poniedziałek, 1 września 2014

Najlepsze płyty lipca 2014

Tak jak wcześniej pisałem letnie podsumowania będą publikowane z opóźnieniem, głównie z tego powodu, że był to sezon urlopowy, a jako, że też mogę czasami odpocząć to z niego skorzystałem. Oczywiście od muzyki nie ma wolnego. Lipiec nie był najlepszym miesiącem w przypadku nowości płytowych - patrząc na średnią ocen, jaka wyszła z albumów jakie słyszałem z tego miesiąca, to jest to niemalże najgorszy okres w 2014 roku. No cóż nie było planowanych żadnych hucznych zapowiedzi, więc też nie miałem wielkich dylematów, które albumy chciałbym docenić.

Tym razem naprawdę krótko (tak, wiem, że piszę w ten sposób od jakichś dwóch podsumowań wstecz). Rozczarowań było naprawdę sporo i mógłbym się skupić głównie na nich, ale temat posta brzmi "najlepsze płyty lipca 2014", więc skrótowo. Najsłabiej wypadł nowy album kapeli Volumes. Mocno się na niego nastawiałem, w końcu miał to być następca świetnego "Via" z 2011 roku. Niestety na "No Sleep" z tamtej kapeli pozostała chyba tylko nazwa. Muzyka stała się miękka i nijaka, melodyjne refreny już nie kontrastują z agresywnymi zwrotkami, bo teraz wszystko jest miękkie i delikatne. Po prostu brzmienie tej formacji straciło pazur. Kolejnym zawodem w lipcu był nowy materiał od Judas Priest. Jeśli jest się legendą heavy metalu to jednak trzeba reprezentować pewien poziom - tym razem się nie udało. Są ludzie, którzy bronią "Redeemer Of Souls" pisząc, że jednak jest lepiej niż na "Nostradamus". Oczywiście mają rację, ale chyba zapominają, że te dwa wydawnictwa i tak są daleko nie tylko za klasycznymi albumami Judas Priest, ale też za wydanym prawie dziesięć lat temu "Angel of Retribution". W każdym razie niesamowicie wynudziłem się podczas odsłuchu "Redeemer Of Souls". Trzecim w kolejce poważnym rozczarowaniem był drugi pełny album Betraying The Martyrs. Kompletnie nie rozumiem co ta kapela ze sobą zrobiła. Ich debiut z 2011 roku był świetny, można go było uznać za powiew świeżości na core'owej scenie. Na "Phantom" praktycznie nic z tego nie zostało, wieje stęchlizną i chyba zaczyna się rozwijać pleśń. Delikatność aż bije od tego wydawnictwa, za to wywiało agresję. Nie bardzo mogę też polecić nową płytę kapeli Fozzy, głównie za sprawą wszechobecnej nudy.

Za to poza wybraną przeze mnie najlepszą dziesiątką lipca mogę polecić takie wydawnictwa jak Grave Digger "Return Of The Reaper" (czyli zdecydowanie lepszy heavy metal niż nowy Judas Priest), Chelsea Grin "Ashes to Ashes" (czyli dobry deathcore, ale nieszczególnie wybijający się ponad średnią) i War Of Ages "Supreme Chaos" (dobry metalcore z elementami mdm, który przywrócił mi wiarę w tę kapelę).


01. Hyperial - Blood And Dust

Co tu dużo gadać, w końcu druga płyta jednej z moich ulubionych krajowych kapel. Tym razem kapela poszła jeszcze dalej w industrialne klimaty tworząc agresywną muzykę osadzoną w klimatach post-apokaliptycznych. Ten album powinien z miejsca stać się klasykiem w ekstremalnych gatunkach przynajmniej na polskiej scenie metalowej. Każdy kto lubi ostre pierdolnięcie niepozbawione klimatu ten powinien zapoznać się z "Blood And Dust".

02. Fallujah - The Flesh Prevails

Podobno brzmienie "The Flesh Prevails" jest tragiczne. Nie wiem, być może tak jest. Ale raczej jest to brzmienie, które kapela Fallujah zawarła również na świetnym "The Harvest Wombs" z 2011. Trochę się obawiałem, że "The Flesh Prevails" będzie utrzymany w klimatach epki "Nomadic" z 2013 roku, czyli wydłużanie na siłę numerów, zabawa z ambientem. Na szczęście kapela poszła za ciosem prezentując materiał utrzymany w stylu debiutanckiego albumu i wyszła na tym rewelacyjnie. Takiego progresywnego deathcore'a aktualnie jest niewiele na rynku muzycznym.

03. Within The Ruins - Phenomena

Ten album to dla mnie chyba największa niespodzianka tego roku. Within The Ruins zawsze byli dla mnie średniakami obracającymi się w gatunkach metalcore/deathcore. Dlatego też niewiele sobie obiecywałem po "Phenomena". Tymczasem kapela wystrzeliła i to naprawdę konkretnie. Nowy materiał jest bardzo, albo nawet bardzo bardzo zróżnicowany. Znalazło się tutaj miejsce zarówno dla ostrego grania, jak i dla neoklasyki, do tego jest cała masa melodii, które świetnie się uzupełniają z agresywnymi partiami. Ta kapela rozwinęła się w naprawdę niespodziewanym kierunku. "Phenomena" to prawdziwa mieszanka gatunkowa, to już nie jest tylko metalcore/deathcore.

04. Origin - Omnipresent

A jeśli o pierdolnięciu mowa to nie mogło zabraknąć nowego wydawnictwa Origin. Nigdy specjalnie nie przepadałem za tą formacją, ich wydawnictwa zawsze wydawały mi się zbyt techniczne i połamane. "Omnipresent" wydaje się prostszy i bardziej przystępny. To zapewne sprawi, że wielbiciele tej kapeli będą wieszać psy na tym albumie, jednak do mnie on przemawia zdecydowanie lepiej niż którekolwiek z dotychczasowych wydawnictw Origin. Pierdolnięcie na plan pierwszy, a techniczne łamańce dopiero na drugim miejscu.

05. Confession - Life And Death

Kiedy usłyszałem kawałek "Fuck Cancer" i już wiedziałem, że będę miał do czynienia z albumem z mojego lipcowego topu. I tak też jest. Może "Life And Death" to nie jest przełomowa płyta w metalcorze, jednak w przypadku tej kapeli jest to spory krok w przód. W numerach zawartych na tym albumie jest cała masa energii i to jest największa siła tej formacji. Z tymże do tej pory nie bardzo potrafili to wykorzystać.

06. I The Breather - Life Reaper

I następne bardzo pozytywne zaskoczenie, bo kapela I The Breather do tej pory nie wydała żadnego ponad przeciętnego albumu. Ich dwa poprzednie wydawnictwa stawiały ich raczej w szeregu średniego metalcore'a. Tym razem za sprawą "Life Reaper" mają sporą szansę, żeby wybić się z tej niezwykle licznej grupy. Może nie zamieszają na całej core'owej scenie, a w klimatach christiancore'a mogą spokojnie dołączyć do czołówki.

07. King Of Asgard - Karg

Uwielbiam King Of Asgard. Szwedzi zarówno na "Fi'mbulvintr" jak i "...To North" pokazali, że potrafią grać viking metal i nie popadać przy tym w sztuczność, czy śmieszność. Tym razem nieco spuścili z tonu i wydali materiał słabszy niż ich dotychczasowe wydawnictwa. Owszem jest to nadal kawał świetnej muzyki utrzymanej w zimnym, albo wręcz lodowatym klimacie i w swojej kategorii w tym roku mogą się zetrzeć tylko z Norwegami z Einherjer, którzy na koniec października planują wydać nowy album.

08. Martyrdöd - Elddop

W tym przypadku miałem prawdziwy orzech do zgryzienia. Martyrdöd do tej pory znani mi byli z crustowego grania i za to ich uwielbiałem, za brudne i agresywne numery. "Elddop" przynosi zupełnie inny Martyrdöd, kapelę szukającą, bawiącą się stylistyką i mieszającą różne gatunki. Ten materiał jest niezwykle trudny do oceny. Początkowo byłem bardzo rozczarowany, bo nie dostałem tego czego oczekiwałem. Ale po kilku obrotach zacząłem doceniać inne podejście i poszerzenie muzycznych horyzontów muzyków Martyrdöd.

09. Overkill - White Devil Armory

Overkill nikomu nie trzeba przedstawiać i jak nie przepadam za thrash metalem, tak wielce krzywdzące byłoby niedocenienie nowego materiału od tak znaczącej kapeli. Tym bardziej, że jest to materiał, który znacząco się wyróżnia spośród całej fali thrashowego grania, którego w ostatnim czasie jest prawdziwe zatrzęsienie. Ciągle z otchłani wynurzają się kolejne młode kapele grające w tzw. nowej fali thrashu, a tak naprawdę kopiujące to co już kiedyś było. Overkill pokazuje tym albumem wszystkim tym młodym kopistom, że warto znaleźć własny styl i szlifować go do upadłego. I mimo tego, że "White Devil Armory" to dobry materiał, to mam nadzieję, że Exodus w tym roku go przebije (w końcu Zetro Souza wrócił do kapeli).

10. Suicide Silence - You Can't Stop Me

Dziesiątkę zamyka nowy materiał od Suicide Silence. Mimo tego, że w 2012 roku zmarł Mitch Lucker, czyli wokalista Suicide Silence, muzycy tej kapeli nie zawiesili działalności. Wręcz przeciwnie, postanowili iść dalej. Do formacji dołączył Hernan Hermida (były wokalista All Shall Perish) i już wiadomo było, że takiej współpracy nie może wyjść nic złego. I faktycznie kapela tym wydawnictwem wreszcie zwróciła na siebie moją uwagę. Do tej pory jakoś nie byłem przekonany co do wydawnictw Suicide Silence. Trochę skierowałem na nich wzrok po tym jak usłyszałem "The Black Crown", ale to jeszcze nie było to. "You Can't Stop Me" to nie tylko dowód na to, że Suicide Silence istnieje bez Mitcha, to dowód na to, że kapela świetnie sobie radzi i prze do przodu nie oglądając się za siebie.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza