poodles uwielbiam i mocno nastawiałem się na ten występ. I bez dwóch zdań to najlepszy koncert na Wacken XXVI. Nie dość, że brzmienie hard rockowych hiciorów było rewelacyjnie, Jacob Samuel (wokalista) świetnie nawiązywał kontakt z publicznością, to jeszcze formacja zaserwowała same hiciory (no może był jeden mały wypełniacz). To jest występ, którego oczekiwałem i taki też dostałem. Pełna petarda. Aż dziw bierze, że Szwedzi znaleźli się na Wacken wchodząc z listy rezerwowych. Po tym jakże ekscytującym przeżyciu wysłuchałem jeszcze dobiegającego z jednej z głównych scen hicioru Kvelertak zatytułowanego "Mjød" i czekałem na koncert At The Gates. I tutaj nie było zaskoczenia, bo niedawno miałem okazję widzieć występ tej kapeli w jednym z warszawskich klubów. To jedna z tych kapel, która zaliczyła bardzo dobrą reaktywację wydając przy okazji świetny album i rewelacyjnie prezentując się na koncertach. Nie ma mowy o rozczarowaniu. Gdzieś przelotnie usłyszałem ze dwa numery Stratovarius dobiegające z Party Stage. Raczej daleko od rewelacji, Kotipelto piał niemiłosiernie. Kolejną formacją, przy której zatrzymałem się na trochę dłużej było Queensryche, które jednak mnie znudziło i ruszyłem szybko do Bullhead City Circus, żeby załapać się na występ Anaal Nathrakh. Nogi chodziły jeszcze szybciej, kiedy przypomniałem sobie sytuację z dnia poprzedniego, która mogła się powtórzyć w piątek. I na moje nieszczęście zobaczyłem spory tłum stojący przed bramkami prowadzącymi do cyrkowego namiotu. Na szczęście tym razem udało mi się wejść, chociaż swoje odstałem. I tutaj wielkie rozczarowanie, bo nagłośnienie występu Brytyjczyków było jeszcze gorsze niż to Noctiferii. Praktycznie była tylko ściana dźwięku tworzona przez szybko bijącą perkusję (brzmiało to jak niekończące się serie z karabinu). Zero wokalu, zero gitar, zero elektroniki, tylko perkusja. Ostatecznie posłuchałem koncertu Anaal Nathrakh siedząc na trawie przed namiotem, tutaj dźwięk był zdecydowanie lepszy. Idąc już spokojnie po festiwalowym terenie zahaczyłem jeszcze na chwilę o koncert Opeth, który wypadł całkiem nieźle, ale to zdecydowanie zbyt spokojne granie jak dla mnie i pozbawione nutki przebojowości. Natomiast Dream Theater występujący na True Metal Stage dali świetne show. Setlista była zróżnicowana i obok spokojnych numerów trafiły się też ostrzejsze kompozycje, a całości towarzyszyły różnorodne animacje wyświetlające się za plecami muzyków. Przed samym występem DT pojawiła się świetna animacja prezentująca wszystkie dotychczasowe wydawnictwa studyjne tej formacji. Po tym jakże udanym występie udałem się zobaczyć jedną z największych dla mnie gwiazd tej edycji Wacken, czyli na przedstawiciela nurtu neue deutsche harte, Oomph! Niemcy nie zawiedli. Zabrakło mi tylko numerów z pierwszej płyty, ale rozumiem, że nie chcieli się aż tak daleko cofać w tworzeniu setlisty na ten koncert. Za to zagrali uwielbiany przeze mnie numer "Wunschkind". Na koniec jeszcze strzelili niesamowitym "Augen Auf". Występ w wielkim stylu, chociaż pozbawiony błyskotek, które dostępne były tylko dla kapel występujących na Black Stage i True Metal Stage. A później nocne show od Megaboscha na Wasteland Stage. Nie zabrakło buchającego ognia, entuzjastycznej publiki, akcentów komediowych, ale pojawił się też striptease na scenie. Nocny koncert Megabosch to była prawdziwa rewelacja. Running Wild już nawet nie chciało mi się oglądać, wolałem ruszyć na długo podróż do namiotu i skonany zalec w śpiworze.

Breakdown Of Sanity w Bullhead City Circus.
Sobotni poranek to była masakra. Temperatura przy gruncie była tak niska, że zamarznę. Ale przyjąłem pozycję embrionalną w śpiworze i jakoś dotrwałem do godziny 8. Obudziło mnie przyjemnie świecące słońce. O tak, pogoda wreszcie się poprawiła. Oczywiście nie oznaczało to, że błoto nagle znikło. Trochę się ubiło i nieco łatwiej można było się poruszać po terenie kempingu, jak i festiwalu. Dzień zacząłem od porządnego metalcore'owego pierdolnięcia w Bullhead City Circus, gdzie równo o 12 na scenę wyszła formacja Breakdown Of Sanity. I aż się zdziwiłem, kiedy okazało się, że brzmienie formacji jest świetne. Czyżby organizatorzy coś zmienili po dwóch dniach fatalnego nagłośnienia namiotowych scen? W każdym razie było świetnie, tylko zdecydowanie za krótko (tylko 30 minut). Tymczasem na True Metal Stage zaczęła występować niemiecka grupa Powerwolf. I zdecydowanie na dobre mi wyszło zobaczenie tej kapeli na żywo. Nie mam nic do zarzucenia samej formacji, ale wszystkie zaprezentowane numery brzmiały jakby były wzajemnymi kopiami. Po prostu godzinny koncert z ciągle powtarzanymi numerami. No prawdziwy koszmar. Ewidentnie ta formacja powinna zakończyć działalność po wydaniu 3 płyt i już tylko koncertować. Nowe kawałki niczym nie różnią się od tych starych (poza tekstem oczywiście), więc po co je nazywać nowymi? Zdecydowałem się odpuścić koncert Amorphis, żeby na spokojnie złożyć swój namiot i wyruszyć do domu jeszcze w sobotę. A później ile sił w nogach pędziłem z terenu kempingu pod True Metal Stage, żeby zobaczyć występ Danko Jonesa. To był dla mnie jeden z najważniejszych koncertów, więc musiałem obserwować każdą sekundę show Kanadyjczyków. I dla mnie wypadli rewelacyjnie, chociaż nie do końca byli dopasowani do tego całego metalowego line upu, to jednak złapali świetny kontakt z publicznością i sam Danko mógł się poszczycić przykuwającą uwagę gadaniną pomiędzy numerami. Muzycy utrzymywali uwagę publiczności, której z każdą chwilą przybywało. Rock'n'roll na jakieś 70 minut zawładnął heavy metalowym festiwalem. Kapela zaprezentowała starsze hiciory, swoje największe przeboje z płyty "Below The Belt", ale też kawałki z "Fire Music", które grane na żywo zyskały na mocy. I dla mnie to było kolejne wielkie wydarzenie na Wacken XXVI. Przy okazji łażenia po merchowej części festiwalu natknąłem się po raz kolejny na Steve 'n' Seagulls, a później już tylko posłuchałem występu Bloodbath. Jeszcze zdążyłem załapać się na nocne pokazy ognia w rycerskiej części Wacken. I niezbyt chętnie ruszyłem w okolice True Metal Stage, żeby zobaczyć występ Sabaton. I tu nie było zaskoczenia, bo nie wyobrażałem sobie, żeby zagrali na niemieckiej ziemi numer "Uprising", jeszcze "40:1" by pewnie przeszło. Ale finalnie nie zagrali żadnego z "polskich" kawałków. Sam występ był w porządku, ale Sabaton wypadł jak Sabaton, czyli po prostu ok. Judas Priest zobaczyłem tylko kilka numerów i musiałem się zbierać, żeby o w miarę normalnej godzinie wyruszyć z terenu Wacken w stronę Polski. Wszystko tylko po to, żeby dojechać bez problemu i nie zakorkować się na wyjeździe jak to miało miejsce w ubiegłym roku. Tym bardziej, że teraz jeszcze pojawiło się utrudnienie w postaci błota zalegającego na drogach dojazdowych do kempingowej części festiwalu. 

Danko Jones na Wacken występował nie po raz pierwszy.
Wacken XXVI było dla mnie zdecydowanie słabszą edycją niż ta jubileuszowa XXV. Nie tylko z uwagi na niesprzyjającą pogodę i ogólnie kulejącą organizację, ale przede wszystkim na dobór kapel. Naprawdę tym razem mało było formacji, które faktycznie mnie interesowały. Sporą część zespołów już widziałem na żywo, a niektóre nawet w tym roku (At The Gates). Za to jestem bardzo zadowolony, że udało mi się zobaczyć po raz pierwszy w życiu Danko Jones, The Poodles, Breakdown Of Sanity, Oomph!, Megabosch i Steve 'n' Seagulls. Ponadto dobrze było zobaczyć kilka razy podczas tego Wacken piratów z Ye Banished Privateers. Przy okazji obłowiłem się trochę w nowe i promocyjne płyty (które niedługo będę recenzował na DF). Jednak podejrzewam, że najbardziej w mojej pamięci po tym Wacken 2015 pozostanie to wszechobecne błoto, którego wszędzie było pełno.

I obiecana galeria zdjęć:

Typowe stoisko z jedzeniem na Wackinger Village.
Walki w klatce na terenie Wastelandu.
Niekończąca się kolejka pod prysznic.
Prawdziwie polski akcent na terenie kempingu.
Danko Jones na Wacken.
Wyjazd z części kempingowej ze wspomaganiem.
Na Wackinger Village można też było zawitać do kowala.
Megabosch w pełnej krasie.
Budyniowate błoto, które towarzyszyło na każdym kroku festiwalowej części Wacken.
Czasami trzeba było się nieźle nagimnastykować, żeby nie wpaść w błoto po kolana.
Ale byli i tacy, którym błoto nie przeszkadzało w dobrej zabawie.
Artystyczny obraz kempingowej części Wacken.
Banner reklamujący Wacken Wasteland.
Gotowanie z wojownikami Wastelandu.
Wojownicy Wastelandu #1.
Wojownicy Wastelandu #2.
Wojownicy Wastelandu #3.
Wojownicy Wastelandu #4.
Wojownicy Wastelandu #5.
Wojownicy Wastelandu #6.
Wojownicy Wastelandu #7.
Wojownicy Wastelandu #8.
Wojownicy Wastelandu #9.
Wojownicy Wastelandu #10.
Wojownicy Wastelandu #11.
Wojownicy Wastelandu #12.
Wojownicy Wastelandu #13.
Wastelandowy osprzęt.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza